FELIETONY

Kiedy siedząca obok kobieta o pięknych brązowych oczach zagadała do mnie, trochę się zdziwiłam.

Ja nie mogłam się skupić na niczym, prócz koszmarnej turbulencji, a ona z uśmiechem na twarzy zapytała mnie, czy lecę do jej kraju jako turysta, czy w związku z pracą. Po dziesięciu minutach mojej ekscytacji nadchodzącą podróżą (a to właśnie rozmowy relaksują mnie najbardziej w stresowych sytuacjach) dostaliśmy zaproszenie nie tylko na kawę, ale i na nocleg. Kobieta o pięknych oczach wyglądała na uszczęśliwioną perspektywą ugoszczenia u siebie przyjezdnych obcokrajowców.

Niestety ja i mój narzeczony mieliśmy już ustalone plany i musieliśmy z żalem odrzucić nieoczekiwane zaproszenie. I bynajmniej nie zamierzaliśmy zamieszkać w hotelu ani pensjonacie, bo ciężko jest zarezerwować w tym kraju coś przez Internet, a booking.com jest tutaj zablokowany. Od dawna marzyliśmy o podróży właśnie do tego kraju – baśnie „Tysiąca i jednej nocy” z dzieciństwa pobudzały wyobraźnię, a podobieństwo do Turcji, z którą jesteśmy emocjonalnie związani i którą tak bardzo lubimy, nakręcało ciekawość jeszcze bardziej. 

Po trzech godzinach oczekiwania na lotnisku wpatrywałam się w swój paszport, mający nową naklejkę na calutką stronę z charakterystyczną zieloną pieczątką. Udało się! Po raz pierwszy narzucam chustę na głowę (bo generalnie chust nie noszę) i wychodzimy do strefy przylotów, szukając oczami kartki ze swoimi imionami. Kierowca, który od dawna czekał, był w pełnej gotowości i zupełnie spokojnie i ze zrozumieniem reagował na nasze przeprosiny za tak długie oczekiwanie.

W drodze z lotniska rozmyślałam nad tym, jakie mam szczęście, że spotykam w życiu przeważnie fajnych ludzi.

Na przykład tego mojego kolegę z pracy, który praktycznie wszystko dla nas tutaj załatwił. Mimo, że wyemigrował z kraju i nie mieszka tu od wielu lat, nadal utrzymuje ścisłe więzi ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Do jednej z takich zaprzyjaźnionych rodzin właśnie jechaliśmy. Nie wiedzieliśmy o nich nic, poza tym, że chłopak, który miał nas spotkać, jest dobrym przyjacielem mojego kolegi. Kolejne parę dni planowaliśmy spędzić w ich domu.

Autostrada wyglądała na dosyć pustą, dookoła było widać niekończące się pola z suchą, pożółkłą trawą, w oddali góry, przypudrowane śniegiem. Gdy skręcaliśmy na teren zabudowany, wyczułam, że jesteśmy blisko celu. Ulice też były puste, oprócz samotnych światełek w poszczególnych okienkach, nic się nie działo. To był czas na modlitwę.

Przytrzymując przy szyi swoją jasnofioletowa chustę, weszłam do trzypiętrowego budynku. Uściski, całusy (koniecznie dwa) i jeszcze raz – uściski. Po przywitaniu się od razu zostaliśmy zaprowadzeni do pokoju, gdzie wzdłuż dwóch ścian były ustawione welurowe kanapy z krzesłami w kolorze landrynkowego różu. Wszędzie leżały dywany, a z mebli umieszczono tylko lekkie, składane stoliki, które już po chwili wypełniły się przekąskami: popcornem, orzeszkami, słodyczami… Gospodarz domu, czyli przyjaciel mojego kolegi, mówił piękną angielszczyzną, zresztą jak i jego brat. Pani domu doniosła kolejną tacę, tym razem pełną owoców. Była ubrana w czarną burkę, całą uwagę skupiała jedynie odsłonięta twarz i choć nie mówiliśmy w tym samym języku, jej mimika była tak czytelna, że od razu poczuliśmy się jak honorowi goście.

Rozkoszowaliśmy się kolejno podawanymi daniami oraz ożywioną rozmową z braćmi.

Byliśmy pod wrażeniem ich oczytania i wiedzy o świecie. Globalny kryzys na rynkach papierów wartościowych, a może – wojna domowa na Ukrainie lub trzęsienie ziemi w Armenii 30 lat temu? Żaden temat nie był im nieznany lub obcy. Jeden z braci opowiadał o swojej pracy jako inżynier oraz o tym, jak ważna jest dla niego rodzina. Swojej jeszcze nie ma, ale po śmierci ojca opiekuje się mamą oraz młodszym bratem, który niebawem kończy studia na uniwersytecie. Kiedy już byliśmy najedzeni, zaproponowali nam obejrzenie domu. Trzy piętra budynku należą do rodziny, z czego dwa oddane są do wynajmu, a całe pierwsze piętro mają dla siebie.  

 Za chwilę wszyscy razem wyruszyliśmy samochodem do największego meczetu w mieście. Przed wejściem dostałam coś w rodzaju prześcieradła w kwiatki, moja chusta tutaj nie wystarczała. Prześcieradło zostało na mnie narzucone, byłam okutana od głowy do samych pięt, wystawała mi tylko twarz, a z zewnątrz trzymałam narzutkę rękoma, żeby nie spadła. Meczet wyglądał jak marzenie z Samarkandy: wszystkie odcienie niebieskiego przeplatały się w egzotycznych wzorach na wielkiej kopule świątyni. Zwiedziłam wiele meczetów, ale nigdy nie widziałam ścian wyłożonych milionem drobnych lusterek centymetr po centymetrze, blisko siebie, co daje efekt niekończącego się blasku, głębi przestrzeni jak w kalejdoskopie. Usiadłam na podłodze i wpatrywałam się w tę niesamowitą grę światła i kolorów. Aż po chwili zadzwonił telefon i się przestraszyłam, że może zapomniałam wyłączyć swojego. Dziewczyna siedząca obok w jeszcze bardziej komfortowej pozycji ode mnie, spokojnie odebrała telefon i zupełnie zwyczajnie zaczęła rozmawiać, jak gdyby była u siebie w domu na kanapie… 

W drodze powrotnej marzyłam tylko o prysznicu i miękkiej pościeli, bo byłam tak samo podekscytowana, jak i zmęczona.

Gotowi do snu, czekaliśmy na instrukcje, gdzie możemy się położyć, gdyż różowa sofa nadawała się wyłącznie do siedzenia, bo się nie rozkładała. Zamiast banalnego „pokój po lewej” zapytano nas, gdzie chcielibyśmy spać. Trochę zdziwieni patrzyliśmy na siebie nawzajem i żeby nie wykazać braku szacunku, odpowiedzieliśmy razem: „wszędzie jest OK!”. Za chwilę młodszy brat przyniósł dwie duże kołdry i poduszki, położył je prosto na dywanie obok welurowych mebli – i wszyscy zniknęli z pokoju. Spanie, gdzie dusza zapragnie, bo to jest spanie na… podłodze! Gdy już leżeliśmy na jednej kołdrze przykryci drugą, wpatrywaliśmy się w sufit jak w gwiaździste niebo i myśleliśmy o tych wszystkich nowych doświadczeniach. O tym, jak to, co wiemy o świecie zanika w chwili, kiedy doświadczamy tego na własne oczy. I tak z dziecięcym uśmiechem na twarzy odlecieliśmy w krainę snów.

Wczesnym porankiem skradając się do łazienki, ukradkiem dostrzegłam przez nie do końca zamknięte drzwi pokoju słodko śpiąca rodzinkę. Dokładnie tak jak i w naszym pokoju – spali na dywanach, które były wszędzie. Za kilka godzin w tym samym miejscu na rozłożonym pośrodku obrusie, siedząc w pozie lotosu, jedliśmy nasz wspólny posiłek. To tutaj po raz kolejny mnie zaskoczono, bo pamiętano nawet, że nie jem mięsa. Mama postawiła koło mnie cały garnek ghormeh sabzi, czyli gulaszu z warzyw. To nic, że po chwili na widelcu ukazał się kawałek wołowiny. Przecież dodana była tylko do smaku. Grzecznie ten kawałek odłożyłam i kontynuowałam jedzenie.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w ciągu kolejnych czterech dni nawiążemy z tymi ludźmi głęboką, serdeczną więź.

I chociaż minęło już pięć lat, odkąd się widzieliśmy, jesteśmy w stałym kontakcie i wiemy, że mamy gdzieś tam swoją troskliwą, irańską rodzinę.

Anastazja Cariuk https://belishtravel.com/blog/

 

5 1 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze