Felietony

Nadarzyła się okazja pracy w zawodzie, który wymyśliłam sobie w ósmej klasie podstawówki. I do którego konsekwentnie dążyłam do momentu, aż miłość przewróciła mi w głowie, a życie rzuciło pod nogi parę kłód, niektóre pokaźnych rozmiarów.

Mama mówi: “Spróbuj!”, przyjaciółka: “Nie zastanawiaj się”. Nawet mąż, nieświadomy chyba w co się pakuje, zachęca do podjęcia wyzwania. Ostateczną decyzję konsultuję ze sporządzoną kiedyś w czerwonym zeszycie listą “idealnej pracy, którą kiedyś na pewno będę mieć”. Z rosnącym przerażeniem odhaczam okienko za okienkiem. Statystyki nie kłamią. Większość bezwzględna uzyskana. Muszę iść do pracy.

A że lubię utrudniać sobie życie, wiadomo nie od dziś. Przecież dlatego właśnie wyszłam za mąż za nie-Polaka i zamieszkałam za Wielką Wodą, w kraju nowym dla nas obojga. Dlatego też w ciągu siedmiu lat urodziłam czwórkę dzieci, a w przerwach między pieluchami i karmieniami dorywczymi projektami usilnie próbowałam sprawiać wrażenie, że pracuję w zawodzie.

Dlatego również, gdy wreszcie dotarło do mnie, że z powodów formalno-logistycznych nie jestem w stanie podjąć “prawdziwej” pracy, sama stworzyłam sobie miejsce zatrudnienia, zakładając własną działalność. I pewnie dlatego też, na 35. urodziny, zamiast zabiegu podniesienia piersi po wykarmieniu własną piersią czwórki dzieci tudzież innej procedury kosmetyczno-relaksującej, sprawiłam sobie prezent w postaci wizyty u konsultantki edukacyjno-zawodowej, która od słowa do słowa poradziła, abym, zanim przekwalifikuję się na flebotomistę, technika USG czy inny przyszłościowy zawód, popróbowała sił w tym, co potrafię i lubię – pisaniu.

Za radą tejże konsultantki pochodziłam jeszcze później parę semestrów do koledżu miejskiego, nad sensownością czego zastanawiam się do dziś. Być może pozwoliło mi to choć w małej cząstce zapoznać się z systemem nauki w USA. Założyłam też bloga i znalazłam w internecie bardzo fajny klub – Polki na Obczyźnie, w którym ku mojemu zdziwieniu inne kobiety dzieliły podobne rozterki emigracyjne i mówiły tym samym językiem, dosłownie i w przenośni.

I tak oto w wieku 38 lat, z własnej i nieprzymuszonej woli, będąc matką czwórki dzieci i imigrantką, bez książkowej siatki asekuracyjnej w postaci ciotek, kuzynek i koleżanek, które jak trzeba to pomogą, pierwszy raz po skończonych 16 lat wcześniej studiach poszłam do pracy na pełny etat,

w moim wymarzonym w młodości zawodzie – dziennikarza. Przydało się wszystko, co robiłam wcześniej – i blogi, i freelance, i klub, i własna działalność i parę semestrów w miejskim koledżu. Język polski też się przydał.

Od tej pory minęło 2,5 roku. Przez ten czas ze dwa razy przepowiadałam sobie pewne odejście z pracy, dwa razy byłam u przełożonych z zamiarem przejścia na część etatu, niezliczone razy z prośbą o podwyżkę, a w mojej głowie “wytrzymam rok” zamieniało się już dwukrotnie w “wytrzymam dwa lata” i dalej “byle do trzech”. Przeszłam etapy początkowej fascynacji, wręcz euforii, przez zwątpienie, wyrzuty sumienia, obwinianie się i biczowanie. Były i łzy rezygnacji, i krzyki desperacji, i dzieci siedzące na schodach przed szkołą po zamknięciu świetlicy, i desperackie szukanie w lodówce składników obiadu, a raczej kolacji o szóstej wieczorem. Wbrew wyliczeniom czerwonego zeszytu, praca daleka jest od idealnej, lecz przynosi stały dochód, zapewnia bycie wśród ludzi, rozwój szarych komórek i, co najważniejsze, satysfakcję. Od czegoś trzeba zacząć – tłumaczę sobie w momentach kryzysowych, zaklinając, że już nigdy nie oddam własnych marzeń walkowerem. W wieku czterdziestu lat po prostu nie mogę sobie na to pozwolić.

Wiele miesięcy, a nawet lat zajęło nam z mężem wypracowanie skomplikowanego, lecz dziś dość sprawnie działającego systemu zarządzania naszym wielodzietnym gospodarstwem domowym. Składa się on z wielu większych i mniejszych części, które muszą być dobrze naoliwione, żeby machina codziennie działała bez zgrzytów. Usterki się zdarzają, poważne awarie też. Czasem drobna usterka może sprawić, że maszyna nie odpali i efektem domina ciągnie za sobą szereg negatywnych konsekwencji. Na te negatywne skutki trzeba mieć oddzielny mechanizm. Sprawdzianowi poddawane są nie tylko dzieci, z którymi jakby jednocześnie uczę się życia, ale również życiowy partner, z którego wyjść może tyle samo urażonego ego, co niespotykanych talentów i bezcennego wsparcia.

Staram się zapełnić sobie lukę informacyjno-rozwojową spowodowaną życiem kury domowej przez kilkanaście lat. Odżywają we mnie uśpione marzenia i powstają nowe. Cieszę się, że dane mi było dogłębnie poznać dwa scenariusze mojego życia, z których żaden nie jest idealny. Jest tylko ten, który własnymi decyzjami zgotujesz sobie w danej chwili i który bardziej lub mniej pasuje do twojej osobowości.

Mam czterdzieści lat, czwórkę dzieci i pierwszą “prawdziwą” pracę. A najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że ja się dopiero rozkręcam.

Joanna Marszałek

Spełniona matka i spełniająca się dziennikarka. Dojrzała już kobieta po czterdziestce, której ciągle pstro w głowie. Lubi niebezpieczne miejsca, niepopularnych ludzi i nieprzewidziane zdarzenia. Nieustannie szuka przygód, guza i niezwykłych historii zwykłych ludzi. Na emigracji od 2000 roku. Kocha ziemniaki w każdej postaci i jezioro Michigan.

Blog: Limonka do rosołu

0 0 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Awatar użytkownika
5 lat temu

<3 Wspaniale! A najbardziej podoba mi się puenta :*

Awatar użytkownika
Agnieszka
5 lat temu

To jest takie pełne nadzieji! Właśnie dziś zbierało mi się na ponurą jak szkocka pogoda wyliczankę – co ja takiego osiągnęłam w moim 30-letnim życiu. Już mi przeszło, będzie ok wtedy, kiedy ma być.

Awatar użytkownika
Magda
5 lat temu

Znakomicie napisany tekst 🙂 Pełen podziw za warsztat pisarski i za koordynację czwórki!

Anna M-a
Anna M-a
5 lat temu

Uwielbiam! Ja w 29 lat zmieniam zawód. Z nielubianego na taki, który mnie fascynuje. Czytając taki tekst czuje, że warto. Powodzenia, usciski od klubowej koleżanki.

Nel
Nel
4 lat temu

Och, to zupełnie jak ja….też uwielbiam ziemniaki w każdej postaci….tylko mam parę lat więcej i jedno dziecko więcej 😀 .Sciskam – Twoje alter ego 😀

trackback

[…] była twoja pierwsza praca? Kelnerka, opiekunka do dzieci czy może coś innego? Moją pierwszą stycznością z rynkiem pracy […]