FELIETONYteściowa

O tym, jaka cudowna jest mama mojego przyszłego męża, zaczęłam dowiadywać się już na początku naszej (mojej z mężem) znajomości. Przerażająco regularnie. Nie dość, że zachwycająco piękna, mądra, dobra, życzliwa dla wszystkich, kochająca swoje dzieci bezgranicznie, to jeszcze gotuje tak, że restauracje z gwiazdkami Michelin powinny się od niej uczyć. A właściwie to nawet nie uczyć – gdyby miały w sobie choć odrobinę przyzwoitości, zamknęłyby się na zawsze, bo wiadomo, nigdy nie osiągną jej poziomu.

Z początku podchodziłam do tych informacji z humorem, w końcu prawie każde dziecko uważa, że jego mama jest najcudowniejsza we wszechświecie. Jednak im bardziej angażowałam się w nasz związek emocjonalnie, tym większe ogarniało mnie przerażenie. Mój luby ewidentnie uznawał swoją mamę za najdoskonalszy byt, jaki kiedykolwiek zaszczycił ziemski padół swym istnieniem. Dla przyszłości naszej relacji nie mogło to wróżyć niczego dobrego. Mój chłopak zdradzał wszelkie objawy bycia patologicznym maminsynkiem. 

Pół biedy, jeśli moja potencjalna teściowa rzeczywiście okazałaby się taka fajna – w takim wypadku musiałabym po prostu zaakceptować, że na każdym kroku będę od niej gorsza. Nie tak miła, nie tak dobra, nie tak kochająca, a już na pewno nie tak uzdolniona kulinarnie. Gorzej, jeśli matka mojego wybranka okazałaby się klasyczną potworzycą, (monster-in-law), która zaślepiając swojego najstarszego potomka zręcznymi technikami manipulacyjnymi, postanowiłaby zniszczyć nasz związek. Przecież niejedną taką historię słyszałam i to nawet bez dodatkowych atrakcji związanych z multikulturowym aspektem całego przedsięwzięcia.

Bo moja teściowa jest muzułmanką. Taką prawdziwą, z przekonania, nie w wyniku pakistańskiego wychowania.

Jej wymarzona synowa zapewne nosiłaby hidżab, nie piła alkoholu i pilnowała, aby syn nie oddalił się zbytnio od Allaha. Pochodziłaby z odpowiedniej pakistańskiej rodziny, była klasyczną subkontynentalną pięknością i marzyła o gromadce ślicznych, czarnookich dzieci.

Przez długie lata, podczas których nie poznawałam rodziny mojego ukochanego – w końcu w Pakistanie nie ma instytucji dziewczyny, lecz dopiero narzeczonej – hodowałam w sobie obraz mojej przyszłej teściowej. Z lekko jadowitej jaszczurki zmieniała się w mojej głowie w bazyliszka, aż w końcu wyrosła na pełnowymiarowego smoka. Nie takiego słodkiego z bajek dla dzieci, tylko takiego, który pożera polskie synowe jednym kłapnięciem szczodrze uzębionego pyska. Na dodatek teściowa, oprócz jednego syna, ma też trzy córki – wymarzony scenariusz na Kopciuszka w wersji gore. Mój chłopak też nie pomagał. Wspomniał kiedyś, że jego mama zobaczyła przypadkiem moje zdjęcia i stwierdziła, że królową piękności to ja nie jestem i co on we mnie w ogóle widzi. 

Kiedy już nawiązałyśmy oficjalnie kontakt – miała mi pomagać przy interpretacji Koranu do pracy magisterskiej – miałam wrażenie, że ekran mojego komputera pokrywa się szronem za każdym razem, kiedy otwieram nową wiadomość z naszej korespondencji.

Podejrzewam, że byłam traktowana jak kaprys, jak opóźniony nastoletni bunt, jak niezbyt przyjemny etap, który przejdzie.

Niektóre dzieci słuchają metalu i chodzą do szkoły w koronkowych szatach, a inne nawiązują bliższe znajomości z dekadenckimi Europej(czy)kami. W końcu kiedy mój przyszły mąż dobił do trzydziestki, jego mama spytała, czy jest wreszcie gotowy na małżeństwo i czy powinna zacząć szukać mu żony – w Pakistanie małżeństwa aranżowane nadal są czymś powszechnym. Gdy główny zainteresowany gorąco zaprotestował, niedoszła swatka spytała, czy to przez Maję. Owszem. Przez Maję. W takim razie, czemu jeszcze jej się nie oświadczyłeś?

Niespełna rok później byliśmy już po ślubie, a właściwie dwóch – muzułmańskim kontrakcie nikkah i europejskim ślubie cywilnym (ślubu kościelnego nie braliśmy, ponieważ nie odczuwałam takiej potrzeby). Moje pierwsze spotkanie z rodziną męża miało miejsce kilka dni przed tym pierwszym. Pamiętam, że teściowa zadeklarowała wtedy, że od tego dnia będę dla niej jak kolejna córka, że będzie o mnie dbała i nigdy nie dopuści do tego, żeby stała mi się krzywda. Jasne, jasne – pomyślałam. Bujać to my, ale nie nas!

Kiedy kilka miesięcy później jechałam do Pakistanu na wesele kuzynki męża, byłam przygotowana na wojnę. Przecież na jej własnym terenie, bez mojej mamusi gotowej stanąć w mojej obronie, teściowa pokaże swoją prawdziwą twarz. 

Pokazała. Kiedy okazało się, że nie jestem w stanie jeść potraw przyrządzonych przez domowego kucharza, zajęła się gotowaniem dla mnie. Kiedy zachorowałam, dbała o mnie najlepiej, jak potrafiła. Kiedy kupowała prezenty dla swoich córek, ja również dostawałam upominek. Kiedy przedstawiała mnie jako swoją synową, w jej głosie brzmiała duma. A ze mnie w końcu wyparowała moja karmiona latami nieufność.

Auntie  – bo tak najczęściej zwraca się w Pakistanie do teściowej – rzeczywiście jest dokładnie taka, jak opisywał ją jej syn.

Wciąż piękna, elegancka, taktowna, dobra, pracowita i kochająca. I rzeczywiście gotuje jak nikt! Odkąd zrozumiała, że nie jem mięsa, na każdy obiad rodzinny przygotowuje przynajmniej dwie opcje wegetariańskie. Pilnuje, żebym niechcący nie zjadła czegoś ostrego i nauczyła się robić moje ulubione dania. Kiedy odwiedzam ją podczas ramadanu – muzułmańskiego postu – troszczy się, czy coś już jadłam, a częstując mnie gotowanym przez siebie posiłkiem, z góry przeprasza, jeśli nie jest dobrze przyprawiony, bo nie mogła go posmakować podczas przygotowywania.

Bez przerwy strofuje swojego syna, który według niej nie jest dla mnie dość dobry. Zakłada, że mam we wszystkim rację. Mój mąż nie raz żalił się żartem, że jego rodzina, podobnie jak moja, jest zawsze po mojej stronie i kto w takim razie stoi w jego narożniku?

Za każdym razem, kiedy Auntie dzwoni, przede wszystkim pyta, co u mnie, czy wszystko w porządku ze mną i z moją rodziną. Autentycznie cieszy się za każdym razem, kiedy zakładam coś, co dostałam od niej w prezencie. Nigdy nie sugeruje mi, że powinnam zmienić religię, nie kwestionuje mojej decyzji o nieposiadaniu dzieci. 

Jakoś tak niepostrzeżenie rodzina mojego męża, z teściową na czele, stała mi się naprawdę bliska.

Kiedy słyszę, że traktują mnie jak córkę i siostrę – wierzę im. I naprawdę doceniam, bo wiem, że dzięki nim, chociaż z dala od ukochanych rodziców i babci, po drugiej stronie oceanu, mam tu drugi dom. Mam osoby, którym naprawdę zależy na moim szczęściu. Osoby, które życzą sobie regularnych raportów z podróży i które na wieść o tym, że zdałam amerykańskie prawo jazdy krzyczą, że trzeba kupić ciasto i świętować. Które zawsze wspominają o mnie w swoich modlitwach i cieszą się z każdego, najmniejszego nawet sukcesu. 

A kiedy słyszę, że jeszcze pożałuję, że wyszłam za Pakistańczyka, że “ci muzułmanie jeszcze mi pokażą”, wzruszam ramionami i ze współczuciem myślę o wszystkich żonach Polaków, które na myśl o świętach z “mamą” dostają nerwicy już w październiku. Ja już wiem, że nie taka pakistańska teściowa straszna, jak ją malują.

Maja Klemp

5 17 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

8 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Martyna
2 miesięcy temu

Czytając, byłam przygotowana na lincz i wykluczenie.. a tu taki twist! I tak sobie myślę, że fajnie mieć taką teściową (nie żebym na swoją narzekała)!

Maja
Maja
2 miesięcy temu
Odpowiedz  Martyna

Ha! Mam Cię! 🤗

Nika
2 miesięcy temu

Ale to ślicznie napisałaś 💚 taka teściowa to skarb (i to nie taki do zakopania). Ostatnio rozmawiałam z koleżanką i u niej jest taki paradoks: gdy mają wybrać z mężem, których rodziców odwiedzić, każde chce jechać do teściów 😉

Maja
Maja
2 miesięcy temu
Odpowiedz  Nika

To chyba mój najbardziej pluszowy tekst 😅 dziękuję 😘

Viola
2 miesięcy temu

Oczywiście czytałam wcześniej Twoją książkę i przez to wiedziałam czego mogę się spodziewać ale na pewno nie jednej osobie opadła właśnie szczęka. Masz wielkie szczęście ,bo masz oparcie i pomoc w takiej teściowej, wspaniale ❤️

Maja
Maja
2 miesięcy temu
Odpowiedz  Viola

Taki płot twist na małej przestrzeni tekstu 😅 z tym szczęściem to prawda ❤️ bardzo to doceniam 😀

Moni
Moni
2 miesięcy temu

Fajnie, że teściowa jest super. Tylko skąd te liczne uprzedzenia i pokłady nieufności? Smutne.

Maja
Maja
2 miesięcy temu
Odpowiedz  Moni

Wydaje mi się, że częściej słyszy się po prostu historie o złych teściowych. Znam kobiety, których związki bardzo ucierpiały przez matki mężczyzn i podświadomie obawiałam się, że będę jedną z nich – myślę, że wynika to z tekstu. Natomiast dodatkowym aspektem, o którym nie wspominam jest przedstawienie postaci teściowej w subkontynentalnej popkulturze. Animozje na linii synowa-teściowa są jednym z najczęściej eksploatowanych motywów w telenowelach, przy czym teściowa jest zwykle tą złą. Lokalnym odpowiednikiem Niewolnicy Isaury (tzn. serialem, który przed telewizorami gromadził 99.9% kobiecej populacji) był serial “Teściowa też była kiedyś synową”. Nie wiem, czy to takie wyjątkowo smutne. Mnie nawet… Czytaj więcej »