FELIETONY

Wrzesień 2019

Godzina 6:00 rano. Mój budzik już po raz kolejny próbuje mnie wyrwać z ciepłego łóżka, ale mu się nie udaje. Pół godziny później z przerażeniem stwierdzam, że po raz kolejny zaspałam. Szybka kawa, tost z dżemem, ubranie, makijaż… Teraz jeszcze tylko dobudzić smacznie śpiącą dwuletnią córkę. Ubranie, sprawdzenie torby do żłobka i już po 7:00 pędzę z wózkiem pod górę, aby zostawić córkę na breakfast club, za który, swoją drogą, słono płacę. Na koniec jeszcze tylko złapać autobus do pracy. 

Bristol należy do jednych z najbardziej zakorkowanych miast w Wielkiej Brytanii. Poranna podróż do pracy, trzynaście kilometrów, które na rowerze przejeżdżam w mniej więcej 45 minut, autobusem potrafi mi zająć nawet do dwóch godzin. Ale nie narzekam. Dzięki temu mam czas na czytanie książek. Kiedy mieszkałam w Londynie, też nadrabiałam moje czytelnicze statystyki w publicznych środkach transportu. Tam zresztą jest to całkiem normalne. Niemal każdy pasażer metra coś czyta. Ewentualnie przegląda wiadomości w telefonie lub śpi, nadrabiając zarwaną nockę czy też wczesną pobudkę. 

Kiedy w końcu dotrę do biura, mogę się w spokoju skupić na pracy, pójść na lunch ze znajomymi czy też poplotkować przy ekspresie do kawy. Ot, zwykłe korporacyjne życie. 

Godzina 17:30. Koniec pracy. Powrót autobusem do domu. Zanim dojadę jest już prawie 19:00. Kolacja, kąpiel, bajka… W tygodniu nie mam zbyt dużo czasu dla córki. Wcale mnie nie dziwi, że dużo kobiet po narodzinach dziecka nie ma ochoty wracać do pracy na pełny etat. Na szczęście pracodawcy w Wielkiej Brytanii są często dosyć elastyczni pod tym względem. Praca kilka dni w tygodniu bądź krótszy wymiar godzin nie są czymś wyjątkowym.

Dwa lata i jedną pandemię później…

Tuż przed pandemią urodziłam drugie dziecko. Mój urlop macierzyński niemal w całości przypadł na kolejne lockdowny, obostrzenia, reżimy sanitarne. Po trzynastu miesiącach wolnego trzeba było w końcu wrócić do pracy. Jakże innej od tej, do której przywykłam! 

Koniec niekończących się dojazdów, stania w korkach, przeklinania budzika wyrywającego mnie ze snu o nieludzkiej porze. Niestety koniec także przypadkowych pogawędek przy kawie, niekończących się dyskusji przy lunchu na tematy wszelkie (od religii, po politykę i sport), koniec rozdzielania życia rodzinnego od pracy. Teraz praca nieustannie miesza się z domem. Niemal codziennie prowadzę rozmowy z klientami, jednocześnie zajmując się dzieckiem (spróbujcie wytłumaczyć półtorarocznemu bobasowi, że mama, która siedzi w pokoju obok, nie może się nim zająć!). Stałam się mistrzynią w pisaniu na klawiaturze jedną ręką, usypiania dziecka i w tym samym czasie rozwiązywania skomplikowanych problemów, moja wielozadaniowość weszła na zupełnie nowy poziom. 

Kiedyś nigdy bym nie pomyślała, że powiem, że tęsknię za biurem. Za separacją domu od pracy, za kolegami i koleżankami oraz naszymi dorosłymi (nawet jeśli nie koniecznie poważnymi) rozmowami. Owszem, moje życie spowolniło. Mogę później wstawać. Mam czas w miarę spokojnie odprowadzić dzieci do szkoły i przedszkola. Zrobić im wieczorem kolację, a w przerwie na kawę nawet się chwilę pobawić. 

Niedługo moja firma wprowadza stopniowy powrót do biura. Będę teraz pracowniczką hybrydową i mniej więcej pół tygodnia będę pracować z biura, a pół z domu. Wydaje mi się to optymalnym rozwiązaniem. Można sobie kląć na pandemię, ale ja na pewno zawdzięczam jej jedno: po raz kolejny przekonałam się, jak ważna w życiu jest równowaga.

Justyna Kloc

5 7 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze