EDUKACJA I JĘZYKI

Czy można wyemigrować bez znajomości języków? Jaki język przyda się w Norwegii, a jaki w Egipcie? I czy wszędzie dogadamy się po angielsku? Polki opowiadają o swoich emigracyjnych przeprawach językowych i zdradzają, jak to wygląda w poszczególnych krajach! 

Do you speak English?

Brak znajomości języka lokalnego często zniechęca do wyjazdów w nietypowe, egzotyczne miejsca – zwłaszcza jeśli ma to być przeprowadzka na dłużej. Tymczasem globalizacja robi swoje i chyba nikogo już nie dziwi, że angielski otwiera wiele drzwi na całym świecie.  “W Malezji można mieszkać latami i nie używać w ogóle bahasa Melayu, języka urzędowego”  – opowiada Jadźka Matelska (www.randomtravelstories.com). “W praktyce kraj ten (a zwłaszcza stolica Kuala Lumpur) funkcjonuje w dużej mierze w języku angielskim. Oczywiście pewne malezyjskie słówka, głównie związane z jedzeniem, człowiek wyłapuje siłą rzeczy. Ale po angielsku swobodnie porozmawia zarówno z kolegami w biurze jak i z panem sprzedającym smażony ryż na ulicy. Ba, nawet niektórzy rodowici Malezyjczycy, zwłaszcza ci mający chińskie korzenie, po malezyjsku zaledwie dukają.”

Podobne doświadczenia miała Ania Maślanka: “Gdy zamieszkałam w Norwegii, nie znałam języka zupełnie. W pracy wszyscy używaliśmy angielskiego. Na naukę zdecydowałam się po czterech miesiącach, gdy już wiedziałam, że chcę zostać w tym kraju.” Oczywiście, nie wszędzie pójdzie nam tak łatwo. Przekonała się o tym Joanna Rutko (www.auslanderkawszwajcarii.com): “Szwajcaria ma cztery języki urzędowe: niemiecki, którym posługuje się ponad 60% społeczeństwa, francuski (22,8%), włoski (8,4%) i retoromański (0,6%). Niemiecki, jako najpopularniejszy, sprawia najwięcej problemów. Nie wystarczy język wyuczony w polskiej szkole. Praktycznie każda wioska posługuje się swoim własnym dialektem. W dużych miastach, korporacjach i biznesach turystycznych można porozumiewać się w języku angielskim. Ale jeśli nie pracujesz w międzynarodowej firmie, branży IT czy hotelu, trudno będzie znaleźć zatrudnienie, nie znając podstaw języka kantonalnego.”

 

Są całe regiony świata, gdzie angielski na niewiele się przyda.

“W Kolumbii, podobnie jak w całej Ameryce Łacińskiej, językiem, który po prostu trzeba znać, jest hiszpański” – mówi Jadźka Matelska.  “Nawet w portugalskojęzycznej Brazylii prędzej porozumiemy się po hiszpańsku niż np. po angielsku. Co prawda słynny latynoski temperament czasem przychodzi z pomocą i aby się dogadać wystarczy mowa ciała plus dobre chęci, jednak bez znajomości hiszpańskiego umyka nam wiele. Bardzo trudno też w takiej sytuacji znaleźć pracę czy porozumieć się w urzędzie imigracyjnym.”

Mocno turystyczne kraje, jak Turcja, również sprawiają problemy, co potwierdza Ilona Güllü (www.bibionboardpl.wordpress.com): “Jeśli chcesz zatrzymać się w Turcji na dłużej, nauka lokalnego języka to podstawa. Nawet w kosmopolitycznym Stambule nie można brać za pewnik znajomości języka angielskiego u miejscowych.”

Siła poliglotek 

Czasem jednak nie chodzi tylko o przetrwanie. Znajomość języka lokalnego, choć nie jest obowiązkowa, przełamuje lody, otwiera wiele niewidzialnych drzwi i pomaga poczuć się pewniej w różnych sytuacjach.

“Mimo iż angielski zupełnie wystarcza mi, aby swobodnie żyć i wszystko załatwić, to jednak nie wyobrażam sobie nie posługiwać się językiem kraju, w którym mieszkam” – opowiada Ania Maślanka. 

“Chociaż w tej chwili posługuję się norweskim całkiem nieźle, to gdy szukam pracy zaniżam swój poziom. Dlaczego? Otóż w gastronomii zazwyczaj angielski zupełnie wystarcza, gdyż większość kucharzy to imigranci, niewielu z moich współpracowników pochodzi z Norwegii. A jeśli przyznam się, że coś tam umiem, to mogę zostać zastrzelona przez potencjalnego szefa lokalnym dialektem (których w Norwegii jest bardzo wiele), z którego nie zrozumiem nic. Lepiej zatem pokazać się z lepszej strony, niż zbłaźnić.

Z takim podejściem wiąże się jeszcze jedna zabawna rzecz. Przed laty mieszkałam w Finlandii i opanowałam język całkiem nieźle. W zeszłym roku wróciłam tam na parę miesięcy. Zapomniałam już, jak się wysłowić, ale nadal dużo rozumiałam. Swoim zwyczajem też nie przyznałam się do tego na początku. No i w ten sposób zdemaskowałam obrabianie mi zadu w mojej obecności. Wyobraźcie sobie minę delikwenta, który tyradę na mój temat zakończył “ta Polka i tak nie rozumie”, a ja odpowiedziałam mu po fińsku, że skoro nie rozumiem, to może zechce przetłumaczyć na angielski.”

Podobne podejście wyznaje Ania Bittner (www.przeczytalamksiazke.blogspot.com/):

“Jestem przekonana, że dostęp do kultury i dogłębnego poznania kraju prowadzi przez język – dlatego nie wyobrażam sobie nie uczyć się języka kraju, w którym mieszkam. W Portugalii można żyć z angielskim, znam mnóstwo takich osób. Ale co to za życie! Na skraju społeczeństwa, bazując na tym, co przetłumaczą liczne angielskie stowarzyszenia emigranckie.”

Język, ale właściwie jaki? 

No dobrze, skoro mamy już dobre chęci i zapał do nauki, pojawia się pytanie… jakiego języka naprawdę warto się nauczyć? Okazuje się bowiem, że nie zawsze najbardziej przydatny jest język urzędowy danego kraju. 

“Przyjeżdżając do Egiptu, podstawowe pytanie jakie należy sobie zadać w kwestii nauki języka, to do czego nam on będzie potrzebny” – opowiada Magda Fou (www.magdafou.pl). “Mimo że oficjalnym językiem jest język arabski, tak naprawdę na co dzień nikt się nim nie posługuje. Do codziennej komunikacji najlepiej od razu zacząć uczyć się dialektu egipskiego. A ponieważ dialekty żyją własnym życiem i są to języki bardziej mówione niż pisane, to znalezienie materiałów do nauki jest wielkim wyzwaniem.”

W niektórych krajach sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, np. na Wyspach Zielonego Przylądka (Cabo Verde), gdzie mieszka Emilia Wojciechowska (www.bylenaprzod.wordpress.com): Cabo Verde to archipelag dziewięciu wysp rozsianych po Atlantyku i należy do grupy PALOP – państw afrykańskich, w których językiem oficjalnym jest język portugalski, ze względu na historię kolonizacji.

Przeprowadzając się na Wyspy Zielonego Przylądka, mówiłam po portugalsku – może nie superpłynnie, ale na pewno komunikatywnie. Jakież zatem było moje zaskoczenie, kiedy już w pierwszych dniach odkryłam, że ten portugalski jest… jakiś inny. I że oni mnie rozumieją, ale ja ich nie do końca! Okazało się bowiem, że i owszem – portugalski jest językiem „oficjalnym”, ale na ulicach króluje kreolski! I bynajmniej na tym nie koniec było moich zaskoczeń!

Pierwszą wyspą, na jakiej mieszkałam, była wyspa Santiago. I jeszcze kiedy nie wiedziałam, że zagrzeję tu miejsce na dłużej, wybrałam się w podróż po archipelagu. Podczas tej pierwszej podróży odwiedziłam wyspy Sal, São Nicolau, São Vicente i Santo Antão. Mieszkałam już wtedy kilka miesięcy na Santiago i podłapałam kreolski, więc dumna z siebie, do każdej napotkanej osoby mówiłam, a jakże, po kreolsku! Dogadać się dogadałam, ale… im dalej od Santiago, tym gorzej mi szło. A jak wysiadłam na wyspie Santo Antão, to już zupełnie się załamałam. I tak odkryłam, że zdanie, którego dziś sama często używam do opisania Cabo Verde – „małe, ale różnorodne”, dotyczy także języka. Każda wyspa mówi innym kreolskim. Są nawet różnice w obrębie danej wyspy! I dzięki temu nauka tego języka to dla mnie nadal wielka przygoda, mimo dziewięciu lat na Cabo Verde!”

Zaskoczenie może spotkać nawet w krajach angielskojęzycznych, jak mówi Agnieszka Ramian (www.instagram.com/agnieszka.ramian): “Mamy angielski amerykański, angielski brytyjski i… angielski szkocki! Kiedy drugiego dnia po przyjeździe na obczyznę postanowiłam przetestować moje umiejętności językowe, czułam się pewnie. Przecież wszystko umiem – matura ustna na maksa i piąteczki w dzienniku same się nie zrobiły. Nie chciałam rzucać się od razu na głęboką wodę, więc zaczęłam delikatnie, od podstawowych rozmówek, pytań o kierunki i którędy do celu. Starannie wyselekcjonowanego tubylca zagadnęłam, gdzie znajdę najbliższą bibliotekę. Zrozumiał mnie bez problemu, ochoczo rzucił się do pomocy, bo taki naród. Z jego ust wydobył się jakiś niezidentyfikowany bełkot, ciąg słów, które brzmiały znajomo, ale ich nie rozumiałam. Gdyby nie wyciągnął ręki, aby jednocześnie wskazać mi budynek, którego szukałam, nie wyniosłabym nic z tej interakcji. Szkocki akcent zmienił angielski w obcy język. Osłuchiwałam się przez wiele miesięcy.”

Nauka z miłości?

Względy praktyczne to jedna sprawa, ale niektóre z nas podejmują naukę języków bardzo nietypowych czy wręcz wymierających, z pasji i zafascynowania daną kulturą bądź regionem. 

“Nigdy nie sądziłam, że nauczę się któregoś z języków serbołużyckich. Przypadek sprawił jednak, że przed ponad dziesięciu laty, jeszcze jako doktorantka, trafiłam na Łużyce, a obecnie od ponad roku mieszkam w Chociebużu (dolnołuż. Chóśebuz, niem. Cottbus), zwanym stolicą Dolnych Łużyc” – opowiada Justyna Michniuk. 

“Wielu ludzi pyta mnie, po co w ogóle uczyć się języka dolnołużyckiego, którym mówi dziś może maksymalnie tysiąc osób, a zna go biernie około Siedmiu tysięcy. Mogłabym przecież postawić na bardziej modne języki obce. Taki punkt widzenia mnie nie przekonuje, od dziecka bowiem fascynowało mnie wszystko, co inne, nieznane i troszkę tajemnicze. Tak też jest z językiem dolnołużyckim. Nie bez znaczenia jest oczywiście fakt, że mój luby jest oryginalnym i co najważniejsze świadomym Serbołużyczaninem. Od początku porozumiewaliśmy się w dziwny sposób tzn. każde mówi w swoim języku. W naszym domu nie słychać więc niemieckiego, chociaż oboje używamy go naturalnie w pracy, w urzędach itp. Rozbrzmiewa za to polski, górnołużycki i dolnołużycki. 

Ze znajomymi i przyjaciółmi rodziny znającymi dolnołużycki mówię w tym języku. Oczywiście wciąż popełniam błędy, jednak staram się ciągle doskonalić w tym, znajdującym się na czerwonej liście języków wymierających, języku słowiańskim, w którego brzmieniu od dawna jestem zakochana.”

Może więc, aby naprawdę poznać jakiś kraj, trzeba pokochać jego język? Czasem działa to też w drugą stronę, jak twierdzi Natalia Wojas (www.natasha-in-travel.pl) “W Rosji, dokąd przywiodły mnie losy, znajomość rosyjskiego jest obowiązkowa! To prawda, że w kontaktach z firmami współpracującymi z zagranicą, spokojnie można stosować angielski. Ale czy będzie to podstawą prawdziwego, długotrwałego biznesu? Śmiem wątpić. A już na pewno bez znajomości mowy Puszkina nie otarłabym się o słynną rosyjską duszę… 

Jestem z pokolenia, które miało rosyjski jeszcze w podstawówce, jeździłam wielokrotnie do Rosji, poradziłam sobie w Mołdawii. Jednak w Moskwie z rozpaczą stwierdziłam, że w zasadzie… nie znam rosyjskiego. Znajomość języka to nie tylko słówka, gramatyka i wymowa, ale też bardzo ważny kod kulturowy i znajomość realiów kraju. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że żeby dobrze mówić po rosyjsku, trzeba Rosję pokochać.”

 

O swoich doświadczeniach opowiedziały:

Jadźka Matelska (Malezja / Kolumbia, www.randomtravelstories.com)

Ania Maślanka (Norwegia)

Joanna Rutko (Szwajcaria, www.auslanderkawszwajcarii.com)

Ilona Güllü (Turcja, www.bibionboardpl.wordpress.com)

Ania Bittner (Portugalia, www.przeczytalamksiazke.blogspot.com/)

Magda Fou (Egipt, www.magdafou.pl)

Emilia Wojciechowska (Wyspy Zielonego Przylądka, www.bylenaprzod.wordpress.com)

Agnieszka Ramian (Szkocja, www.instagram.com/agnieszka.ramian)

Justyna Michniuk (Niemcy)

Natalia Wojas (Mołdawia / Rosja, www.natasha-in-travel.pl)

 

Całość zebrała i zredagowała:

Jadźka Matelska

 

0 0 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze