Już nie marzę o domu

Już nie marzę o domu

– Ile? – skrzywiła się agentka nieruchomości. Nie powiedziała tego głośno, ale wyraz twarzy zdradził wszystko.

– Tyle wynosi mój dodatek mieszkaniowy od firmy, a nie chcę dokładać więcej z własnej kieszeni – wyjaśniłam. 

Zamierzałam wynająć mieszkanie w jednym z najdroższych miast świata. W dodatku robiłam to z odległości prawie 7 tys. kilometrów. Nie widząc mieszkania na własne oczy, miałam podpisać cyrograf, który każe mi co miesiąc płacić czynsz przewyższający moją dotychczasową polską pensję. To już wystarczająca adrenalina. Nie miałam pojęcia, ile wyniosą moje comiesięczne wydatki, dlatego wolałam nie szaleć ze stałymi opłatami, z których trudno się wycofać. Ale agentka swoje. 

– Czy pani wie, ile kosztuje wynajem mieszkania w Nowym Jorku? Proszę powiedzieć szefostwu, żeby podwoili kwotę, inaczej nie ma pani czego szukać.

– Przejrzałam oferty online i wydaje mi się, że coś skromnego się jednak znajdzie. 

– Dla pani, męża i dziecka? Przecież nie może pani wynająć kawalerki.

– To tymczasowe mieszkanie, nie nastawiamy się na luksusy. W czasie kontraktu chcemy dużo podróżować, często będziemy poza domem. Nie mamy dużych wymagań. Widziałam dwu-, trzypokojowe mieszkania w podobnej cenie. Może nie w apartamentowcu, ale wydawały się czyste.

– Do momentu, kiedy nie wyjdzie pierwszy karaluch. 

Agentce moja postawa nie mogła się pomieścić w głowie. Kontrakt w Nowym Jorku brzmi prestiżowo, dlatego z myślą o mnie przygotowała oferty domów lub apartamentów z basenem. Adresy spełniające wymagania, których ja, nie wiedzieć czemu, nie miałam. 

– W takim razie radzę rozważyć przedmieścia, jest dalej, ale przynajmniej nie będzie pani mieszkać w klitce – agentka podjęła ostatnią próbę.

– Nie, dziękuję, chciałabym chodzić do pracy pieszo.

Uparłam się na jedną wybraną dzielnicę. Do Nowego Jorku zamierzałam przeprowadzić się z dwulatką, którą trzeba odprowadzać do żłobka. Wizja korków i nieodebranego na czas dziecka oddanego przez żłobek na policję spędzała mi sen z powiek. Wszyscy straszyli: Nowy Jork to miasto gigant, paraliż w godzinie szczytu to norma. Chciałam tego uniknąć. 

Agentka się poddała i przestała odpowiadać na moje maile. Zajęła się pewnie jakimś bardziej łakomym kąskiem, który wiązał się z lepszą prowizją. A ja zawzięłam się i  po wielu formalnych bojach wynajęłam nieduże, trzypokojowe mieszkanie, mniej więcej tam, gdzie chciałam.

Nie interesowały mnie nowoczesne apartamentowce z wygodami.

Nie tylko ze względów finansowych. Skoro podjęłam wariacką decyzję o wywróceniu mojego życia do góry nogami, chciałam zamieszkać w zupełnie innych dekoracjach. Nie takich, które mogłabym zastać w każdym innym mieście na świecie, ale jedynych w swoim rodzaju. Nie szukałam domu na stałe, tylko takiego, który mogłabym wspominać. Romantycznego, klimatycznego, nowojorskiego.

Postanowiłam mieszkać jak Carrie Bradshaw albo Przyjaciele, nawet za cenę komfortu. Nie straszne były mi wąziutkie mieszkania w stylu railroad, ulokowane w XIX-wiecznych kamieniczkach zwanych brownstones. Takie ze stromą klatką schodową bez windy, z małymi drzwiami, przez które nie przechodzą meble. Z małymi oknami tylko od frontu i z tyłu,  przez które wpada niewiele światła. Nie przywiązywałam wagi do basenu, garażu czy choćby piwnicy. Trochę trudniej było mi zaakceptować brak pralki, ale ostatecznie byłam gotowa się zgodzić. Przecież noszenie prania do pralni jest takie jak w filmach. A ja tak właśnie chciałam żyć.

Jedną z moich ulubionych części podróży zawsze było podglądanie, jak mieszkają inni. Z takim samym zapałem podziwiałam widoki i muzea, ciekawsko zaglądałam przez okna mijanych domów. Wsuwałam się przez uchylone bramy albo wtykałam głowę przez niedomknięte furtki, by ukradkiem rzucić okiem na czyjś ogródek czy podwórko. W tej sposób tworzyłam osobistą kolekcję marzeń o moim przyszłym domu.

Dorastałam w bloku w wielkiej płyty w średnim, polskim mieście. Choć byłam tam szczęśliwa, to trudno o bardziej bezbarwną scenerię. Dlatego wymarzyłam sobie, że kiedy dorosnę, moje życie będzie się toczyć w przyjemniejszym i ładniejszym otoczeniu. Zapamiętywałam obrazki z różnych zakątków świata: białe śródziemnomorskie domki porośnięte różową bugenwillą, norweskie: czerwone i drewniane, atlantyckie: biało-szare z werandą wychodzącą na ocean, angielskie – kamienne, otoczone różami i makami. Im więcej podróży, tym więcej wizji: francuskie kamieniczki, sielskie „kanadyjki”, mazurskie domostwa z czerwonej cegły. Na studiach, nie mając budżetu ani widoków na partnera, który pomógłby mi w takim przedsięwzięciu, oglądałam oferty sprzedaży ruder. Wierzyłam, że znajdę taką, której niedużym kosztem przywrócę blask i tym sposobem uniknę mieszkania w bloku na kredyt. Nie uniknęłam, a jego zakup kosztował mnie tyle samo pieniędzy, co nerwów.

O ironio krótko po tym, jak w nim zamieszkałam, dostałam propozycję kontraktu za granicą. Pierwszego dnia po przylocie stanęłam na pustej, krzywej podłodze i zastanawiałam się, po co mi to wszystko było. Wynajmowałam kilkanaście mieszkań zanim po wielu przeszkodach doczekałam się własnego, a teraz znów stałam się lokatorką. Gruzińska firma przeprowadzkowa przywiozła mi używane meble, które odkupiłam od znajomej razem z tosterem i odkurzaczem. Resztę wyposażenia zdobyłam w supermarketach, w second-handach lub znalazłam na ulicznych wystawkach. Nie zamierzałam inwestować w solidne sprzęty, bo nie wiedziałam, jak długo zagrzeję tu miejsce. A jednak coś w tym wszystkim okazało się stałe: ten mimowolny minimalizm, który wszedł mi w krew.

Szybko zaczęłam dostrzegać plusy mojego nowego położenia.

Niewielki stan posiadania przełożył się na oszczędność czasu w codziennych obowiązkach: sprzątaniu, prasowaniu, zmywaniu. Kiedy moja córeczka wylała coś na fotel czy kanapę, już nie rzucałam się ze ścierką, wściekle trąc zacieki. Nie obchodziły mnie naprawy czy wymiany zepsutych urządzeń – był to problem właściciela. Nie wydawałam już małej fortuny na wnętrzarskie dekoracje – ramki na zdjęcia, świeczki, poduszki, które w Polsce były moją słabością. Przestałam się też stresować, czy ktoś nas zaleje albo się do nas włamie (we własnym M mi się to przydarzyło). Skupiliśmy się na podróżowaniu.

Przez jakiś czas snułam jeszcze wizje, jak miło będzie wrócić po kontrakcie do własnego mieszkania. Na powitanie zamierzałam zrobić przemeblowanie, to i owo dokupić i ulepszyć. Ale ten zapał jakoś mi przeszedł. Podobnie mam w innych sprawach. Już nie czuję, że muszę mieć własny samochód, bo na co dzień to raczej generator kosztów niż ułatwienie. Odstąpiłam od zamówienia nowych mebli do biura w pracy: te z lat 90-tych wciąż spełniają swoje zadanie. Lubię mieć tylko kilka ubrań na każdą porę roku – własna szafa już mnie nie przytłacza. Ostatnim bastionem były książki: dotąd uważałam, że dom bez nich jest niepełny. Już tak nie sądzę, przerzuciłam się na biblioteki i subskrypcję.

Pokochałam tę nową lekkość bytu, to uczucie, że jestem tylko gościem. Posiadanie domu na własność to iluzja. Dom trwa dłużej niż my, jesteśmy tylko epizodem w jego historii. Czuję to, stąpając po falującej podłodze w naszej XIX-wiecznej kamieniczce. Kto był tu przede mną? Kto przyjdzie po mnie?

Magda Żelazowska – dziennikarka, pisarka, podróżniczka. Entuzjastka świata i ludzi. Kolekcjonerka wspomnień, ciekawych historii i drobnych życiowych przyjemności. W jej torebce może brakować kluczy, ale nigdy czegoś do pisania. Mieszka w USA. Prowadzi blog Zgub się tam. Napisała książkę „Rzuć to i jedź” o przeprowadzkach Polek za granicę.

8
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
3 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
IwonaRozaMagdalenaPaulinaAgnieszka, co w Szkocji mieszka Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ewa
Gość
ewa

Cudownie się Panią czyta.

Magdalena
Gość
Magdalena

Och, dziękuję! Czuję się podwójnie zmobilizowana do kolejnych tekstów 🙂

Agnieszka, co w Szkocji mieszka
Gość

Mam podobne przemyslenia o minimalizmie posiadania. Jego realizacja poki co jest jak krucjata, w ktorej musze zwalczyc moja sklonnosc do gromadzenia rzeczy i kolekcjonowania sentymentow. To serio przytlacza. Ale zdanie, ze mniej to wiecej, nabiera nowych znaczen.

Magdalena
Gość
Magdalena

Tak! Mniej znaczy więcej – w moim przypadku mniej przedmiotów to więcej czasu i energii 🙂

Paulina
Gość

Przepięknie napisane. Bardzo podoba mi się to minimalistyczne podejście – sama do takiego dążę. I podoba mi się lekkość z jaką autorka podchodzi do kwestii mieszkaniowych. Zapominamy, że dom nie powinien być uwiązaniem, miejscem w którym musimy być i z jego powodu wiązać się życiowo z określonym miejscem. Nie musi być też miejscem, które ma się stać symbolem naszego prestiżu. Pięknie podsumowane!

Magdalena
Gość
Magdalena

Bardzo się cieszę, że tekst się spodobał. Sama jestem zaskoczona, jak dobrze mi z mniejszą ilością rzeczy. Teraz każdym razem, jak odwiedzam moje polskie mieszkanie, czegoś się z niego pozbywam 🙂

Roza
Gość
Roza

O dokladnie takie same przemyslenia mam. Jestem po slubie juz 7 lat a mieszkalismy juz w roznych krajach. Tam rok. Gdzie indziej pol roku. W Polsce co rok czy dwa zmiana wynajmowanego mieszkania. I przyszedl czas refleksji po co sie tak obkupywac ? Wlasnie poduszeczki, rameczki… Ale.. Jednak bardzo chcialabym miec wlasne mieszkanie/domek. Chociaz boję sie, że tomnie przywiaze wlasnie do pospolitego miejsca. A będę miala ochotę pozyc w kolejnym kraju i znów nauczyc sie kolejnego języka i wejść w nower realia. Ale.. Dzieci… Teraz zaczely przedszkole. Przywiazaly sie do wychowawcow. Potem będzie szkola. I tak z nimi prowadzic koczownicze… Czytaj więcej »

Iwona
Gość
Iwona

Marzę o takim życiu,ale nie zawsze zostawia tylko mieszkanie.Bywa ,że trzeba zostawić rodzinę.A to już trudne.