Felietony

Didim to miejsce tak niepozorne, że gdyby ktoś miał mnie zapytać, co w nim takiego wyjątkowego, to chyba trudno byłoby mi odpowiedzieć bez dłuższego zastanowienia. Ot, nadmorskie miasteczko, w połowie drogi między dwoma pięknymi, dużymi i spektakularnymi kurortami Morza Egejskiego. Niczego mu nie brakuje – mamy oczywiście piękne widoki, trochę ciekawych zabytków, kilka dobrych hoteli czy restauracji. Trudno jednak znaleźć coś szczególnego, co wyróżniałoby nasze miasto na tle innych. 

Z jakiegoś jednak powodu to właśnie Didim stało się dla mnie domem nie tylko w sensie dosłownym, ale też, bardziej poetycko mówiąc, domem mojego serca. Można by doszukać się tu prostej przyczyny – właśnie tu zamieszkałam z moim mężem, a także założyłam rodzinę. Myślę jednak, że to, że przeniosłam się do Didim na stałe to raczej skutek tego, jak czuję się w tym miejscu, a nie przyczyna takiego obrotu spraw. 

Didim od pierwszych chwil dawało mi poczucie niezależności. Czasem wydaje mi się, że właśnie tu rozpoczęłam prawdziwe „dorosłe” życie.

Nie to studenckie, nie pod skrzydłami rodziców. Nie było to też Kuşadası, w którym spędziłam kilka poprzednich sezonów letnich. W końcu pomieszkiwanie u rodziców ówczesnego chłopaka było dalekie od pełnej swobody. Przyjazd do Didim było rzuceniem się na głęboką wodę, jednak już od pierwszych chwil podobało mi się poczucie, że na moje decyzje nie ma wpływu zupełnie nikt, ale też, że z ich konsekwencjami muszę radzić sobie sama. 

Gdy przemyślę jednak tezę z pierwszego akapitu tego artykułu, dochodzę do wniosku, że Didim po prostu łączy ze sobą wszystkie zalety wakacyjnego kurortu z atmosferą prowincjonalnego tureckiego miasteczka.

Z jednej strony jest zbyt małe, by przytłaczać zgiełkiem turystycznego molocha, z drugiej jednak latem nie da się ominąć turystycznego tłoku, który (choć na dłuższą metę męczący) dodaje wakacyjnej, radosnej atmosfery do codzienności. Didim jest dość duże, by wszystkie usługi dużego miasta mieć w zasięgu ręki, i wystarczająco małe, by korki doskwierały nam wyłącznie w okolicach tureckich świąt, gdy zjeżdżają się tu miejscowi turyści. 

Trzeba przyznać, że Didim pomału zyskuje także na popularności wśród turystów. Wcale mnie to nie dziwi! Mamy tu przecież wszystko – i luksusowe hotele, i piękną świątynię Apollona, i piaszczyste plaże, i promenadę z bogatym życiem nocnym.

Potencjał miasta widzą wszyscy, także i politycy, którzy jak jeden mąż za główny punkt kampanii wyborczej w zbliżających się wyborach samorządowych wyznaczyli sobie zrobienie z Didim potęgi turystycznej. Trudno mi się zadeklarować, czy im kibicuję w osiągnięciu tego celu – z jednej strony chciałabym, by moje ukochane miasto było doceniane przez turystów z całego świata. Z drugiej jednak lubię tą atmosferę spokojnego miasteczka na prowincji i nie chciałabym, by nagle „moje” Didim zmieniło się w kolejny huczący kurort. 

Czy Didim ma wady? A jakże. Na chwilę obecną tą najbardziej nam doskwierającą, jako czteroosobowej rodzinie, są ceny mieszkań.

Okazuje się bowiem, że są one w Didim znacznie wyższe od cen w stolicy, sięgają niemal pułapu cen mieszkań w Stambule. Można sobie wyobrazić, że mieszkanie w Stambule jest drogie. Dlatego też od czasu do czasu płacę podatek od marzeń o czteropokojowej willi i kupuję sobie los totolotka – dopóki nie odczytam wyników, planuję, że już wkrótce wypiję szklaneczkę tureckiej herbatki na fotelu koło mojego prywatnego basenu.

Agata Korbut-Gürcan

5 3 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze