Felietony

7:15 pierwszy budzik. 7:25 przypomnienie. I tak jeszcze dwa razy. Na szczęście to nie ja wstaję. Szybki całus na drogę i zostaję sama, natychmiast pogrążając się w głębokim śnie. Mam wrażenie, że już po minucie znów rozbrzmiewa muzyczka. Mąż dzwoni, że wiezie gorące simity (rodzaj obwarzanków tureckich). Cwany wie, jak mnie z łóżka wyciągnąć – najlepiej smakują ciepłe, kiedy jeszcze mają chrupiącą skórkę.

Wodę na herbatę wstawiam jeszcze z zamkniętymi oczami. Z lodówki wyciągam gotowe miseczki z oliwkami, pokrojonymi już serami, masłem, miodem, dżemem, hummusem i biorę się za krojenie pomidora. Kiedy mąż wchodzi, na patelni smażą się już jajka – dzisiaj sadzone, bo najłatwiej. Zapomniałam czegoś – mąż obficie polewa pomidory oliwą. Teraz mamy już właściwie nie sałatkę, a zupę oliwną z kawałkami pomidorów. Tureckie śniadanie w dziesięć minut. Zanim się poznaliśmy, śniadanie mieściło mi się na jednym talerzu, teraz czasem nawet stół jest za mały.

Wraz z pierwszymi łykami herbaty zaczynam się budzić. Kiedy mąż zagryza jajko simitem z dżemem, ja dzielę swojego na pół – przejęłam wiele tureckich zwyczajów, ale do jednego nie dam się przekonać. Dla mnie słone i słodkie je się osobno. Pierwsza połowa obwarzanka na zmianę ląduje w oliwie i w płynnym żółtku jajka, zagryzam go oliwką, serem i pomidorem. Piję herbatę. Dopiero wtedy przechodzę na “słodkie”: smaruje simita masłem i polewam miodem. Dopijam herbatę. Teraz obudziłam się już na dobre. Resztki ze śniadania wstawiam do lodówki a naczynia do zmywarki i sprawdzam swój plan.

Dziś mam trzy lekcje. Pierwsza za godzinę.

Już z kubkiem gorącej kawy w ręku przeglądam Instagram. Parę dni nie udawało mi się niczego wrzucić, ale mam pomysł na post, dziś się tym zajmę. Scrolluję google photos w poszukiwaniu dobrego zdjęcia. Nawet nie wiem, kiedy minęło 30 minut, czas przygotować lekcję, postem zajmę się później. Po tej lekcji mam sześć godzin wolnego, mam już milion pomysłów, co będę robić. Na pierwszym planie jest oczywiście ogarnięcie zaległości. Mam rozpoczętych kilka artykułów, które w końcu chcę dokończyć. Albo chociaż jeden z nich. Przygotuję też nową rolkę na Instagram.

Potem zajrzę do tureckiego – chce przygotować materiały i ćwiczenia z nowych tematów dla bardziej zaawansowanych uczniów. Od długiego czasu myślę też nad rozpoczęciem serii mini-tutoriali do samodzielnej nauki, przez kilka lat nauczania nazbierało mi się materiałów i pomysłów, wiem, czego brakuje na rynku, nic tylko w końcu nad tym usiąść, zrealizować i patrzeć, jak pięknie się sprzedają. 

Godzina 11:00, mogę zaczynać pracę.

Idę wstawić wodę na kolejną herbatę, teraz czas na mieszankę ziołową. Mieszam w czajniczku różne zioła i suszone owoce. Przypominam sobie o zmywarce – mycie zakończone, zanim usiądę przed komputerem, szybko ją opróżnię. Idę jeszcze szybko wstawić pranie, pięknie świeci słońce, będę mogła powiesić je na dworze. Godzina 11:30, wiadomość od męża: mam przerwę o 12:00, jest coś do jedzenia? Nie ma. Ale spoko, wczoraj wyciągnęłam bulion z zamrażarki, będzie w sam raz na szybką zupę. Obieram warzywa, wrzucam na zeszkloną cebulkę i zalewam podgrzanym wywarem. Śniadanie było po turecku, obiad niech będzie po polsku.

O 12:03 otwierają się drzwi. Cześć kochanie – słyszę od progu. Mąż nauczył się kilku zdań po polsku i stara się ich używać jak najczęściej. Zupa niemal gotowa, część warzyw jeszcze szybko wrzucam do blendera, żeby ją trochę zagęścić, doprawiam śmietanką i nalewam do miseczek. Jemy w pośpiechu i mąż wychodzi. Gdy wkładam naczynia do zmywarki, z łazienki dobiega melodia – pranie się skończyło. Powieszę je jeszcze i już siadam do pracy. Na dworze jest naprawdę przyjemnie.

Odgrzewam herbatę, która zdążyła wystygnąć i biorę komputer na dwór. Otwieram wszystkie pliki, którymi dziś chcę się zająć. Zacznę od artykułu. Czytam, co mam już napisane i poprawiam co drugie zdanie. Chyba muszę nieco zmienić koncepcję, ale nie jest źle – czuję, że to idealny dzień na pisanie, mam wenę. Jeszcze tylko odpiszę uczniowi na wiadomość i wyślę dwa zadania domowe.

Godzina 13:15. Słyszę dźwięk otwieranej bramy.

Czyżby mąż tak szybko wrócił? Nie, ktoś właśnie podjechał i woła mnie po imieniu. Para w średnim wieku wychodząc z zaparkowanego auta, przedstawia się – Nie pamiętasz nas? Poznaliśmy się na pogrzebie wujka. Myślę intensywnie. Byłam na jednym pogrzebie w Turcji, trzy lata temu. Przepraszamy, nie mogliśmy być na waszym weselu, ale byliśmy w okolicy, pomyśleliśmy, że wpadniemy złożyć życzenia. Udając, że wiem, z kim rozmawiam, zapraszam na herbatę.

Siadajcie tu, stąd jest taki ładny widok – dodaję, przypominając sobie rozgardiasz, jaki panuje w domu. Do dolnej części czajnika wlewam równo litr wody, czyli tyle ile zmieści się później do jego górnej części, do której już teraz wsypuję dwie czubate łyżki czarnej herbaty i szybko zbieram brudne skarpety z podłogi, w razie gdyby ktoś jednak wszedł do środka. W szafce znajduję jakieś ciastka, lądują na tacy razem z malutkimi szklaneczkami w kształcie tulipana. Woda się zagotowała, zalewam nią fusy, a do czajnika wlewam jeszcze jeden litr herbaty.

Ok, mam parę minut na spojrzenie w lustro.

Chyba przyda się przeczesać włosy. Makijaż też by się przydał, ale pal licho i tak już mnie widzieli, jedynie usta maluję delikatną szminką. Drzwi do domu się otwierają (w duchu dziękują sobie samej za schowanie tych skarpet) i do domu wchodzi pani o wciąż nieznanym mi imieniu, zdejmując buty płynnym ruchem. Przywieźliśmy baklawę, może zjemy do herbaty? Na tacy lądują wobec tego jeszcze małe talerzyki, widelczyki i serwetki. Pani rozgląda się po wnętrzu i zachwalając palący się kominek, rozsiada się na kanapie. A co tam będziesz nosić na dwór wszystko, tu posiedźmy – decyduje.

Słysząc dzwonek telefonu, przypominam sobie, że nie dałam znać mężowi o niespodziewanych gościach. Chyba wyczuł tę wizytę, bo to jego imię wyświetla się na ekranie. Jestem we wiosce, kupić coś? Wyliczam naprędce kilka rzeczy i dodaje, że mamy gości. Pyta kto przyszedł, ale udając, że nie słyszę, dodaję tylko, że czekamy na niego i rozłączam się. Po dwudziestu minutach wchodzi razem z mężem pani z kanapy. O kogo ja tu widzę! – pyta uśmiechnięty od progu. Uff, nie wpuściłam nikogo obcego. Idę po herbatę. Pani wypytuje o ślub, opowiada o swoim, bardzo miła pogawędka. Po trzeciej filiżance mówią, że będą się zbierać. Mąż jednak natychmiast proponuje jeszcze kawę i już jest przy ekspresie. A to może chcecie zobaczyć, jak zbiory idą w tym roku – pyta. Chcą. Spacer zajmuje nam dobrą godzinę, mąż opowiada, co w tym roku udało mu się zrobić, pokazuje, gdzie na wiosnę zasadzi nowe drzewka. 

Godzina 16:30. Jesteśmy z powrotem pod domem.

Zostało mi pół godziny do lekcji. Przepraszam towarzystwo i wchodzę do domu. Przede mną dwie półtoragodzinne lekcje, jedna po drugiej. W pośpiechu wstawiam więc jeszcze wodę na makaron i już włączam komputer. Zakładkę z artykułem zmieniam na podręcznik. Może wieczorem uda się coś jeszcze porobić. W pół godziny zdążam przygotować się, ugotować makaron, pokroić parę warzyw na szybką sałatkę i równo o 17:00 siedzę już ze słuchawkami w uszach. Otwierają się drzwi, cała trójka wchodzi do domu. Nie ma problemu, pójdę do drugiego pokoju i odbierając już przychodzące od ucznia połączenie, biegnę na drugie piętro. 18:35, schodzę na dół. Nikogo nie ma. Zjadam sama i zaczynam ostatnią lekcję. 

Godzina 20:40. Po zakończeniu lekcji nie zdążyłam jeszcze zdjąć słuchawek, kiedy wraca mąż. Zmęczony od razu zmienia ubrania na dresy, brudne skarpetki znów lądują na podłodze. Potem je wezmę – dodaje, widząc moje spojrzenie. Ale jestem zmęczony, może piwko? Nie odmawiam. Przytulam się do niego i myślę o tym wszystkim, co miałam dzisiaj zrobić. Dziś już nie mam siły, ale trudno – jutro mam cały wolny ranek, pierwsza lekcja dopiero o 14:00. W końcu dowiaduje się, kim byli nasi goście. Na dziś pozostaje jeszcze tylko jeden obowiązek – najpierw mąż odpala swoje duolingo z polskim, potem ja z hiszpańskim, nie możemy stracić naszych streaków! Włączamy serial. Godzina 23:00, dzwoni telefon. Co robicie? Jesteście na farmie? Super, jutro wpadnę na śniadanie – słyszę w słuchawce. Kładziemy się spać, rano trzeba wcześnie wstać.

Magdalena Karhan (dawniej Bielecka)

ucz się mądrze

NOWOŚĆ W NASZYM SKLEPIE!

Uczysz się czegoś? W takim razie naucz się, jak się uczyć. Poznaj proste techniki efektywnej nauki, które możesz wprowadzić w życie od zaraz i cieszyć się lepszymi wynikami, niezależnie od dziedziny nauki. Zapomnij o wkuwaniu, ucz się mądrze!

Ten ebook jest dla Ciebie, jeśli:

  • masz dość wkuwania, po którym i tak niewiele pamiętasz,
  • przytłacza cię ilość materiału, który musisz przyswoić na sprawdzian albo egzaminy,
  • czujesz frustrację, bo od lat uczysz się języka obcego, a wciąż brakuje ci słów,
  • poświęcasz na naukę mnóstwo czasu, ale wyniki Cię nie zadowalają,
  • jesteś rodzicem, nauczycielem lub korepetytorem i nie wiesz, jak pomóc swoim podopiecznym czy uczniom w codziennej nauce.

Wszystkie techniki opisane w e-booku są oparte na badaniach i eksperymentach naukowych. Niektóre mogą być zastosowane nie tylko podczas nauki, ale także w codziennym życiu, do organizacji czasu czy pracy.

5 2 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Awatar użytkownika
11 miesięcy temu

Ależ świetnie! Aż czuję to ciepło i gościnność 🙂

Magda
Magda
11 miesięcy temu
Odpowiedz  baixiaotai

Dziękuję! ?