Ja i mój mały koniec świata

Ja i mój mały koniec świata

Od ponad tygodnia jestem w raju.

Filipiny, wyspa Palawan. Kolejne z podróżniczych marzeń w końcu osiągnięte. Plaża, palmy, słońce, laguny, cisza i spokój. Przepięknie tutaj. Dokładnie to czego potrzebowałam po ponownym intensywnym pół roku życia w Chinach. Odkąd w sierpniu wróciłam z Europy dokończyć mój dwuletni kontrakt (półtora roku już za mną) wydaje mi się, że czas płynie jakoś wolnej, że każdy miesiąc ma nie trzydzieści, a sześćdziesiąt dni. To znak, że jestem zmęczona. Znam siebie na tyle, by rozpoznać sygnały płynące z ciała, które chce dłużej spać, wolniej się regeneruje i nerwowo reaguje na wszystko to, co na początku mojej chińskiej przygody wydawało się niewielkim problemem, różnicą kulturową, którą na pewno po czasie zaakceptuję czy zdołam zignorować. O rany! Jak ja mało jeszcze wtedy wiedziałam!

No ale jestem sobie tutaj, na pięknej filipińskiej plaży pośród palm kokosowych, nasłuchuję szumu fal i popijam słodkie mojito. Sceneria idealna na zrelaksowanie zarówno ciała jak i umysłu. Bo okazuje się, że to właśnie ten ostatni ma największy problem z wyciszeniem się, z oderwaniem od świata i jego problemów, których ostatnio jest naprawdę sporo. A może tylko mi się wydaje? Może jest ich tyle samo, co sto lat temu, tylko że teraz dzięki powszechnej dostępności do mediów, informacje rozchodzą się tak szybko, że nie nadążam ich przetworzyć z prędkością odpowiednią dla przeciętnej istoty ludzkiej? Głowa mi pęka od natłoku wiadomości. Cichutko w duszy marzę sobie, żeby kolejne miejsce, w którym się zatrzymam na następnych kilka dni nie miało dostępu do internetu. Zero zasięgu, proszę! Nie chcę, a właściwie nie mogę już przeglądać żadnych stron internetowych, karmiących mnie negatywnymi newsami!

Skąd ta panika?

Dlaczego właśnie teraz czuję się taka bezradna i osaczona? Przecież świat nie był i nie będzie idealny. Bardzo dobrze to wiem. Przejechałam spory kawałek globu, widziałam to i owo, doświadczyłam goryczy nieudanych wyjazdów i nieoczekiwanych sytuacji. Więc o co chodzi?

Przed wyruszeniem na mój długo oczekiwany urlop, media opanowała wiadomość o katastrofie samolotu w Iranie. Ja miałam zaplanowanych dziewięć lotów. Tak. Zanim mój raj otworzył przede mną ramiona, przebrnęłam przez kilkanaście chińskich miast, trafiłam też do Korei Północnej (chociaż to było częścią planów wakacyjnych). Nie boję się latać, ale takie wiadomości przed wzbiciem się w przestworza pewnie w wielu z nas wywołują dyskomfort podbrzusza i nieprzyjemne nudności.

Mój wylot do Manili poprzedzony był również wybuchem wulkanu Taal. Dosłownie dzień czy dwa przed planowanym lotem natura postanowiła spłatać nam figla i wypluć złowrogie opary przeciążenia turystycznego na zagrożony ludzkim brakiem odpowiedzialności i szacunku raj. No więc pojawił się stres. Lecieć czy nie? Bezpiecznie czy nie? Jednak, jak widać, ciekawość okazała się silniejsza niż lęk.

Dotarliśmy do celu w jednym kawałku. Ale zagrożenie kolejnym wybuchem ciągle jest, więc nie wiem, czy uda nam się wrócić.

Dokąd wrócić ?

I tutaj pojawia się kolejny stresujący bodziec – wrócić dokąd? Świat żyje chińskim wirusem korona. Mój dom, moje miejsce, moje rzeczy, moje “wszystko” na chwilę obecną jest w Chinach. Mój cały dobytek, który mam ze sobą to czterdziestolitrowy plecak, który zmieścił klapki, parę szortów, bluzę z kapturem, adidasy, kilka koszulek i kosmetyczkę. Jeszcze lekko ponad tydzień temu, zanim wirus osiągnął obecną skalę, dość intensywnie przemieszczałam się po Chinach. Szanghaj i Pekin – główne atrakcje turystyczne plus lotniska i stacje kolejowe. To był czas kiedy Chińczycy zaczęli już swoje masowe noworoczne podróże do domów rodzinnych. Czy byłam bezpieczna? Czy leciałam z kimś, kto kaszlał i kichał wirusem na prawo i lewo? Czy jestem w grupie ryzyka? Nie wiem. Nie wiem również, czy uda mi się za tydzień wrócić do Chin. Kolejne miasta są izolowane, coraz więcej informacji wskazuje na to, że naprawdę jest nieciekawie. Moja szkoła ponoć przedłuża wakacje. W całym kraju brakuje maseczek ochronnych. Dostałam nawet zdjęcie od znajomej, na którym widać, jak zdesperowani ludzie wyciągają zużyte maseczki ze śmietników, by je wyprać i ponownie użyć! Szaleństwo! A może medialna nagonka? 

A jeśli mogę przekroczyć granicę, to czy powinnam? Czy będę w stanie uniknąć zarażenia wirusem? Czy wpakuje się w bałagan, w piekło, z którego nie pozwolą mi wyjechać do momentu opanowania sytuacji? Czyli jak długo? Jeszcze nie panikuję, ale po raz pierwszy w życiu stoję na bardzo zagmatwanym rozdrożu i nie wiem, który kierunek obrać. Każda decyzja wydaje się zła. Z różnych względów.

Dzisiaj nawet przepiękny zachód słońca w tropikach nie ukoił moich lęków i nie pomógł zapomnieć o rozterkach życia codziennego. 

Jutro rezygnuję z czytania wiadomości.

Pozwolę sobie na odrobinę ignorancji i w końcu dam sobie szansę na odrobinę relaksu. Nie mam kontroli nad tym, co się dzieje na świecie, ale mam kontrolę nad własnymi emocjami i myślami. Nie dam się zastraszyć. Pójdę spać. Jak co dzień. By rano znów móc obudzić się z ciepłymi promieniami słońca na twarzy i głową pełną pomysłów na nadchodzącą przyszłość. 

* Autorka tekstu od czterech tygodni przebywa w Polsce i czeka, aż sytuacja w Chinach się uspokoi, by ponownie móc wrócić do pracy i stabilnego życia. 

Na kilka dni przed końcem urlopu na Filipinach, większość chińskich przewoźników odwołała loty, co zaważyło na decyzji o powrocie do Europy, która niestety aktualnie również zmaga się z COVID-19. 

Według najświeższych danych chińskiego rządu szkoły oraz przedszkola najprawdopodobniej będą znów otwarte pod koniec marca lub na początku kwietnia. Kasia jest w stałym kontakcie ze swoją agentką oraz dyrektorką szkoły, które zapewniły ją, że do tego czasu jej mieszkanie oraz wszystkie wartościowe rzeczy, które tam zostawiła, są bezpieczne. Jedyną niewygodą, która może ją spotkać po przylocie do Chin, będzie przymusowa dwutygodniowa kwarantanna w celu upewnienia się, że wirus ponownie nie przywędrował z Europy do Chin. Czas pokaże. 

Kasia Sosińska

Kasia Sosińska

AUTORKA TEKSTÓW

Rocznik 82'. Strzelec pełną gębą. Absolwentka pedagogiki społecznej. Na emigracji od 2004 roku. Pasjonatka podróży (do tej pory zwiedziła ponad 40 krajów na czterech kontynentach, z czego mieszkała w pięciu - Polsce, Irlandii, Portugalii, Wietnamie oraz Chinach), która nie boi się minimalizmu w długiej trasie. Motto "Im mniej w plecaku, tym więcej w sercu" prowadzi ją przez świat już od kilku lat. Nie wyobraża sobie życia bez jogi oraz medytacji, dzięki którym nie straciła jeszcze gruntu pod nogami i wiary w nieposkromioną siłę jednostki. W wolnych chwilach biega, uczy się  portugalskiego, pogrywa na ukulele, delektuje się dobrym winem, pisze, czyta. Z natury introwertyczna, ale z ogromną potrzebą kontaktu z ciekawymi ludźmi. Swoje marzenia nazywa planami. Bo to tylko kwestia czasu i dobrej organizacji, żeby je urzeczywistnić. Do końca jeszcze nie wie, czego chce od życia. Ale już wie, czego na pewno nie chce.  Podróżniczo - edukacyjny fanpage: Pszepani i jej Świat. 

0 0 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x