FELIETONY

Sobota wielkanocna, godzina 23. Wysiadłam z taksówki, poprawiłam plecak i pociągnęłam za sobą dwie duże walizki. Przedstawicielka firmy, od której wynajęłam tymczasowe mieszkanie, już czekała na mnie w środku – dała klucze, przekazała podstawowe informacje i pobrała opłatę pięćdziesiąt euro za to, że pofatygowała się na mnie czekać o tak nieludzkiej porze.

Z namiarów kontaktowych skorzystałam już dziesięć minut później, gdy okazało się, że piecyk nie działał, więc nie było ciepłej wody i ogrzewania. Ku mojemu zaskoczeniu, ktoś podjechał już chwilę później i szybko naprawił, więc nie musiałam spędzać mojej pierwszej austriackiej nocy pod stertą koców. Następnego dnia zrobiłam podstawowe zakupy spożywcze w dworcowym sklepiku, bo wszystko inne było w Wielkanoc nieczynne, a na obiad po prostu zamówiłam pizzę. Może nie umywało się to do świątecznego posiłku, jaki jadła po drugiej stronie Skype’a moja rodzina w Polsce, no ale czego oczekiwać po pierwszych dniach w nowym kraju, gdzie wszystko trzeba ogarnąć od zera?

Mam tyle szczęścia, że pracę w Wiedniu załatwiłam sobie wcześniej i poznałam już ludzi, z którymi przyszło mi pracować. Jedna z koleżanek SMS-owo wytłumaczyła mi, jak dojechać do firmy, a nawet czekała na mnie na stacji metra, by pomóc mi nie pobłądzić. Była pierwszą osobą, do której mogłam się odezwać, więc trzeba było się pilnować, by jej od razu nie zagadać na śmierć.

Mówić pozwolili mi jednak w pracy, bo już pierwszego dnia zarzucili mnie dziesiątkami pytań, w tym chyba najpopularniejszym: „przyjechałaś tu dla faceta, prawda?”. No nie, nieprawda, nie mam tu nikogo. „Żadnej rodziny, znajomych też nie?”. Ano nie, nie znam nikogo w Wiedniu. Nigdy tu nie mieszkałam, jedynie dwa razy wpadłam jako turystka parę lat wcześniej. Otoczyły mnie zdziwione spojrzenia, jakby przeprowadzka po prostu dla pracy nie mieściła im się w głowach. Jak mogłam wyjechać skądś, gdzie miałam wokół siebie wielu życzliwych ludzi, dobrą pracę i zacząć wszystko od nowa samotnie?

Jasne, że czasem przychodziło na myśl, że łatwiej byłoby z kimś. Nawet nie musiałby to być ktoś na miejscu, wystarczyłoby, że przyjechałby razem ze mną. Dzieliłoby się wszystkie problemy i bolączki emigracji, dzieliłoby się obowiązki (ja przeglądam oferty sieci komórkowych, ty szukaj dostarczyciela internetu), a na koniec i rachunki, bo wynajem mieszkania to także trzymiesięczna kaucja plus zakup wszystkich mebli, by nie mieszkać w pustych ścianach. Ale jest, jak jest, więc wszystkie formalności załatwiałam przez agencję pośredniczącą albo na własną rękę, korzystając z pomocy i doświadczenia kolegów z pracy. Pomagali też z tłumaczeniami, bo mój niemiecki pozwalał raczej na zamówienie sznycla w restauracji, a nie podpisanie umowy na prąd (co, swoją drogą, zajęło mi jakieś półtora roku). Kilka tysięcy euro na mieszkanie, kaucję i meble też musiałam wyłożyć z własnej kieszeni – byłam na to przygotowana, a jednak wciąż powracała ta myśl, że byłoby lżej dla portfela, gdyby ten koszt móc z kimś podzielić. Zrobiłam się jednak zbyt wygodna, by dzielić mieszkanie z obcymi, więc wyjścia nie miałam i znów zorganizowałam wszystko sama.

Po mniej więcej trzech miesiącach miałam już wszystko w miarę ogarnięte na miejscu. Poznałam już swoje obowiązki w pracy i czułam się w niej komfortowo. Mieszkanie było umeblowane, większość umów podpisana, a usług dostarczona – czekałam jeszcze jedynie na internet. Nadeszło lato, pora, którą najchętniej spędzałoby się ciągle na zewnątrz. I znów uderzyła ta świadomość, którą przez ostatnie tygodnie zagłuszało poznawanie nowych obowiązków w pracy i ogarnianie mieszkania – nikogo tu nie znam, co ja mam ze sobą zrobić w czasie wolnym? Próbowali mi pomagać znajomi ze Szwecji – dali mi namiary na swoich przyjaciół w Wiedniu i kazali im się o mnie zatroszczyć. Wyszłam raz czy dwa na piwo, ale brakowało nam wspólnych tematów i kontakty się urwały.

Czasem wychodziłam gdzieś z ludźmi z pracy, ale większość ma swoje rodziny, inne obowiązki – takie wyjścia są odskocznią, ale zdecydowanie nie wystarczą, by na nich opierać całe swoje życie towarzyskie. Z pewną dozą nieufności podchodzę do poznawania ludzi przez internet, do portali w stylu meet-up, ale spróbowałam i tego – znów rozeszło się to po kościach, utrzymuję luźny kontakt tylko z jedną z tych osób. Zapisałam się na kurs językowy, pamiętając, że w ten sposób poznałam świetną koleżankę w Szwecji – może i w Austrii się uda?

Niestety, większość uczestników nie znała angielskiego, a nasz niemiecki był zbyt słaby, by komunikować się w tym języku. W grupie nie utworzyły się więc żadne przyjaźnie poza paroma wyjątkami pochodzącymi z tych samych krajów i mówiącymi we wspólnym języku. Pewnie byłabym już nieźle sfrustrowana tymi nieudanymi próbami szukania znajomych, gdyby nie to, że obok toczyło się normalne życie i pojawili w nim ludzie poznani mniej lub bardziej przypadkowo. Nie mam tu tak dużych kręgów znajomych jak w miejscach, w których wcześniej mieszkałam, ale mam już z kim spędzać długie wieczory na rozmowach przy aperolu. 

Spotkania ze znajomymi, ciekawa – przynajmniej z mojego punktu widzenia – praca, regularne podróże, częste wizyty przyjaciół z Polski i Szwecji… Patrząc na to wszystko na początku tego roku, stwierdziłam, że lubię swoje życie. Jestem teraz szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej, wliczając w to momenty, kiedy byłam w krótszych i dłuższych związkach. Potem przyszedł koronawirus i nagle utknęłam w tym swoim wynajętym mieszkaniu sama. Ze znajomymi rozmawiając przez internet, pracując zdalnie i nie podróżując. Choć tęskniłam za ludźmi, to zaskakująco dobrze mi się tak funkcjonowało. Szczególnie pod kątem zawodowym – byłam chyba jedną z niewielu osób u nas, której wzrosła efektywność podczas pracy zdalnej. Nikt mi nie chodził za plecami, nie rozpraszał rozmowami, miałam idealne warunki do skupienia się. Do tego miałam w końcu więcej czasu dla siebie, zaczęłam więcej ćwiczyć, czytać, z wieloma znajomymi poprawiły się też relacje, bo nagle zaczęliśmy rozmawiać przez internet dużo częściej niż wcześniej na żywo.

A jednak pojawiły się wokół mnie głosy, że na pewno coś jest nie tak. Że na pewno jest mi smutno, bo nie mam się do kogo odezwać – podczas gdy ja nigdy nie rozmawiałam aż tyle z ludźmi, co teraz, gdy wszyscy mieliśmy czas, zamknięci w domach. Na dodatek, znając swój dość kłótliwy charakter, myślę, że dobrze, że zamknięta byłam sama ze sobą – w innym przypadku skończyłoby się to wszystko na pewno jakimś morderstwem w afekcie… Wspominam czasem, tłumacząc martwiącym się o mnie znajomym, że sama to nie znaczy samotna.

Gdy słucham ich opowieści, odnoszę wrażenie, że czasem mam dużo ciekawsze życie towarzyskie od nich – zwłaszcza, gdy słyszę: „Fajnie, że wpadłaś, bo od tygodni rozmawialiśmy tylko sami ze sobą!”. A i tak przy kolejnym kieliszku wina znów pada to samo: „Ale szukasz sobie kogoś?”, po którym znów muszę tłumaczyć, że aplikacje randkowe to nie dla mnie, a do tego wyznaję zasadę, że nic na siłę. Skoro nawet szukanie znajomych mi nie wychodziło, to trzeba mierzyć siły na zamiary. A dokładniej pozwolić życiu toczyć się własnym trybem. Bo w tym samodzielnym życiu na emigracji jestem przecież szczęśliwa. Do tego też pewniej bardziej zaradna, bo przecież wszystko jest zawsze na mojej głowie. Załatwianie formalności, przeprowadzki, papiery, zakupy, lekarze. Znajomi mogą coś doradzić czy pomóc z tłumaczeniem, ale nikt niczego nie zrobi za mnie. Oczywiście tak samo wyglądałoby to i w Polsce, ale tam jednak byłam u siebie, znałam język, wiedziałam, jak działa służba zdrowia. Na emigracji wszystko jest większym wyzwaniem, ale jaka to satysfakcja, gdy to wyzwanie podejmie się w pojedynkę i po tych dwóch latach w Austrii powie się: chyba całkiem nieźle to wszystko tu sobie ułożyłam!

Gabi, Austria, gabiblog

***

Jeśli podobał Ci się ten tekst,

>> ZOSTAŃ NASZYM PATRONEM NA PATRONITE <<

Więcej o nas:

MY, POLKI

5 1 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Kinia
5 miesięcy temu

Super! Do odważnych świat należy. Emigracja w pojedynkę wydaje mi się o tyle korzystna, że nowa sytuacja nie generuje konfliktów w związku/rodzinie i proces oswajania nowej rzeczywistości można szybciej lub wolniej przejść bez kłótni czy rozstań. Trzymam kciuki za dalsze życie w Wiedniu!