FELIETONY

Czy podróżnicy z Instagrama niszczą spontaniczność oraz unikalność podróży? 

Wczoraj rano wybudziłam się z jednego z najgorszych koszmarów każdej podróżniczki. Śniłam, że byłam na lotnisku. W jednej ręce trzymałam plecak podróżny, a w drugiej bilet do jednego z moich wymarzonych miejsc. Czekając w kolejce, włączyłam telefon, by zabić nudę. Tam w zapisanych plikach miałam cały plan wyjazdu skonstruowany w oparciu o relacje innych, a w galerii zrzuty ekranu miejsc podpatrzonych na Instagramie, które chciałam odwiedzić. Byłam typową wczasowiczką, która swoją podróż zaplanowała zgodnie z powszechną modą, jaką jest podglądanie „instapodróżników”. Wtem mój mąż przeszedł odprawę przede mną i zaczął już przez rękaw wchodzić na pokład Dreamlinera, a mnie poproszono do okienka służb granicznych. 

– Pani paszport jest nieważny. Proszę zabrać bagaż. Niestety dziś nie poleci pani razem z nami. Następnym razem warto skupić się na niezbędnych rzeczach oraz wartościach, a nie żyć w świecie wirtualnym – usłyszałam przy okienku i jak to bywa w koszmarach, zaczęłam majaczyć, spadając z klifu.

Oczywiście wszystko nagle oplotła czarna mgła, słyszałam swój własny lament oraz krzyk, a ten klif nie wiadomo skąd się wziął na lotnisku. Gwałtownie się obudziłam, wybiegłam z pokoju i zaczęłam w szafce z papierami szukać koperty z dokumentami podróżnymi. Otworzyłam paszport na pierwszej stronie i olśniło mnie. Lipiec 2022 roku. Tak, ważność mojego paszportu faktycznie się kończyła, a co gorsza właśnie na ten miesiąc zaplanowaliśmy wyjazd. Oniemiałam.

Nie pamiętałam kompletnie, że to już, że tak szybko minęło dziesięć lat, odkąd pierwszy raz wyfrunęłam z domu. Szybko otworzyłam laptop, wyszukałam w przeglądarce internetowej odpowiedni urząd i rozpoczęłam walkę o nowy dokument. Po tych wszystkich wydarzeniach cały dzień chodziłam nieswoja. Sen w jakimś stopniu okazał się proroczy. Przynajmniej pierwsza część wypowiedzianych przez urzędnika słów była prawdziwa, zastanawiałam się więc, czy ich druga część też jest ważna.  Wieczorem pojawiła się w mojej głowie refleksja.

Czy faktycznie zatraciliśmy się w wirtualnych podróżach tak mocno, że przestaliśmy się skupiać na tym, co wokół nas?

Świat oglądany przez pryzmat mediów społecznościowych kusi nas cudownymi obrazkami różnych obiektów, pięknymi krajobrazami, nierealnymi wręcz przeżyciami, jednak nie chodzi tylko o zaspokajanie swoich estetycznych potrzeb. Ostatecznie przecież podróż nie powinna się skupiać na tym jednym idealnym zdjęciu z wystudiowaną pozą, tylko ma nas rozwinąć, pozwolić nam oderwać się od rutyny naszego życia i umożliwić nam poznanie nowych osób oraz nas samych. 

W mediach społecznościowych istnieje moda na kreowanie swojego wizerunku.

To nic nowego, w końcu jesteśmy pośród nieznajomych i każdy z nas chce pokazać się z jak najlepszej strony. Sprzedajemy tam obraz siebie, a z potrzeby bycia lubianymi, często wpędzamy się w pułapkę kreowania sztucznego wizerunku własnej osoby. Wszystko opisujemy w superlatywach, nie wspominając o skazach i problemach. Te opisy wraz z pięknymi zdjęciami kreują nowe gwiazdy, zwane instapodróżnikami. Taka osoba  często zarabia na wyjazdach, ma sponsorów z branży turystycznej i dzięki publikacjom swoich wojaży do wielu zakątków świata, nieświadomie kreuje nowe trendy.

Podróżnik czy podróżniczka publikuje wspaniałe zdjęcia czy filmiki z danego miejsca, napędzając jego marketing i robiąc mu reklamę. To przyciąga konkretne działania ze strony obserwujących, sypią się kciuki w górę wraz z kolejnymi komentarzami i interakcjami.

Instapodróżnik to osoba często niezwiązana bezpośrednio z turystyką, to pasjonat czy miłośniczka wyjazdów. Ktoś, z kim łatwo możemy się utożsamić, bo przecież też planuje z wyprzedzeniem urlop w pracy i chce zwiedzić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. To przecież zwykły człowiek, jak kumpel mieszkający po sąsiedzku, dziewczyna spotkana przypadkiem na ulicy lub brat żony naszej dalekiej kuzynki. Stąd też to co obserwujemy w sieci niejednokrotnie odbieramy jako osobiste doświadczenie, często dążąc do tego, by mieć i móc to samo, co obserwowana przez nas osoba.

Założę się, że nie raz ty lub ktoś z twoich znajomych udostępniał relacje jakiegoś podróżnika lub turystki, inspirował się ich wyborami, zapisywał sobie odwiedzone miejsca na liście „do zobaczenia” czy chciał zrobić sobie podobne zdjęcia do tych przez nich opublikowanych. A w rezultacie  taki instapodróżnik nie robi nic innego, niż tworzenie swojego obrazu w sieci.

Internet już dawno sprawił, że świat wydaje się być mniejszy, niż jest w rzeczywistości.

W związku z rozwojem technologii także podróże stały się bardziej dostępne, popularne i naturalne. Wiele osób w sieci zaczęło dzielić się swoimi wyjazdowymi radami czy spostrzeżeniami, co w efekcie spowodowało tworzenie nowych zachowań społecznych oraz modelu tego jak podróżujemy. A pośród wielu zmiennych, które bierzemy obecnie pod uwagę, wybierając kierunek wyjazdu, pojawiło się także zjawisko przyjmowania opinii innych za swoje własne.

Ten fenomen opisała swego czasu Marta Knasiecka na swoim podróżniczym blogu „Specjalistka od wakacji”. Marta bierze pod lupę wiele turystycznych zachowań i trendów, a w jednym ze swoich wpisów wspomniała o braku sygnalizowania potrzeb przez klientów i klientki biur podróży. Ludzie obserwując w sieci wyjazdy innych, przestają myśleć o tym, co byłoby dla nich najlepsze, chcąc jedynie skopiować doświadczenia innej osoby. I nie, nie chodzi tu bynajmniej o to, że ktoś wykupi i pojedzie na taką samą wycieczkę jak wielu przed nim. Przecież oferty biur podróży są w końcu podobne i limitowane. W sieci pojawiają się doradcy forsujący swoje gusta innym, wpajając im swoje prawdy czy wizję udanych podróży.

Zapomina się o dopasowaniu ofert pod siebie.

Nie tylko gust mamy inny, ale i predyspozycje czy zainteresowania. Nie pamięta się zatem o tym, że może nam się gdzieś nie spodobać, mimo iż inni byli tym miejscem zachwyceni. I odwrotnie. Ktoś może być szalenie szczęśliwy w miejscu, które nas przyprawia o mdłości.

Mnie taka mieszana relacja łączy z Barceloną. Nie znam chyba osoby, której to miasto nie przypadło do gustu. Wiele razy słyszałam o tym, jakie jest cudowne lub ile pięknych miejsc można w nim odwiedzić. Mi jednak Barcelona kojarzy się z narkotykowymi gangami tuż przy La Rambli, kradzieżami w metrze oraz zbyt dużymi kolejkami na komisariacie policji. Mój wyjazd nie był udany. Wpadłam w sidła problemów, co miało ostateczny wpływ na moje postrzeganie tego miasta. Kiedyś pojadę je odczarować, niemniej podtrzymuję, co napisałam wcześniej: nie wszystkie atrakcje i miejsca są równie dobre dla każdego.

Treści, które konsumujemy na portalach społecznościowych ukazują nam miejsca odbite w zwierciadle pokazującym tylko ładne obrazy. Wszystkie miejsca są zachwycające, a czas w nich spędzony jest sielski i błogi. Natomiast jest to tylko jedna z kilku perspektyw, które istnieją w rzeczywistości.Nieustanne prześciganie się influencerów w generowaniu treści powoduje bardzo duży nacisk na idealną perspektywę zdjęcia lub wywołanie efektu zaskoczenia.

Co za tym idzie, oglądane przez użytkowników mediów momenty są często wymuszone oraz wyreżyserowane.

Wielu instapodróżników jeździ do konkretnych miast nie po to, by je zwiedzać, lecz już z listą konkretnych miejsc do odhaczenia, przygotowanych stylizacji czy wybranych pozycji do zdjęć. Wszystko po to, by zrobić jedno perfekcyjne ujęcie! Dokładnie takie, jakie już jest w sieci.

W przypadku mojego ukochanego Maroka takimi typowymi ujęciami są powiewająca sukienka w sklepikach medyny, romantyczne spojrzenia na minarety, przebranie za nomadów na pustyni czy mężczyzna trzymający kobietę za rękę na tle kolorowych ściennych płytek. Nie trzeba daleko rzucać kamieniem, sama uległam wielu trendom, ale takie pozowanie to dla mnie tylko ułamek podróży, a nie główny punkt programu. W bardzo ciekawy sposób problem ten przedstawia jedno z kont na Instagramie, które gromadzi podobne do siebie obrazy z tych samych miejsc i zamienia je w kolaże.  

Dwa lata temu magazyn Insider opublikował artykuł pod tytułem „Jak idealne zdjęcie z Instagrama rujnuje podróżowanie”, w którym wypowiedziała się Emma Agnes Sheffer, mieszkająca na Alasce artystka i filmowczyni, która w 2018 roku stworzyła profil Insta Repeat. Sheffer jest zdania, że oryginalność w sieci nie popłaca, bo algorytm jednak jakimś cudem wspiera to, co już znane i sprawdzone. Natomiast przeglądając aplikację, bardzo często można doświadczyć efektu déjà-vu.

Wszyscy lgną ku czemuś podobnemu, nawet robiąc zdjęcia, nieświadomie wpisują się często w tę samą już przyjętą estetykę.

W konsekwencji tworzy się określony wzór postępowania, który zabija spontaniczność wyjazdu. Podróżnicy chcą bowiem zrobić zdjęcia perfekcyjne, lecz wyglądające na ciut niestaranne. Niby realne, lecz nazbyt wymuskane. My jako odbiorcy widzimy tylko efekt końcowy. Nie wiemy, że za przygotowaną scenografię do zdjęcia trzeba było zapłacić, jak ma to miejsce w przypadku popularnych zdjęć z lampami w Marrakeszu czy na jednej z  błękitnych  uliczek w Szafszawan.

Nie spodziewamy się też tego, że z jakiegoś pięknego tła zostały w programie graficznym wymazane mankamenty. Wybierając się w dane miejsce, przeżywamy rozczarowanie, bo w rzeczywistości wygląda inaczej niż na zdjęciu śledzonego przez nas instapodróżnika. Ten w końcu zapomniał dodać, że wstał o piątej rano, by uniknąć tłumów czy w specjalnym programie podkręcił kolory otoczenia lub usunął chmury z nieba. Istnieje presja doskonałości, trudno temu zaprzeczyć. Tak zwane instaspoty są wszędzie, a i wielu nie ruszy się z danego miejsca, zanim nie wykona naprawdę cudownego zdjęcia, choćby w galerii telefonu była już ponad setka tych samych lub podobnych fotografii.

Tak samo jest z szukaniem restauracji. Kwestia jedzenia jest przecież ważna, lecz podczas podróży często ważniejsze niż sam posiłek jest to, gdzie zjemy i jak danie będzie wyglądać na zdjęciu. Przejmujemy się tym, jak nasz wyjazd będzie wyglądał, a nie czego nas nauczy lub co uda nam się dzięki niemu zdobyć.  

W tej całej nowo powstałej modzie, wykreowały się także osoby, które jeżdżą do wielu krajów i chcą uchodzić za autorytety podróżnicze.

Nie podoba mi się że, swoją wiedzę przeliczają na ilość odbytych podróży, a nie na to, ile faktycznie włożyły wysiłku, by dotrzeć do kultury danego miejsca, jego mieszkańców czy w przeczytanie czegoś więcej niż kilka zdań z pierwszej strony Wikipedii. W dobie Instagrama lub Facebooka każdy może stworzyć swoją przestrzeń, pokazywać pasję czy hobby. Niemniej, podróżowanie, a raczej skakanie z miejsca na miejsce, nie powinno dawać niektórym prawa głosu w sprawach, o których pojęcia nie mają.

Jak można rzetelnie przekazać wiedzę o danym państwie czy miejscu, jeśli nie sięgnęło się głębiej do korzeni, nie poznało związków przyczynowo-skutkowych, nie spytało kilku różnych stron o opinię i dopiero potem wyciągnęło wnioski.

Przez ponad dekadę podróżowałam do wielu miejsc świata, ale nigdy nie wpadłam na to, by liczyć, ile krajów odwiedziłam. To pytanie raz padło w wywiadzie ze mną i nawet nie potrafiłam się ich doliczyć. Po prostu jeździłam. Zwiedzałam swój cel podróży i może trochę okolicy wokół, czasem wybierając się na dalsze wycieczki krajoznawcze po danym kraju. W dużej mierze poznawałam nowe otoczenie, wymieniałam się poglądami ze spotkanymi ludźmi, a przy okazji odkrywałam też siebie. Dzięki podróżowaniu zrozumiałam, co lubię, czego nie cierpię, do czego jestem zdolna lub czego lepiej unikać. W ważnym dla mnie momencie podczas wyjazdu robiłam zdjęcie. Najczęściej tylko otoczenia, a z czasem niekiedy i siebie pośrodku wyjątkowej scenerii.

Uważam, że samo odliczanie państw na kartce nic nie wnosi w nasze życie. Być może pokaże, ile już krajów odwiedziliśmy, ale nie przełoży się w żaden sposób na zdobyte doświadczenia życiowe.

Można się chwalić na forach podróżniczych, że pojechało się na kilka godzin do Wenecji, by spać pod drzewem w parku i wypić prawdziwe prosecco, bo przecież dobrze smakuje tylko we Włoszech. Tak samo można ocenić całe Niemcy, będąc tylko przez weekend w Berlinie i chodząc po klubach czy też wypowiedzieć się na temat prawa podatkowego w Maroku po wysłuchaniu historii osoby, która podatków nie płaci. Przecież to wszystko ma sens, prawda? Tak wielki jak porady mężczyzny na temat samotnych podróży kobiet po krajach muzułmańskich. Nie znam się, nie doświadczyłem , ale przecież jestem w sieci znany, to się wypowiem i wszyscy przyjmą moje słowa za ważne. 

Od jakiegoś czasu jestem określana przez algorytmy mianem twórczyni internetowej. Jestem autorką strony o podróżach i Maroku, a także dodaję wszelkiej maści treści na portale społecznościowe. Wpisuję się idealnie w kwestie, które tu opisuję. W końcu najmocniej w życiu pragnę uczyć się o innych kulturach, testować nowe rodzaje jedzenia, poznawać ludzi odmiennych ode mnie oraz zwiedzać świat, a przy okazji dzielić się tym z obserwującymi mnie osobami. Jednak nigdy by mi nie przyszło do głowy, by wydawać opinię na temat państw czy danego społeczeństwa w oparciu o jedną przeprowadzoną podczas wyjazdu rozmowę, by wejść w dywagacje na temat kulturowych, religijnych czy zwyczajowych aspektów bez przeczytania kilku specjalistycznych książek czy wysłuchania jakichś autorytetów. Szukam głębiej, a nie bazuję na kilku zasłyszanych historyjkach.

Uważam, że podróżując, możemy tylko tworzyć relacje z danych miejsc, opisywać nasze osobiste przeżycia lub dzielić się subiektywną opinią.

Powinniśmy wstrzymać się jednak od pisania poradników czy eksperckich wywodów po spędzeniu tylko kilku czy kilkunastu godzin gdzieś na wakacjach. Tworząc takie publikacje, lepiej jest odesłać czytelników i czytelniczki do bardziej rzetelnych źródeł niżeli nasze doświadczenia. Zwyczajnie bowiem nie możemy oceniać całości, znając tylko małą wąską perspektywę, która często jest zakrzywionym obrazem stworzonym na potrzeby turystyki.

Warto więc w swoich internetowych relacjach zrobić krok w tył, dodać zwyczajnie ładne zdjęcie i nie tworzyć na siłę sensacji w opisie. Podróżujemy w końcu dla siebie, a nie dla innych. 


Martyna Dzido

Instagram:https: @mbelively / FB: www.facebook.com/mbelively

Polka związana z Marokiem


KALENDARZ POLKI 2023

kalendarz na cztery pory roku

Już po raz trzeci zabieramy Was w całoroczną podróż dookoła świata wraz z Kalendarzem Polki, jedynym w swoim rodzaju plannerem-książką.

Tym razem czeka na Was jeszcze więcej zdjęć i tekstów, których autorkami jesteśmy my – Polki z Klubu Polki na Obczyźnie. Znów opowiadamy o tym, co jest nam najbliższe – o życiu na emigracji oraz pasji do podróżowania i odkrywania świata. O lokalnych ciekawostkach, świętach, wyjątkowych miejscach i smakach, ale także o naszych marzeniach, wspomnieniach i przemyśleniach. 

Do każdego egzemplarza dodajemy eko torbę na zakupy w prezencie (do wyczerpania zapasów).

5 2 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze