Jak przekuć porażkę w zwycięstwo?

Jak przekuć porażkę w zwycięstwo?

Wiesz, jak to jest przed Świętami. Chcesz, żeby było magicznie i wyjątkowo. Nagle zaczynasz tęsknić za zapachem piernika i smakiem makowca, a karp zaczyna ci się wydawać bardzo smaczną rybą, wcale nie ościstą i pachnącą mułem… Nawet jeśli nie masz spiny, żeby wypucować wszystkie kąty, umyć okna na błysk, a dekoracjami świątecznymi zawstydzić supermarkety, to i tak jakimś cudem odkrywasz, że masz roboty więcej niż zwykle. Dużo, dużo więcej. Te sklepowe pierniczki w ogóle nie smakują jak domowe, prawda? No i co to za Święta bez bigosu? U mnie jest jeszcze gorzej, bo ja te przedświąteczne przygotowania naprawdę lubię. Może nie aż tak, żeby pucować okna, ale… Mieszkam w Chinach, w kraju, w którym Świąt się „nie czuje”. Niby w sklepach stoją sztuczne choinki, czasem nawet puszczą jakieś świąteczne piosenki, ale ponieważ mało tu chrześcijan, a i ludzie uważają, że przestrzeń wspólna nie służy do zajmowania się religią, to żeby poczuć świąteczną atmosferę, muszę ją sobie stworzyć sama.

Rzecz jest dużo łatwiejsza, odkąd mam dziecko. Gdybym go nie miała, pewnie nie marnowałabym czasu na krzywe łańcuchy choinkowe, wykrawanie pierniczków tak, że każdy inny, na wszystkie te czynności, które dzieci tak kochają, a które dorosłym wydają się kompletną stratą czasu. Właściwie to zamiast się wysilać, chętnie poszłabym spać – od urodzenia dziecka cierpię na ciągłe niedobory snu. Ale przecież dla dziecka warto się postarać. Muszę powiedzieć, że dwulatki swą radością wnoszą bardzo wiele w świąteczną atmosferę.

Tamtego wieczoru zagniotłam ciasto drożdżowe. Mąka, suche drożdże (hurra, nie trzeba robić zaczynu!), żółtka z cukrem, masło, rodzynki… Na pewno wiecie, jak to wygląda. Pewnym zaskoczeniem może być dla Was fakt, że ciasto przykryłam i zamiast zostawić na kaloryferze, włożyłam do lodówki. Tak, tak. Po pierwsze nie mam kaloryferów. W zimie po prostu marzniemy albo ubieramy bardzo dużo warstw. Zimy w południowych Chinach nie są bardzo surowe, temperatury ujemne są w moim mieście rzadkością, więc i ogrzewania się nie instaluje. Choć jednak nie jest tak zimno, jak bywa w Polsce, to przez ten nieszczęsny brak ogrzewania ciężko zmusić ciasto drożdżowe do wyrośnięcia w godzinę czy dwie. Lepiej więc szczelnie opakować i poczekać, aż wyrośnie powoli w lodówce. Trwa to około 12 godzin, więc jest idealnie: wieczorem robisz ciasto, a rano pieczesz. Żadnego nerwowego oczekiwania. Może i nie wyrasta tak spektakularnie jak w cieple, ale naprawdę jest w porządku. Wypróbowałam tę technikę setki razy, więc wiem, co mówię.

Wyciągam więc rano dnia następnego ciasto z lodówki i… okazuje się, że wcale nie wyrosło. Ani odrobinę. Kontrolna warstwa mąki na wierzchu wygląda identycznie, jak wczoraj wieczorem. Wącham. Ani śladu drożdżowego zapachu. Mam złe przeczucia. Otwieram szafkę z kuchennymi ingrediencjami i wyciągam pozostałe saszetki drożdży, żeby sprawdzić datę ważności. Kurczę, powinny być ważne jeszcze pół roku! Nagle mój wzrok pada na nazwę produktu, który trzymam w ręku. Tak, drożdże. Ale nie chlebowe, a ryżowe, do robienia słodkich, lekko sfermentowanych deserów ryżowych. Na miejscu mojego ciasta też bym nie wyrosła…

Patrzę na kilko zmarnowanej mąki, kostkę zmarnowanego masła, sześć zmarnowanych jajek, że o rodzynkach i importowanym z polski aromacie do ciasta nawet nie wspomnę. Patrzę, patrzę… i zaczynam się śmiać. Wołam córeczkę: popatrz, co to jest? Ciasto! – cieszy się dziecko. Chcesz się nim pobawić? No pewnie! Myślę sobie – przynajmniej dziecko będzie miało radość. Ona jednak podeszła do sprawy poważnie. Zażądała stolnicy, mąki do podsypania, wałka i foremek do kruchych ciasteczek. Zaczęła tworzyć. No i – co było oczywistą konsekwencją podejścia do tematu na poważnie, poprosiła o włączenie piekarnika. Właściwie czemu nie? Nawet, jeśli będą niejadalne, to można przecież zrobić dziurki w tych wszystkich gwiazdkach, serduszkach i choinkach i potraktować je jak ozdoby choinkowe. Za chwilę jednak przyszła druga myśl: dlaczego niby miałby być niejadalne? Przecież w środku są same składniki najwyższej jakości. No, może z wyjątkiem drożdży ryżowych. Choć w sumie drożdże ryżowe same w sobie nie są złe, tylko niekoniecznie nadają się do ciasta…

Dwie godziny później ostatnia blacha maślanych ciasteczek wyjechała z piekarnika. Przypieczone, chrupiące, obłędnie pachnące. Choć zostały upieczone zaledwie dwa dni przed Wigilią, nie doczekały Świąt. „Od dzisiaj są to moje ulubione ciasteczka” – ogłosiła moja kuchareczka. Moje też.

Mogło być inaczej. Mogłam się rozpłakać, że nie wyszło to, co zaplanowałam. Mogłam się zezłościć na własną głupotę i nieostrożność (coś wspominałam o chronicznym przemęczeniu?). Mogłam wyrzucić do kosza nieudane ciasto i nigdy nie dowiedzieć się, jak pyszne ciasteczka można z niego zrobić.

Z okazji Nowego Roku życzę Wam, by każde nieudane ciasto stało się dla Was inspiracją, a nie powodem do rozpaczy. Bo przecież nie chodzi o to, żeby wszystko było idealnie, tylko żeby dać radę nawet jeśli życie (albo my sami) rzuca nam kłody pod nogi.

O AUTORCE
Natalia Brede

Natalia Brede

Autorka tekstów

Absolwentka studiów dalekowschodnich na UJ.
Azjofilka, herbaciarka, od 2008 r., z roczną przerwą,
mieszka w Chinach, w prowincji Yunnan.
BLOG: Biały Mały Tajfun.

5
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
IgomamaDagmaraMartaNatalia BredeGosia Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gosia
Gość

W tym roku mnie dopadł pierwszy kryzys świąteczny. Z dala od rodziny tej polskiej. Jakoś przetrwałam ale za rok na pewno spędzę Boże Narodzenie w Polsce.

Natalia Brede
Gość

Oby się udało 🙂

Marta
Gość

<3 Krótko, ale treściwie.

Dagmara
Gość

Te minione swieta byly dla mnie cudne. Od 2000 nego roku mieszkam w Holandii i przyzwyczailam sie do innych tradycji, a czasem i do samotnosci w ten specjalny czas… Ale tym razem bylo inaczej. Bylo pieknie. Resztki naszej rodziny zebraly sie w Anglii tuz przed Wigilia. Spotkanie na szczycie Anglia-Holandia-Niemcy-Polska. 😉 No i ja, tak jak dawno temu bywalo, pieklam ciasta. Sztrucla makowa, sernik, drozdzowe z bakaliami i posypka i moj kultowy placek z mablkami. Kwestia produktow bezproblemowa.. Sa polskie sklepy. 😀 Wszystko pyszne. I ten karp i grzybowa z lazankami i kompot z suszu.. A ciasto pieklam prawie co… Czytaj więcej »

Igomama
Gość

Piękny, bardzo motywujący tekst.
Akurat na dobry początek Nowego Roku. 🙂
Oby faktycznie udało nam się przezwyciężać przeszkody i nie robić dramatu z nieudanego ciasta.