Korea Północna. Czy warto?

Korea Północna. Czy warto?

Do Korei Północnej wybrałam się za namową mojego partnera.

Kierunek ten nigdy nie wydawał mi się ani za bardzo atrakcyjny, ani przede wszystkim łatwo dostępny. Więc gdy usłyszałam, że jednym z planów naszej kolejnej wyprawy mógłby być ten właśnie kraj, lekko się zaniepokoiłam, ale i zaintrygowałam. Bo w sumie, dlaczego nie? Od ponad roku mieszkamy w Chinach, mamy już wizy, więc nie trzeba było załatwiać całej papierologii, która jest niezbędna, bowiem najłatwiejszą, a może nawet i jedyną opcją dostania się do Korei Północnej, jest właśnie tranzyt przez Państwo Środka, więc połowę problemów mieliśmy już z głowy. 

Dość długo biłam się z myślami, czy powinnam tam pojechać. Wiedziałam, że z punktu widzenia podróżnika, kraj ten jest na top liście pod wieloma względami, ale poważnie odstrasza swoim reżimem oraz polityką nuklearną. Więc zanim podjęłam decyzję, dość skrupulatnie przeszukałam internet w celu zdobycia maksymalnej wiedzy na temat Korei. Ale nie tylko tej historycznej, faktów, które wpajają nam szkoły i media, ale przede wszystkim tej pochodzącej od innych ludzi, którzy tam już byli, którym udało się przełamać tabu i pokazać, że odwiedzanie kontrowersyjnych krajów jest potrzebne, że może mieć pozytywny efekt zarówno na mieszkańców, jak i na nas, odległych obserwatorów. 

Powiedziałam TAK. Najpierw we własnych myślach, później cichutko pod nosem, aż wreszcie dosadnie i wyraźnie do mojego H. – TAK! Jestem gotowa i chcę doświadczyć czegoś nowego, czegoś, co zapewne wiele mnie nauczy i poważnie mną wstrząśnie. Podróże to nie tylko piękne plaże, romantyczne zachody słońca i lazurowe laguny. Świat to nie słodka wata cukrowa. To też ten paskudny drewniany patyczek, który pozostaje po jej zlizaniu, który niespodziewanie potrafi zranić nasze delikatne podniebienie. 

Do Korei Północnej nie jedzie się na własną rękę. Wszystko musi być załatwione przez legalnie zarejestrowanego agenta. Nie jest to tania wyprawa. Cena zależy od długości wyprawy i tego, co chce się wliczyć w zwiedzanie (co figuruje na liście rzeczy dozwolonych przez władze państwa). My wybraliśmy się tylko na trzy dni. Była to prywatna wycieczka, nie dołączyliśmy się do żadnej grupy z bardzo prostego powodu – nie pasowały nam terminy. W koszt naszego pobytu w Pjongjang (około trzy tysiące złotych na osobę) wliczona była karta wstępu (Wiza wydrukowana na oddzielnym papierze, bez której przejście przez granicę nie byłoby możliwe. Karta ta zabierana jest właścicielowi przy wyjeździe z kraju.), zakwaterowanie, wyżywienie oraz przewodnik z transportem po mieście. Koszt dostania się do Korei Północnej, czyli pociągi, samoloty, autobusy itd. pokrywa się i organizuje na własną rękę. A podróżowanie po Chinach, choć dość łatwe i szybkie jak na mega dystanse, jakie tam są do pokonania, niestety do tanich nie należy. 

Jak wygląda taka wyprawa? Co się dzieje, gdy już dojedziesz do granicy? Jak poruszasz się po mieście? Co zwiedzasz? Co i gdzie jesz? Kto jest za ciebie odpowiedzialny? Jak z kwestią bezpieczeństwa? Jak wyglądają zakupy? Gdzie pozwalają ci wchodzić? Czy można wszędzie robić zdjęcia? 

Dzień 1

Lądowa granica chińsko-koreańska znajduje się w mieście Dandong. To już tam można z brzegu rzeki Yalu Jiang wypatrzeć ziemię koreańską. Dość starym oldschoolowym pociągiem z wagonami sypialnymi przyozdobionymi niebieskimi falbaniastymi zasłonkami dojeżdża się do granicy, by odbyć odprawę, która trwa około dwóch godzin. Groźnie wyglądający, choć bardzo sympatyczni strażnicy przeprowadzają krótki wywiad, sprawdzają dokumenty, spisują listę elektroniki, którą wwozisz do kraju (zwłaszcza ilość telefonów komórkowych, na które dostaje się osobny papier, który trzeba okazać również przy wyjeździe), przeszukują plecak, zwłaszcza skupiając się na książkach, gazetach, zdjęciach, które mogą w jakiś sposób zaszkodzić dobru państwa. Nas, Europejczyków, przesłuchała dość spora liczba strażników. Z jadącymi z nami wspólnie Chińczykami oraz Koreańczykami obeszli się nieco łagodniej.  

Sama jazda pociągiem, choć długa i monotonna (przejechanie 120 km zajmuje około pięciu godzin!) jest przyjemna i spokojna. I to właśnie podczas tej mozolnej podróży widzi się prawdziwą Koreę! Krajobraz był nieco ponury, ale mający specyficzny klimat. Bo to była zima, brak zieleni, zamarznięte jeziora. Brak aut na drogach (oprócz tych wojskowych, pełnych młodziutkich żołnierzy w zielonych mundurach i futrzanych czapach), wychudzone bawoły zamiast traktorów, opatuleni szalami i chustami ludzie pędzący gdzieś na starych, pordzewiałych rowerach, dzieci jeżdżące na drewnianych sanko-łyżwach, które pamiętają chyba tylko nasi dziadkowie (drewniana płoza doczepiona do kawałka dykty, na której się kuca i odpycha krzywymi patykami). Dla mnie, dla Polki urodzonej we wczesnych latach 80., niektóre z tych widoków wydawały się dość znajome. Ale dla mojego H., pomimo iż jest starszy ode mnie, ale Portugalczyk z krwi i kości, cała ta zimowa, ciężka otoczka była szokiem. Musiałam go uspokajać, że tak, w takim mrozie, można swobodnie chodzić po zamarzniętym jeziorze. Nie chciał się jednak później o tym przekonać na własnej skórze. 

Gdy dojechaliśmy do stacji w Pjongjang, czekało na nas dwóch przewodników biegle mówiących w języku angielskim, którzy, jako że było już dość późno, zabrali nas na kolację. Przewodnikom często też towarzyszy obstawa wojskowa, ale że byliśmy tylko w dwójkę, a nie z większą grupą, byli oni wystarczający. Kolacja przebiegła w bardzo miłej atmosferze, w prywatnym pokoju, bez gości z zewnątrz, w restauracji, która w żaden sposób nie była zareklamowana przed wejściem. Dla nas, niewtajemniczonych, był to zwykły budynek z małym sklepikiem z pamiątkami na parterze. I właściwie całe Pjongjang nie afiszuje żadnych restauracji. Nie wyobrażam sobie znaleźć tutaj czegoś do jedzenia na własną rękę, bez pomocy kogoś lokalnego. 

Jedzenie było smaczne, oparte na owocach morza, sałatkach warzywnych polanych obficie majonezem, pieczonym kurczaku, pikantnym kimchi oraz ryżu. Na stole nie zabrakło też hot pot czyli tzw. gorącego rondelka – zupy, którą przygotowuje się samemu, według własnych upodobań, dodając te składniki, które nam najbardziej smakują, typu wołowina, szpinak, grzyby, cebula, kapusta i wiele innych.  

Przyznam szczerze, że po mieszkaniu już jakiś czas w Chinach, jedzenie nie było dla mnie niczym egzotycznym, ale smaki koreańskie bardziej przypadły mi do gustu. 

Po sutej kolacji odwieziono nas do hotelu, gdzie pierwszy raz zetknęliśmy się z surowymi realiami reżimu – to tutaj zabrano nam paszporty. Pierwszy raz w życiu oddałam mój najważniejszy dokument komuś, kogo poznałam zaledwie dwie godziny temu. Nogi się lekko pode mną ugięły, ale musiałam zaufać słowom pracownika agencji, że takie są procedury i już. Wraz z paszportem oddałam niejako swoją wolność. W Korei Północnej turystów obowiązuje całkowity zakaz swobodnego poruszania się po kraju! Jeśli zostaniesz przyłapany na samotnych wędrówkach, grozi ci więzienie lub śmierć. Zapomnij o szybkim wyjściu do sklepu po wodę czy spacerze w przyhotelowym parku! Dla mnie to był kubeł zimnej wody. W tym momencie pomyślałam, że tak właśnie czują się tutejsi mieszkańcy. Nie tylko przez parę dni, ale zawsze!

 

Dzień 2

 

To był najbardziej intensywny dzień naszej wyprawy. Niewiele da się zobaczyć w niespełna trzy dni, więc poprosiliśmy o jak najwięcej i jak najciekawiej. Uśmiechy na twarzach naszych przewodników zdradziły, że dużo się da, ale czy ciekawie, to sami ocenimy. 

Co można zobaczyć w Pjongjangu w kilka godzin? Na szybko to, co miga za oknami samochodu, którym wożono nas z punktu A do punktu B. Czasem zwalniano, żeby pokazać jakiś okazały budynek partyjny czy murale, a czasem przyśpieszano, żebyśmy nie mogli zobaczyć niczego lub nie mieli szansy zrobić fotki czy zadać niewygodnego pytania. Chociaż tych sami staraliśmy się unikać. Lepiej dmuchać na zimne i nie doprowadzać do niewygodnych sytuacji. Zresztą nie po to tutaj przyjechaliśmy. 

No więc czym się najbardziej szczycą Koreańczycy? Oto kilka najistotniejszych miejsc, które pozwolono nam zobaczyć. Zwiedzanie zaczęliśmy od okazałej Biblioteki Narodowej, gdzie pochwalono się starymi tomami (z 1974 roku) książek o elektromechanice napisanych w języku polskim oraz gdzie odegrano specjalnie dla mnie z kaset, z magnetofonu typu “jamnik” polskie pieśni ludowe, takie jak na przykład  “Kukułeczka kuka”. Następnie zobaczyliśmy plac Kim Il Sunga, Wieżę Idei Dżudże, Pomnik Zjednoczenia, Łuk Triumfalny. (podobny, ale nieco większy niż ten w Paryżu), pomnik Założenia Partii, Studio Sztuki Mansudae, Wielki Pomnik na Wzgórzu Mansu z dwoma olbrzymich rozmiarów statuetkami dwóch liderów, przed którymi trzeba oddać pokłon (jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, wizyta na wzgórzu jest niewskazana) lub też złożyć hołd bukietem kwiatów zakupionych w pobliskim kiosku (to już jest nieobowiązkowe), Muzeum Wojny Ojczyźnianej, którego sam budynek wywarł na mnie chyba większe wrażenie niż eksponaty w nim umieszczone oraz przepiękne najgłębsze na świecie metro pjongjańskie (ponad 100 m), które totalnie mnie oszołomiło. Wystrój, architektura, malowidła, kolory i sam fakt, że nikt tutaj nie wściubiał nosa w telefon komórkowy! Bo nie wiem, czy wiecie, ale w Korei Północnej nie ma internetu! Ale za to w samej stolicy mają aż około 25 różnych gazet i to z nich właśnie mieszkańcy dowiadują się, co się dzieje na świecie. Na tyle, na ile im władze pozwalają, oczywiście. Więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam grupki ludzi skupione wokół gabloty na stacji, zaczytujące się w lokalnych wiadomościach. Podróż w przeszłość!

Dane nam również było zakupić upominki we wskazanym lokalnym sklepiku oraz pójść do supermarketu na zakupy, gdzie mieliśmy okazję wymienić pieniądze na koreańską walutę (won) i zachować kilka banknotów dla siebie na pamiątkę. 

Nie wiem na ile prawdą jest fakt, który krąży gdzieś tam w świecie, że zarówno w metrze jak i w markecie tłum ludzi jest sztucznie ustawiony, na pokaz dla turystów, ale jeśli tak jest, to władza robi kawał dobrej roboty! Ja tam sztuczności żadnej nie wyczułam, choć ciężko było mi wyczytać coś z poważnych i unikających kontaktu wzrokowego twarzy pjongjańczyków. 

Dzień 3

Czas powrotu do rzeczywistości. Po śniadaniu i wymeldowaniu zostały oddane nam paszporty oraz przydzielone bilety na pociąg powrotny. Nie macie pojęcia jak ja się ucieszyłam na widok mojej małej, bordowej książeczki z orzełkiem! Nagle zdałam sobie sprawę, jak dobrze jest pochodzić z wolnego kraju, który być może nie jest idealny, ale nie trzyma mnie też na siłę w swoich granicach i wychował mnie w świetle wolności słowa i wyboru. Nie jestem zagorzałą patriotką, ale w takich momentach zdaję sobie sprawę, że dużo zawdzięczam tym, którzy ciężko walczyli o lepszą przyszłość dla siebie i dla kolejnych nadchodzących pokoleń. 

Droga na stację kolejową była szybka i taka trochę słodko-gorzka. Z jednej strony chciałam już wracać do Chin, które po tym doświadczeniu nabrały dla nas nowych, radosnych barw. Chiny, choć również bardzo kontrowersyjne i hermetyczne, nagle wydały mi się światowe, otwarte na wpływy z zewnątrz, rozwinięte i nowoczesne, pełne uśmiechniętych ludzi, których czeka świetlana przyszłość. Ale z drugiej strony czułam ogromny niedosyt, chęć zobaczenia więcej, doświadczenia życia poza murami miasta, wyjechania gdzieś w naturę, na wieś. Bo Korea Północna to nie tylko Pjongjang! Zdaję sobie sprawę, że widziałam kroplę w morzu, ale kroplę bardzo drogocenną, wyjątkową. Czy tam wrócę? Nie wiem. Może kiedyś reżim upadnie i dane mi będzie zobaczyć inny, wolny od skrajnego socjalizmu kraj?

 

Na pożegnanie, oprócz bardzo formalnego uścisku dłoni, serdecznych uśmiechów przewodników i kierowcy oraz kilku kawałów dla rozluźnienia atmosfery, w pięknym budynku dworca kolejowego zostaliśmy zaszczyceni żeńskim chórem, który odśpiewał propagandowe pieśni narodowe i podziękował wszystkim przybyłym za wizytę. Było sentymentalnie.

Odprowadzono nas do samego przedziału, gdzie spędziliśmy kolejnych siedem godzin, by po bezproblemowej odprawie granicznej znów znaleźć się w Dandong. Emocje sięgały zenitu. W tak krótkim czasie przeżyłam tak wiele. Od niechęci, po zaskoczenie, podziw, złość, akceptację, bunt, gloryfikację, żal, radość, smutek. Właśnie te wewnętrzne przemiany mają dla mnie największe znaczenie w podróżach. I właśnie dlatego nie żałuję mojej decyzji. Warto było odwiedzić Koreę Północną. 

Autorka i Foto

Kasia Sosińska Chiny, Jiangxi @PszepaniiJejŚwiat

 

5 2 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

7 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Pharlap
1 miesiąc temu

Bardzo ciekawe.
Kiedyś przymierzałem się do takiej wycieczki.
Z Australii było to dość skomplikowane. Standard to była chyba tygodniowa wycieczka z tego większość w Chinach. Koszt chyba $4,500 plus dojazd do/z Chin. 2 noclegi w Pyongyang w hotelu na wyspie. Ten hotel i wyspa zupełnie odizolowane od codziennego życia.
Na szczęście w dobie pandemii trzeba zapomniec o takich fanaberiach.
Na marginesie – Kim Il Sung. Ja pamiętam doskonale czasy wojny koreańskiej. W Polsce nazwisko przywódcy brzmiało i pisało się Kim Ir Sen.

KASIA
KASIA
1 miesiąc temu
Reply to  Pharlap

Tak, to prawda, że w Polsce mówi się Kim Ir – Sen a nie Kim Il- Sung. Obie formy są poprawne, a ja użyłam tej, którą operuję częściej na codzień w anglojęzycznych dyskusjach i tej, którą operują w Korei Północnej. Można poprawić, bo faktycznie może to być trochę mylące dla Polaków. A tak na marginesie dodam tylko, że prawdziwe imię przywódcy, nadane mu przez ojca, to Kim Song -Ju. Kim Il- Sung to przydomek, który nadano mu w wojsku, a co oznacza dosłownie “stający się słońcem”. Dlaczego więc w Polsce mówi się Kim Ir- Sen? Doczytałam tyle, że w latach… Czytaj więcej »

Pharlap
1 miesiąc temu
Reply to  KASIA

Kim Ir Sen.
A czy to czasem nie jest problem z wymawianiem litery L?
Kiedyś byłem w Japonii, leciałem samolotem, patrzę przez okno a stewardessa mówi – there are terrible crowds.
Crowds? – dziwię się – you mean many planes waiting for landing?
No, crowds, you cannot see anything.
Miała na myśli chmury – clouds.
Potem był szereg podobnych przejęzyczeń.
Pozdrawiam.

KASIA
KASIA
1 miesiąc temu
Reply to  Pharlap

Może też, kto wie. Rzeczywiście Azjaci mają problem z wymową literki R. Znam z autopsji. Mieszkam w Chinach od ponad 1,5 roku (z przerwą przez pandemię) a tam jest ten sam problem.

An Na
1 miesiąc temu

Jak wiesz, tez tam bylam. Moja wycieczka byla zorganizowana. Lecialam samolotem, wracalam pociagiem. Nam pozwolono biegac luzem w parku naokolo hotelu. Podczas nocy sylwestrowej na placu Kim Il Sunga, bylismy zupelnie bez “obstawy” pomiedzy tysiacami lokalnych mieszkancow. Powiedziano nam tylko gdzie jest nasz autokar i o ktorej godzinie mamy sie przy nim stawic z powrotem. Bylismy tez bez przewodnikow w parku rzezb lodowych, znowu powiedziano nam o ktorej godzinie mamy sie stawic przy autokarze i tyle. W Munsu Water Parku zachecano nas do socjalizowania sie z rodzinami, ktore tam akurat byly. Owe rodziny byly rownie zszokowane co i my. Nawet… Czytaj więcej »

KASIA
KASIA
1 miesiąc temu
Reply to  An Na

Ciekawe doświadczenie. Też byliśmy w tym markecie i też tam chodziliśmy sami i też mam banknoty z wiezrunkien wiesz kogo 😊. My byliśmy tylko w dwójkę. Taka wyprawa wygląda zupełnie inczaej. Bardzo mi sie podobał fakt, że mogłam z naszymi przewodniakmi naprawdę pogadać, tak swobodnie, bo w dużej grupie to wiadomo, tysiac pytań do i zero personalnego stosunku do ludzi. Nie wiem od czego zależy, że jednych wypuszczają za hotel a innych nie. Może od lokalizacji hotelu. Ale rozukiem passporty Wam zabrali na przechowanie? Ile lat temu byłaś? U fryzjera musiało być ciekawie. Trzy fryzury na krzyż do wyboru. Teraz… Czytaj więcej »

An Na
1 miesiąc temu
Reply to  KASIA

Fryzur ciut wiecej niz trzy na krzyz, jakies 20 pare do wyboru. “Crash Landing on You” znam i nawet lubie. Bylam trzy lata temu. Prywatna czesc wycieczki byla ze stolicy do Sinuiju, wiec wiem jak wyglada taka wyprawa, bo tez troche czasu spedzilam sam na sam z przewodnikami. Jesli myslisz, ze moglas swobodnie pogadac z przewodnikami, to niestety bardzo sie ludzisz. Ja tez tak sie zachlystywalam tym “personalnym stosunkiem do ludzi”. Dopiero wlasciciel biura wyprowadzil mnie z bledu, bo przewodnicy okazali sie byc swietnymi aktorami. I w sumie powinnam sobie zdac z tego sprawe duzo wczesniej, bo przeciez kurna, rozumiem… Czytaj więcej »

7
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x