Na drodze przyjaźni

Na drodze przyjaźni

Zdarza się, że pomimo najszczerszych chęci z obu stron, przyjaźnie zawierane na emigracji pozostają powierzchowne albo zatrzymują się na etapie dobrego koleżeństwa. Jakie problemy mogą stanąć na przeszkodzie w pogłębianiu znajomości z obcokrajowcami, opowiadają Barbara, Ilona, Marta, Sadeem i Hanka.

***

Barbara / Benin / Edu Afryka 

Zazdrość po benińsku

Każdy w Beninie stwierdzi, że Benińczycy są niezwykle sympatycznymi i przyjaznymi ludźmi. Jednak po dłuższym pobycie zauważymy, że wiele z tutejszych relacji międzyludzkich jest bardzo powierzchownych. Nie chodzi mi wcale o pozorne przyjaźnie podszyte doraźną korzyścią lub interesem, tylko o zwykłe znajomości.

Benińczycy dla swoich przyjaciół są bardzo mili, więc aby nikogo nie urazić, ograniczają się do banalnych i powierzchownych komplementów. Nie chcą, aby ich przyjaciel poczuł się zakłopotany lub zmartwiony. Na ogół wszystko układa się bardzo harmonijnie, dopóki przyjaciele mają podobny status materialny, podobną sytuację zawodową lub dzieci są jeszcze na tyle małe, że trudno porównywać ich osiągnięcia życiowe. Benińczycy ciągle porównują się do innych, więc kłopoty zaczynają się wtedy, gdy komuś w jakimkolwiek obszarze powodzi się lepiej. Często sukces przyjaciela okazuje się nie do zniesienia. Zdarza się nawet, że zazdrość popycha ludzi do posługiwania się czarami, a nawet truciznami.

Niestety wszechobecna zawiść zburzyła w Beninie już niejedną przyjaźń. Nie dziwi więc, że na wszelki wypadek najważniejsze sprawy trzymane są w tajemnicy nawet przed krewnymi i przyjaciółmi. Mówi się tyle, ile wypada. Jeśli wyjeżdża się w podróż, nie mówi się dokładnie kiedy, aby nie narazić się na nieprzewidziane, prowokowane przez ludzką zazdrość przeszkody. Panuje powszechne przekonanie, że druga strona może próbować utrudnić lub uniemożliwić realizację naszych planów. Z kolei najboleśniejszymi problemami i kłopotami nie dzieli się z obawy, że nasze niepowodzenia stanie się dla przyjaciół źródłem satysfakcji. Dlatego popularne powiedzenie przestrzega przed tym, żeby nie „karmić czyjejś zazdrości”. A zazdrość w Beninie mogą wzbudzać nawet najmniejsze, najbardziej absurdalne rzeczy.

Oczywiście zdarzają się wyjątki. Z pewnością są relacje, w których przyjaciele nie czują ograniczeń i bez obaw o konsekwencje dzielą się zarówno największym szczęściem jak i największymi zmartwieniami. Ja jednak, nauczona doświadczeniem, wolę być ostrożna, bo nigdy nic nie wiadomo, a przyjaźń w krainie vodun bywa ryzykowna.

***

ILONA / Turcja / Bibi on BOARD

Powściągliwi Czesi

Kilka lat temu wyjechałam na Erasmusa do Pragi, gdzie spędziłam najlepszy rok moich studiów. Wydawać by się mogło, że nawiązywanie kontaktów z południowymi sąsiadami nie powinno stanowić problemu. Przecież Polaków i Czechów sporo łączy, a czeski jest tak podobny do polskiego. Czyżby?

Moje kontakty z Czechami na ogół były serdeczne. Przez wzgląd na specyfikę kierunku (studia wschodniosłowiańskie), większość przedmiotów miałam po czesku. Zarówno studenci, jak i wykładowcy w większości byli mili i pomocni. Jedna dziewczyna przesłała mi nawet kilka pierwszych notatek, kiedy nie nadążałam jeszcze za wykładami. Ale z żadną koleżanką bądź kolegą z ławki nie poszłam nigdy na kawę czy obiad w studenckiej stołówce. Jeszcze zanim skończyły się zajęcia, każde wracało do swojego świata. Nie zaiskrzyło po prostu. Przez cały okres wymiany miałam wrażenie, że między sporą częścią młodych Czechów a cudzoziemcami w ich wieku stoi ściana. Albo nie tyle ściana, co szyba. I takie odczucia miał prawie każdy zagraniczny student.

Aby nie ograniczać się jedynie do życia erasmusowego, zapisałam się do praskiego oddziału międzynarodowej organizacji studenckiej AIESEC. Gdy przygotowywaliśmy broszurę dla przyjeżdżających zza granicy wolontariuszy, moja czeska koleżanka tak oto opisała mentalność rodaków: „Jesteśmy bardzo zdystansowani”. Zgadzam się z nią w 95%. W AIESEC, pomimo szczerych chęci całego teamu, kontakt pozostał stricte zawodowy. Świetnie nam się razem pracowało, w wolnym czasie chodziliśmy na kręgle oraz różne eventy. Jednak wraz z nowym projektem i wymieszaniem grup, skończyły się też znajomości.  

Zdarzały się też naprawdę chłodne relacje. Na angielskim, na który oprócz mnie uczęszczały same Czeszki, czułam się naprawdę osamotniona. Dziewczyny trzymały się kurczowo swoich grupek lub siedziały same. Nie były chętne do rozmów, nawet podczas prac w parach.

Dlaczego więc z tezą koleżanki zgadzam się w 95%? Ponieważ oprócz kilku Erasmusów, zaprzyjaźniłam się także z Gabrielą, przesympatyczną, choć niezbyt wylewną Czeszką. Początkowo była ona moją mentorką, lecz bardzo szybko zaczęłyśmy razem jeździć na wycieczki, chodzić na kawę, imprezy, a nawet przedstawiłyśmy sobie naszych znajomych, dzięki czemu utworzyliśmy później fajną grupkę. I choć obecnie jesteśmy w różnych miejscach globu, a Gabriela usunęła konta na portalach społecznościowych, pozostajemy w kontakcie. Bo jeśli w znajomości ma zaiskrzyć, nawet ścianę w postaci drobnych różnic w mentalności można przeskoczyć.

***

Marta / Portugalia / Olá Portugal

Holenderska przyziemność

Zanim przeprowadziliśmy się do Holandii w 2007 roku, moje życie towarzyskie kwitło. Miałam cudowne grono znajomych i przyjaciół, z którymi rozumiałam się doskonale i na których zawsze mogłam liczyć. Gdy z rodziną powiększoną o pięciomiesięczną córeczkę wyjechaliśmy do kraju tulipanów, żywiłam przekonanie, że na miejscu bardzo łatwo będzie mi znaleźć przyjaciół. Przeświadczenie to wzmacniała wizja Holendrów jako ludzi o niezwykłej otwartości. Rzeczywistość okazała się inna.

Pomimo prób nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z sąsiadami, napotykałam mur, którego nie byłam w stanie zrozumieć. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co przeszkadzało w nawiązaniu bliskich, przyjacielskich relacji. Z początku wszelkie niepowodzenia tłumaczyłam sobie nieznajomością języka. Sytuacja jednak nie zmieniła się, gdy język poznałam. Uwielbiałam pracować oraz załatwiać sprawy z Holendrami. Do dziś sądzę, że nie ma drugiego tak niesamowicie sprawnie funkcjonującego społeczeństwa. Zawsze będę trwała w podziwie dla umiejętności organizacji, planowania i efektywnego działania, które je charakteryzuje. Wszystkie elementy życia jednak tak nastawione są na skuteczne i sprawne działanie, że odbija się to na relacjach międzyludzkich. Nawet zwykłe umówienie się na kawę musi być zaplanowane z dokładnym wyprzedzeniem i obowiązkowo wpisane w agendę, czyli kalendarz, którego używania uczy się już przedszkolaki.

Pragmatyzm ten w relacjach towarzyskich był dla mnie ograniczający i niekomfortowy. Nie umiałam się w nim odnaleźć. Chyba nazbyt oczekiwałam spontaniczności i bezinteresowności. Moja romantyczna, słowiańska dusza wołała o jakikolwiek duchowy element we wspólnych relacjach. Jednak materia zawsze przeważała szalę i na ducha nie było już miejsca. Nasi holenderscy znajomi wspaniale prowadzili rozmowy o pogodzie, o kursach walut i miejscu na kolejne wakacje, natomiast ja bezustannie miałam wrażenie, że rozmowy te mocno ograniczają różnorakie tabu. Zapytacie zapewne, jakie tabu mogą istnieć w tak liberalnym społeczeństwie? Właśnie te dotyczące spraw niematerialnych, duchowych, jak śmierć i religia. Dla Holendrów liczy się tu i teraz, ewentualnie tu i później, w dokładnie zaplanowanej i przemyślanej przyszłości. Nie zajmują ich rozważania o ulotności chwil, przeznaczeniu czy moralnych dylematach.

Może dlatego w ciągu dziesięciu lat w Holandii prawdziwa przyjaźń połączyła nas jedynie z dwoma holenderskimi parami w starszym wieku. Jedna z nich zdążyła nas już nawet trzykrotnie odwiedzić w Portugalii! Reszta zawartych w Holandii przyjaźni, które trwają do dziś, to znajomości z Polakami, bądź z przybyszami z innych krajów.

***

Sadeem / Wielka Brytania / Hidżab Stories 

Recepta na przyjaźń

Emigracja często wiąże się z samotnością, nie dlatego, że jesteśmy odosobnieni od ludzi, ale dlatego, że przynależą oni do innego świata. Kiedy zaczęłam pisać ten tekst, miałam Wam opowiedzieć o tym, jak bardzo nie zaprzyjaźniłam się z żadną z dziesiątek brytyjskich Pakistanek, które przewinęły się przez mój żywot, pomimo tego, że zaszłyśmy dość daleko na skali koleżeństwa. Tak jak ja, były one muzułmankami, więc myślałam, że to dobre podłoże dla przyjaźni, jednak z każdą kolejną zmienianą pracą kontakt się urywał. “Zgadamy się” – stało się z czasem pustą obietnicą rzuconą na wiatr, po której nikomu nie było już przykro, nikt nie czuł się zawiedziony. Przypuszczam, że był to zwyczajnie jeden z tych konwenansów, który wypadało wtedy powiedzieć. Tylko że ja nie mówię tego, co wypada, a to, co myślę. Tu się zatem nie rozumiałyśmy.

Żyjąc na emigracji, potencjalnych przyjaciół szukamy wśród osób podobnych do nas. Na początku próbowałam zaprzyjaźnić się z osobami tego samego wyznania lub innymi Polkami. Zwykle różnice między nami okazywały się zbyt duże, po luźnych żartach i koleżeńskim small talku wiedziałyśmy, że przyjaźni z tego nie będzie. Nie zaiskrzyło. Przyszedł nawet taki moment, że zaczęłam się zastanawiać, czy może ze mną coś było nie tak? Jednak w Polsce nie miałam tego typu problemów, raczej musiałam odpędzać się od nadmiaru towarzystwa, albo wydzielać swój czas wolny pomiędzy przyjaciół w różnych miastach. Z czasem pojęłam swój błąd. To, że ktoś pochodzi z tego samego kraju lub jest tego samego wyznania, nie jest wystarczającym powodem do przyjaźni.

Przepis na przyjaźń jest bowiem następujący: dwie osoby gotowe sobie na tyle zaufać, żeby się nieco otworzyć, kilka podobnych doświadczeń i wartości, co najmniej jedno wspólne zainteresowanie, spora doza podobnego poczucia humoru, dobre chęci oraz odrobina czasu. Jeśli osoba spełnia powyższe kryteria, nieważne jest wyznanie, kolor skóry, pochodzenie, status społeczny. Zatem osoby, z którymi teraz się przyjaźnię, są niekoniecznie tymi, których szukałabym kilka lat temu. Czasem wystarczy jedynie przestroić kryteria.

***

Hanka / Benin / Hanka Saqib 

Dwa światy

Paradoksem ekspackiego życia jest umiejętność zawierania błyskawicznych, a zarazem głębokich przyjaźni. Wszystkie nowo spotykane osoby traktuję jak potencjalnych przyjaciół, co zapewne przyczynia się do szybkiego zacieśniania więzi. Istnieje jednak grupa osób, której jeszcze nie udało mi się rozgryźć – kobiety z Indii, Pakistanu i Sri Lanki.

W tym regionie bez względu na religię przestrzegana jest segregacja płci oraz tradycyjny podział ról w społeczeństwie. Podczas spotkań w szerszym gronie spędzam czas w towarzystwie innych kobiet, zwykle w oddzielnym pokoju. Główna bariera polega na tym, że jestem traktowana jako „ta inna”. Objawia się to dwojako. Albo kobiety, z którymi spędzam czas są onieśmielone kontaktami z Europejką, albo za wszelką cenę starają się udowodnić, jakie są nowoczesne i wyzwolone. Skutki momentami są wręcz gombrowiczowskie. Ostatnio na przyjęciu urodzinowym Pakistanki i Hinduski smarowały się nawzajem tortem urodzinowym po twarzach. Gdy odmówiłam uczestnictwa, doznały szoku. „Przecież to wasza tradycja”. Obawiam się nawet, że przygotowały tę atrakcję specjalnie dla mnie.

W Tanzanii o mało nie zaprzyjaźniłam się z pewną uroczą, młodą Hinduską. Bindu była otwarta i pewna siebie. Ujęła mnie swoim poczuciem humoru. Traktowała mnie na równi, więc czułyśmy się razem swobodnie. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy pewnego dnia zaprosiła mnie i mojego męża Saqiba na obiad. U siebie w domu dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Usłużna i potulna. Zdziwiło mnie, że przy stole jadalnym były tylko trzy nakrycia. Na co jej mąż, Hindus (dużo starszy, dobrze prosperujący przedsiębiorca) odparł, że Bindu, zgodnie z tradycją, zje sama w kuchni. Gdy Saqib i ja zaprotestowaliśmy, niechętnie oraz w ramach wyjątku przystał, aby dziewczyna zjadła z nami. Było mi przykro. Zrozumiałam też, że przyjaźń między nami byłaby niemożliwa, ponieważ moja szczerość mogłaby zaszkodzić życiu rodzinnemu Bindu. Pozostałyśmy więc na stopie serdecznego koleżeństwa, zawsze unikając delikatnych tematów. Ostatnio w Beninie zaprosił nas na obiad sąsiad, hindus, wysokiej klasy inżynier. Jego żona zjadła posiłek sama w kuchni. Tym razem byłam już na to psychicznie przygotowana, nie protestowałam. Nauczyłam się akceptować sprawy, na które nie mam wpływu.

Zebrała i opracowała: Hanka Loch

6
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
2 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
Hanka LochLimonkaAnitaMaradagGoska Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Goska
Gość

Ja mam pytanie do Hanki: czy wiesz moze, dlaczego te Hinduski i Pakistanki myslaly, ze smarowanie sie trotem to europejska tradycja? Bylam kiedys na imprezie nepalskiej i tam wszyscy smarowali sie tortem po twarzach, wiec ja od razu zalozylam, ze to jest ich tradycja.

Maradag
Gość

Doskonale wiem o czym opowiada Marta, mówiąc o Holenderskich relacjach. Mieszkam w Holandii prawie 20 lat. I nie mam holenderskich przyjaciół. Mam dobrych znajomych, z którymi można porozmawiać o pogodzie, zapytać o zdrowie i co słychać u dzieci … Lecz odpowiedź jest z reguły wiadoma: “Is goed, prima, OK”… (a wiesz, że żona tego sąsiada jest w szpitalu, a syn na odwyku). Trochę “głębiej” jestem tylko z jedną sąsiadką, drzwi w drzwi. Wynika to nie tyle z potrzeby ducha, co bardziej ciała ;-). Obie jesteśmy samotne, “w jesieni życia” i “po przejściach”. Gdy jedna drugiej nie widzi kilka dni, dzwoni,… Czytaj więcej »

Anita
Gość

Jest wiele czynników, które decydują o tym, czy się z kimś zaprzyjaźnimy, czy nie. I przede wszystkim, czym jest dla nas przyjaźń – posiadaniem 350 przyjaciół na fejsie, czy tej ukochanej dwójki w ojczyźnie i trójki w kraju, który wybraliśmy do życia? W życiu codziennym stajemy przed problemami, jakich nie doświadczalibyśmy na ojczystej ziemi. Te sytuacje, odmienna kultura, oczywiście, że na początku mają wpływ na budowanie nowych przyjaźni. Moi przyjaciele, są dla mnie wspaniali, kochani, czuję się dzięki nim szczęśliwsza. Choć nie mają idealnego życia i na pewne tematy mieliśmy i mamy bardzo odmienne zdanie, lata pracy nad tymi relacjami,… Czytaj więcej »

Limonka
Gość

Po kilkunastu latach na emigracji w Stanach przyzwyczaiłam się już do widoku skrępowania na twarzy Amerykanek, gdy tylko zadaję jakiekolwiek głębsze lub osobiste pytanie lub wchodzę na temat inny niż pogoda lub szkoła dzieci… To tłumaczy fakt, dlaczego po tylu latach moje najbliższe przyjaciółki nadal są w Polsce… i możemy nie rozmawiać miesiącami, a gdy się spotykamy, to jest tak, jakby tego czasu i dystansu między nami nigdy nie było.