FELIETONY

Gdyby dwadzieścia lat temu, kiedy jako nastolatka wyjeżdżałam do Niemiec, żeby poznać zagranicę, nowych, ciekawych ludzi i doświadczyć lepszego życia – no dobra nie odbiegajmy tak daleko w przeszłość, nawet pięć lat temu, gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że kiedyś będę mieszkać na Wyspach Owczych, to kazałabym temu komuś puknąć się w czoło i pomyślałabym, że jest niespełna rozumu, bo kto w ogóle słyszał o czymś takim.

Tym bardziej też nie brałam pod uwagę takiego scenariusza, kiedy w 2017 roku – po zagorzałej dyskusji dokąd toż się wybrać, aby trochę odpocząć od pracy, razem z kumpelą wybrałyśmy się na Wyspy Owcze na spontaniczną wycieczkę w trakcie świąt wielkanocnych. Kiedy moja noga postała na farerskim lądzie, nie sądziłam nawet, że przygoda tak naprawdę dopiero się zaczyna.               

Moją przyszłość od lat wiązałam z Norwegią. Bo po Niemczech i niemieckojęzycznych wzlotach i upadkach przyszedł czas na Skandynawię. Moją gorącą północ, którą zjechałam wzdłuż aż po Przylądek Północny (Nordkapp). To było trzynaście interesujących lat, pełnych doświadczeń, spotkań z ciekawymi ludźmi, życiowego zwątpienia, błądzenia i zatracania siebie, aby odnaleźć się na nowo.

Do Norwegii przywiodło mnie serce. A kiedy po kilku latach szczęście się skończyło, postanowiłam mimo to nie wracać do Polski. Na tym etapie życia, poza bliską rodziną i paroma przyjaciółkami z czasów licealnych, tak naprawdę wiele mnie w niej nie trzymało. Byłam wolna. Dosłownie i w przenośni. Postawiłam się i postanowiłam zadomowić się w norweskim Bergen. To w Bergen mieszkałam od 2006 roku, miałam dobrą pracę w wymarzonym przeze mnie zawodzie, miałam przyjaciół wokół siebie i tanie linie lotnicze, dzięki którym dość często latałam do Polski w odwiedziny do rodziny i przyjaciółek. Osiągnęłam ten pułap życia, kiedy w wielu obszarach ma się stabilizację, ale w tym jednym szczególnym ciągle coś zgrzyta.           

Przypadki chodzą po ludziach, mamy cztery lata później i właśnie minął rok, odkąd przeprowadziłam się na Wyspy Owcze.

Wyspy Owcze – kraj powierzchniowo wielkości dwóch i pół Warszaw, ale z liczbą mieszkańców jak sąsiadujący z moim rodzinnym miastem – Sosnowcem, Będzin. W pierwszej chwili myślisz- „jakie zadupie”. Co ja robię tu? I tak właśnie tu jest. Wieje i leje na potęgę – deszcz pada poziomo i od dołu; śnieg nierzadko spada w kwietniu i cieszysz się z każdego słonecznego dnia. Akurat do takiej pogody zostałam całkiem nieźle przygotowana przez Bergen, mogę nawet rzec, że zostałam zahartowana. Ale jakże tak? Miałabym się przeprowadzić w ciemno? Nie, nic z tych rzeczy. Po 2017 roku nastał 2018.               

Z początkiem sierpnia siedziałam w samolocie linii Atlantic Airways i również wtedy ani odrobinę nie przypuszczałam, że tym razem na Wyspach Owczych zagoszczę na dłużej.         

Poznaliśmy się przez internet, czyli dość zwyczajnie jak na obecne czasy. Po kilku dniach wymiany wiadomości, umówiliśmy się na spotkanie. Ujęło mnie w nim to, że po kilkugodzinnej paplaninie, tak po prostu zabrał mnie na przejażdżkę autem na wyspę, której nie miałam okazji zwiedzić podczas mojego prawie miesięcznego pobytu na Wyspach Owczych. No i trafiło mnie. I chyba nie tylko mnie. W samolocie z Vágar do Bergen siedziałam już z motylami w brzuchu, jednocześnie bujając w obłokach. Znowu dosłownie i w przenośni. Półtora roku latania między krajami i voilá.   

Czy to koniec mojej życiowej podróży i już tu zostanę? Nie wiem. Nie wiem, co przyniesie jutro. Jest tak wiele miejsc, które chciałabym zobaczyć, tylu ludzi, których chciałabym poznać i tyle potraw, których chciałabym spróbować. Tanich linii lotniczych tu brak, a obecna sytuacja nie ułatwia opuszczania kraju. Mieszkać w tak małym kraju i wychowywać dziecko, i to w czasie pandemii, to całkiem niezłe wyzwanie. Ale to już opowieść na kiedy indziej. 

Agnieszka, Wyspy Owcze

5 6 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze