FELIETONYwalka z rakiem

Minął wrzesień, a wraz z nim miesiąc świadomości walki z rakiem tarczycy. Dla mnie po raz drugi miesiąc szczególny, bo sama w zeszłym roku pokonałam złośliwego raka tarczycy. Gdy o tym teraz myślę, wydaje się to takie nierealne. Podchodzę wtedy do lustra i blizna na szyi przypomina mi, że to jednak prawda i jestem wielką szczęściarą, bo do lekarza zgłosiłam się na tyle wcześnie, że rak nie zdążył zrobić spustoszenia w moim organizmie.

Chyba każdy z nas miał do czynienia z nowotworem, na mniejszą lub większą skalę.

Większość z nas miała, bądź ma w najbliższym otoczeniu kogoś, kto chorował albo choruje na raka. Niektóre z nowotworów są mniej lub bardziej powszechne, ale czy którakolwiek z was zastanawiała się kiedyś, jak by zareagowała na słowa “ma pani nowotwór”? Czy zalałabyś się łzami, czy może byłabyś w takim szoku, że nie mogłabyś wydobyć z siebie słowa? Na swoim przykładzie wiem, że na taką diagnozę nikt nie jest przygotowany i nikt nie wie, jaka byłaby jego reakcja. 

Kilka lat temu przyjaciel mojego męża zachorował na bardzo agresywny nowotwór z wieloma przerzutami. Lekarze nie dawali mu większych szans. Na szczęście żyje do tej pory i ma się całkiem nieźle. Ponieważ towarzyszyłam mu podczas jego procesu leczenia, byłam dla niego dużym wsparciem psychicznym, widziałam z bliska jak bardzo cierpi. Często myślałam, a co gdyby i mnie się to przytrafiło? Jak bym zareagowała? Jaka byłaby moja pierwsza myśl? I wiecie co, nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić, bo jest to tak nierealne, że zdrowy człowiek tego nie ogarnia swoim umysłem.

Więc gdy sama usłyszałam, że mam raka, nie dotarło to do mnie w pierwszej chwili.

I nie docierało przez pierwszych parę tygodni, dlatego nikomu o tym nie powiedziałam. Wiedział tylko mój mąż, który wspierał mnie od pierwszego momentu. Dopiero po pewnym czasie, kiedy sama to wszystko poukładałam sobie w głowie, powiedziałam najbliższej rodzinie. Obawiałam się ich reakcji i tego, że zaczną się nade mną użalać, czego bardzo nie lubię. Na szczęście wszyscy przyjęli to spokojnie i od tego momentu również bardzo mnie wspierali.

To jest bardzo ważne, żeby mieć poczucie, że w tej walce człowiek nie jest osamotniony i zawsze ma na kogo liczyć,  chociaż żeby się wypłakać w chwilach słabości i bezsilności. A takich chwil pojawia się bardzo wiele. Gdy już do człowieka dotrze, z czym się mierzy i co jest jego przeciwnikiem w tej walce o życie, dobrze mieć wokół siebie bliskie osoby, które przytulą i powiedzą, że wszystko będzie dobrze.

Wiele łez wylałam, wiele nocy nie przespałam, bo nie wyobrażałam sobie, że niedługo może mnie już nie być. Bardzo bałam się operacji i tego, co będzie potem. Idąc do szpitala na wycięcie tarczycy, zostawiłam mężowi listę, na której wyszczególniłam, co musi załatwić, kiedy ewentualnie mnie już nie będzie. Wiem, że brzmi to irracjonalnie, ale chyba nigdy tak się nie bałam żadnej operacji, jak wtedy. Targały mną tak silne emocje, jak nigdy wcześniej. Bo przecież nigdy dotąd nie stawiałam czoła nowotworowi i to złośliwemu.

Noc poprzedzającą operację przesiedziałam na kanapie, przytulając moje koty, które doskonale wyczuwały moje emocje. Wycierając łzy, myślałam, że przecież jestem jeszcze za młoda, żeby umierać, że tyle mnie jeszcze w życiu czeka. Ale najgorszą myślą było to, że po mojej śmierci jakaś inna kobieta zajmie kiedyś moje miejsce w życiu męża. Z jednej strony chciałam, żeby mój mąż był szczęśliwy, bo zasługuje na to jak mało kto. Z drugiej strony pojawiał się w myślach czysty egoizm. Teraz gdy o tym wszystkim myślę, wydaje mi się to wręcz głupie. Wtedy ta wizja wydawała mi się bardzo realistyczna.

Po roku od zakończenia leczenia czuję się, jakbym cały czas siedziała na tykającej bombie.

Rzekomo po odpowiednio wczesnym wycięciu całej tarczycy przerzuty są mało prawdopodobne. Jednak cały czas ma się w głowie myśl, że przecież te przerzuty mogą się jednak pojawić. I dla mnie to byłby koniec, bo oprócz nowotworu choruję na dwie bardzo rzadkie i nieuleczalne choroby, objawiające się ciągłym bólem, który i tak już diametralnie zmienił moje życie. Dlatego wiem, że nie poddam się agresywnemu leczeniu jak choćby chemioterapii. W takim wypadku ból będzie dla mnie nie do zniesienia. Więc cały czas mam nadzieję, że jednak moja przygoda z rakiem się zakończyła. A z drugiej strony wiem, że w kraju, w którym mieszkam, eutanazja jest legalna i może skrócić ewentualne cierpienie.

Na razie badania wychodzą dobre. Jestem pod stałą opieką lekarską. Nie ma przerzutów, wszystko wygląda jak w najlepszym porządku. To uczucie niepokoju towarzyszy mi jednak każdego dnia. Zrozumie to chyba tylko ktoś, kto mierzył się, bądź mierzy z nowotworem. 

Gosia Meijer

5 3 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
trackback

[…] po plaży i cieszyć się sobą. Tymczasem na głowę spadła nam brzmiąca jak wyrok diagnoza: nowotwór złośliwy pęcherza moczowego. Podświadomie czułam, że tak będzie. W głowie miałam […]