Dziecko

Dziecko

Napisałam tekst. Miałam nawet tytuł, wstęp i zakończenie. Pełna powaga, bo i temat ważki. Dziecko. Chciałam nawet napisać, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, a potem spuentować słowem „nonsens”.

Ale życie lubi być przewrotne i siedzę już 5. godzinę na SOR ze starszym synem. Czekamy na kontynuację badań, także nie jest źle. I siedząc na dziecięcym SOR, widząc zatroskanych rodziców, opiekunów, nerwowo przemierzających szpitalny korytarz, nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo mowa nienawiści i publiczna, wzajemna krytyka sposobów realizowania rodzicielskich powinności (bo matka matce wilkiem) nie przystaje do prozy życia.

Nie da się ukryć, że współcześnie bardzo nośnym, medialnym, uwikłanym w politykę tematem jest troska o dziecko, o rozwój, o wpajane wartości moralnych, o edukację, w tym seksualną, o zdrowie (kwestia szczepień), czy w ogóle życie (ruchy pro-life). To obsesja naszych czasów. I doskonała pożywka dla absolutnie nie merytorycznej gównoburzy. Bo wiadomo, każdy jest specjalistą w tej dziedzinie (szczególnie jeśli nie chodzi o jej/jego własne dziecko). To czy nim jest to już inna, nomen omen, bajka.

Niemniej jednak, sposób w jaki traktujemy dziecko, my jako społeczeństwo, wiele mówi o czasach, w których żyjemy. Dzisiaj, w naszej kulturze dominuje interdyscyplinarne spojrzenie na dziecko przez pryzmat dyskursów i praktyk codzienności, w jaki sposób konstruowana jest kategoria dzieciństwa, co to znaczy i jakie są tego konsekwencje, a samo dziecko jest prawnie chronione. Tyle w teorii, bo codzienność, no cóż, bywa różna.

Jak się pewnie domyślacie definicji „dziecka” czy też szerzej „dzieciństwa” jest wiele, a mówiąc pół żartem, pół serio: każdy ma swoją. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie kim w dzisiejszych czasach jest dziecko zastanawiam się: kim jest dzisiejszy dorosły? Czy to osoba niezależna finansowo? A może emocjonalnie? A może to taka osoba, która cechuje się racjonalną subiektywnością? Gdzie jest granica? No cóż, w dzisiejszych czasach została ona zatarta.

Posiadanie dzieci jest kulturowo znaturalizowane, jest społecznym obowiązkiem, od którego nie ma ucieczki. Jasne, możesz nie mieć dzieci, możesz nie chcieć mieć dzieci, możesz ich nie lubić, ale nie łudź się, społeczeństwo da ci dotkliwie odczuć, co o tym sądzi. Czy to słuszne? Odpowiedzcie sobie same.

Nie jest też żadną tajemnicą, że dzieci istniały zawsze, inaczej nie byłoby ludzkiego gatunku. Lecz współcześnie, patrząc przez pryzmat naszej europejskiej kultury uwikłanej w chrześcijaństwo, dziecko jawi się jako wartość sama w sobie. A jak się zapewne domyślasz, nie zawsze przywiązywano do nich taką (u)wagę jak dziś.

W kulturze europejskiej do mniej więcej XII wieku ludzie nie mieli świadomości kategorii dzieciństwa. Czy to znaczy, że nie kochali swoich dzieci? Absolutnie nie! Po prostu nie czuli potrzeby wyodrębniania kategorii dziecka od całościowo widzianego społeczeństwa, oddzielenia dzieciństwa od późniejszego, dorosłego już etapu życia. Duże znaczenie mogła mieć wysoka umieralność dzieci, jak podają niektóre źródła: do piątego roku życia przeżywało zaledwie 20% z nich. Zadecydowało praktyczne podejście: dziecko nie miało znaczenia, nie było warte uwagi, bo nic nie wnosiło do społeczeństwa, a większość języków europejskich nie miała w swoim słowniku pojęcia „dziecko”. Niektórzy uczeni mówią wprost o „koszmarach dzieciństwa”, kiedy to do umownej granicy XVI wieku (chociaż osobiście tę umowną limes umieściłabym w połowie XX wieku) przemoc, nadużycia seksualne, porzucenie, dzieciobójstwo były powszechnie akceptowane. Pamiętasz treny Kochanowskiego? To kulturowe pęknięcie pokazujące umowność (z)obowiązujących nas wzorów postępowania – jak to możliwe, że racjonalny, „z natury” nie okazujący emocji mężczyzna, ojciec płacze śmierci dziecka, córki, w czasach kiedy śmierć jest czymś niemal codziennym, prozaicznym, banalnym i zwyczajnym?

Współczesna (zachodnia) kategoria dziecka i konstrukt dzieciństwa to wynalazek nowożytnej Europy.

Renesansowa burza mózgów, swoista rewolucja intelektualna, a tym samym zmiany w postrzeganiu idei człowieka oraz zachwianie pozycji instytucji kościoła i papiestwa zaowocowało (mówiąc w dużym skrócie) konceptualizacją kategorii dziecka. Do tej pory dbałość o morale dzieci nie miało specjalnego znaczenia, ponieważ po pierwsze umierały dość szybko, a po drugie (jeśli już przeżyły) zawsze można było im kupić zbawienie na odpuście, ewentualnie fundnąć jakąś kapliczkę i problem z głowy. Jak zapewne pamiętacie, Marcin Luter w akcie protestu przybił do drzwi kościoła w Wittenberdze „95 tez”, no i tak powstał protestantyzm. Purytańska społeczność nadal chciała zostać zbawiona, ale kupczenie odpustami było już niemoralne. Surowość wychowawcza, która na wieki zakorzeniła się w sposobie postrzegania i interpretowania kategorii dziecka zagościła się w Europie na długo. Może i nawet do dziś. Bo celem ówczesnej edukacji było zbawienie, wykorzenienie grzechu, a bezwolne, zależne od dorosłych, posłuszne ich woli dziecko staje się niewinnym, nierozumnym stworzeniem bożym, które wymaga opieki, troski, ukształtowania, zapewnienia bezpieczeństwa, czyli szeroko rozumianej protekcji.

I tu się pojawia istniejący do dziś dysonans, zarodek istniejącej do dzisiaj podwójnej moralności. Dziecku kulturowo nadaje się cechy takie jak: niewinność, naturalność, czystość, bliskie są konotacje z naturą, przyrodą. Dziecko to alegoria duszy, a amorki i putta są takie urocze! Idea dziecka ma sakralną wartość. Wszak już brzemienna jest w stanie błogosławionym, dziecko to dar od Boga, jak Bóg dał to Bóg wykarmi, uśmiech dziecka wszystko ci wynagrodzi, a usunięcie ciąży jest grzechem. Jednocześnie, w codziennej praktyce, w życiu rodzinnym zostaje ono sprofanowane. Nie tylko jest pozbawione swoich praw, jest poza prawem. Przykłady?

Rewolucja przemysłowa doby wiktoriańskiej. Bo w XIX-wiecznej Anglii połowa społeczeństwa to dzieci. I jak wierzyć przekazom historycznym, to znaczna część nieletnich Brytyjczyków od mniej więcej piątego roku życia pracowała w fabrykach, po 16 godzin na dobę, za minimalne wynagrodzenie, w skandalicznych warunkach. Praca szła, dzieci łatwo się adaptowały, były efektywniejsze niż dorośli: bardziej zwinne, dłużej mogły pracować, no i były tańsze. Jeśli nie fabryka, to co? Przedszkoli nie było, edukacja nie była obowiązkowa, babcia jeśli żyła to też pracowała w fabryce, więc pozostawało życie na ulicy: młodociane gangi, przemoc, prostytucja. A tak, wszyscy zadowoleni. Ku chwale ojczyzny. Co na to opinia publiczna, rządzący? No cóż, od tego czasu niewiele się zmieniło w traktowaniu przemocy, nadużyć i wyzysku dzieci. Niektórzy nie zauważają problemu, niektórzy milczą, a inni oburzają się i zawzięcie dyskutują nad losem nieletnich robotników w azjatyckich fabrykach, sącząc sojowe latte w Starbucksie, ubrani w tanie koszulki znanych sieciówek.

Obecnie status dziecka podlega ochronie prawnej, coraz więcej mówi się o tym, że klaps to też forma przemocy, uczymy się mówić o emocjach, swoich i swoich dzieci. Uczymy się wzajemnego szacunku. Brawo my! Ale jednocześnie krzywdzimy dzieci, często w imię miłości, nadmiarem jedzenia, opieki, nauki, czy szeroko rozumianej kontroli lub wręcz przeciwnie, zimnym chowem i odtrąceniem. Równolegle dziecko traci swoją „niewinność”, staje się kluczowym konsumentem dóbr materialnych, staje się istotą seksualną, samodecyzyjną, a przede wszystkim świadomą swojego wyjątkowego statusu.

Czy zatem fajnie jest być dzieckiem w dzisiejszych czasach?

Nie wiem, nigdy nie byłam dorosła.

Ściskam udami, Wiktoria Morella.

Wiktoria Morella…

… to jej pseudonim artystyczny i chociaż w papierach dr kulturoznawstwa, sercem i duszą antropolożka kultury. Namiętne szuka dziury w całym, szczególnie w zakresie antropologii seksualności, ciała oraz kultury popularnej. Zwolenniczka poznawania świata poprzez zabawę.

Blog: Wiktoria Morella – Kultura – seks – społeczeństwo

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
Powiadom o