Zwykłam nienawidzić odległości. Przerzucanie mojego ciała i umysłu między Polską a Wielką Brytanią – dwoma odmiennymi rzeczywistościami, w których istniałam równolegle –  latami wywoływało we mnie skrajne emocje. Czułam, że katapultuję się z jednego świata, wpadam na główkę do drugiego, po to tylko, żeby za chwilę ponownie się wydzierać z objęć rodziny i zbierać kawałki siebie, naprędce je sortując i pakując (z obowiązującymi dla lotów  Ryanairem ograniczeniami na bagaż podręczny), aby ruszyć w drogę powrotną na uczuciowym kacu, który przechodził bardzo powoli.

Temu procesowi towarzyszyły napięcia i konflikty, których nierzadko byłam prowokatorką. Naznaczony nimi był zarówno okres, gdy mieszkałam w Polsce i odwiedzałam mojego partnera w Szkocji, jak i gdy już zamieszkałam z nim, a odwiedzałam rodzinę w Polsce. Niestabilność. Chwiejność. Nie zostałam stworzona do takiego częstego (co kilka tygodni, choć przeważnie miesięcy) zmieniania krajobrazów. Bardzo chciałam widywać bliskich, ale znałam cenę  –  było nią wewnętrzne rozdarcie.

Spokój pod powierzchnią

Gdy na świecie rozszalała się pandemia, względnie spokojnie przyjęłam do wiadomości, że teraz nie można wyjechać i się zobaczyć. Choć niewiadoma uwierała i dni te nie były pozbawione lęku, część mnie poczuła ulgę, że przez jakiś czas nie muszę planować i żyć od wyjazdu do wyjazdu. Nie można i basta – sytuacja nie mogłaby być bardziej definitywna i poza moją kontrolą. Jeśli szukałaś/eś kiedyś leku na emigracyjne rozdarcie, to dla mnie było to właśnie to. Mogłam usiąść na dłużej na tyłku i być myślami w jednym miejscu. Potrafiłam rozkoszować się tą niemocą. Boję się latania, podróże są dla mnie uciążliwe, pożegnania szatkują mi serce  –  problem z głowy, do odwołania.

Oczywiście gdy tylko oba moje kraje zniosły lockdowny w sierpniu 2020, natychmiast wykorzystałam okazję i prześlizgnęłam się między jedną a drugą turą obostrzeń, aby odwiedzić rodzinę. A przecież to był dopiero początek światowego zamieszania, które miało pozostać z nami jeszcze na wiele miesięcy.

Wiara w przeczekanie sztormu

Nie zaszczepiłam się. Po dziś dzień nie przyjęłam ani jednej dawki szczepionki. Zanim drogą pocztową dostarczono moje “zaproszenie”, zdążyliśmy razem z partnerem przejść infekcję. Wahałam się, wałkowałam tę myśl tam i z powrotem, analizując różne warianty. Czas, który dałam sobie do namysłu, upewnił mnie w przekonaniu, że nie chcę i nie potrzebuję tego specyfiku. Przyjęłam strategię obserwowania, jak wszystko się rozwinie. 

A… świat rozwinął system utrudniania podróży. Nie zamierzałam robić testów, płacić za nie lub za kwarantanny (w UK), ani ryzykować efektu domino, który mógłby wrzucić na kwarantannę moich pracujących w ochronie zdrowia rodziców. Jakakolwiek wizja podróży urosła w mojej głowie do poziomu krucjaty –  zbyt wiele zmiennych do dogrania i wzięcia pod uwagę. Znowu postanowiłam czekać, aż wizyta w Polsce stanie się dla mnie osiągalna. Moja decyzja została zaakceptowana i jestem za to wdzięczna.

Słodsze powroty

Myślę, że to był najdłuższy okres mojej nieobecności w Polsce, odkąd wyjechałam za granicę  –  prawie półtora roku. Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy bywali rzadziej nawet przed covidem, więc moja decyzja o nieszczepieniu się i przeczekaniu, aż znów będzie normalnie, nie jest aż tak szalona. Choć niektórym na pewno taka się wyda, bo odmówiłam brania udziału w tej tymczasowej rzeczywistości, która nadpisała znany nam świat i narzuciła nowe warunki. Miałam po prostu szczęście, wiesz czytelniczko/ku? Nikt nie umarł, nikt nie był obłożnie chory, wszyscy poczekali na mnie. Gdy tylko oba interesujące mnie kraje całkowicie zniosły podróżne restrykcje, natychmiast rzuciłam się na kupowanie biletu i jak Filip z konopii wyskoczyłam z wieścią, że lecę i do zobaczenia wkrótce.

Lubię tam wracać. Lubię ten constans –  niezmienność znajomych elementów. Wiem, że będą gołąbki, które mój tata rozwinie na talerzu z kapusty i że najem się tatara wołowego po korek. Moja mama nie zaśnie, jeśli podłoga nie będzie zmyta i zarządzi generalne przeglądanie szafy. Będę spać w mojej ulubionej pościeli z My Little Pony. Mój tata wykona kilka zadań specjalnych w kuchni, bo nikt inny nie pokroi warzyw na sałatki w tak precyzyjną kostkę jak on. Psy rodziców szczekaniem będą wtórować pobliskim kościelnym dzwonom, punkt 21:00. 

Znowu z ulgą przekonałam się, że ten świat wciąż istnieje i niewiele się zmienił. Nawet moi rodzice na żywo wyglądali młodziej i na mniej zmęczonych niż projekcje ich twarzy z ekranu telefonu. Co prawda nie zabrałam w drogę powrotną pętka swojskiej kiełbasy, co jest już tradycją, bo nie byłam pewna, czy po Brexicie wciąż mogę ją przewieźć – ale jakoś to przeżyję. Jestem szczęściarą. Już planuję kolejną wizytę.

Agnieszka Ramian

4.4 7 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Ewa
Ewa
1 rok temu

Wręcz zjadłam, na raz!
Jakbym czytała w swoich myślach,
bo nie rozmawiam z nikim na temat rozdarcia a już w ogóle na temat Covid-u i nie szczepienia się.
Zapakowałam szczelnie, odłożyłam głęboko w siebie, za tysiące innych rzeczy….
Agnieszko, pisz będę czytać!

Awatar użytkownika
Agnieszka Ramian
1 rok temu
Odpowiedz  Ewa

Dziękuję! Felieton ode mnie jeszcze na pewno wjedzie nie raz, a uwadze polecam również moje poprzednie ? O szczepieniu i nieszczepieniu wciąż trzeba rozmawiać ostrożnie, nie poruszam tego tematu jakoś często, bo wiem, że większość osób wybrała inaczej niż ja. Albo musiała tak wybrać. Kompletnie nie pcham się w poglądowe potyczki na ten temat, bo i nie mam nic do udowodnienia. Jaki koń jest, każdy widzi. Nie na darmo mówi się o końskim zdrowiu. Ale o uczuciach emigracyjnych, nieraz trudnych, dobrze jest pogadać. I choć to nie zawsze jest twarzą w twarz, przestrzeń Klubu Polek na Obczyźnie świetnie się do… Czytaj więcej »

Awatar użytkownika
1 rok temu

To prawda – jesteś szczęściarą. Dobrze, że sama to widzisz i doceniasz.

Awatar użytkownika
Agnieszka Ramian
1 rok temu
Odpowiedz  baixiaotai

Mówię to z kompletną pokorą. Wiem, że życia się różnie potoczyły w pandemii, ale czy nie jest tak codziennie, pomijając kwestię pandemiczną? Ja też gdzieś kiedyś nie zdążyłam i jeszcze pewnie gdzieś kiedyś nie zdążę. Wstrzymywałam oddech, gdy moi rodzice codziennie byli bardziej wystawieni na Covida niż bym chciała, pracując w ochronie zdrowia. Mamy szczęście dopóki się nie zdarzy nieszczęście, w zupełnie niespodziewany sposób i być może kompletnie niepozorny dzień. Taki bez wielkiej etykiety epoki. W każdym razie – chciałam sie zatrzymać na chwilę na tym momencie, kiedy miałam szczęście. Skuteczniej pamiętam żeby doceniać to co jest, kiedy rozważę, co… Czytaj więcej »

Monika
Monika
1 rok temu

Świetny wpis ? Dzięki! W jakim wieku wyjechałaś do Glasgow?

Awatar użytkownika
Agnieszka
1 rok temu
Odpowiedz  Monika

Po raz pierwszy zaraz po maturze, a na stałe w wieku 23 lat tj. w 2011 🙂