FELIETONYfrancja i język francuski

Takie przewrotne pytanie zadawano mi siedem lat temu, kiedy z ekscytacją ogłaszałam wszystkim dookoła mnie, że za cztery miesiące wyjeżdżam na Erasmusa do Francji.

Mówiłam dobrze po angielsku, z niemieckiego zdawałam rozszerzoną maturę, jednak z francuskim nie miałam absolutnie nic do czynienia. Moje słownictwo ograniczało się do klasycznego bonjour, merci, sacre bleu!

Moi znajomi, z których spora część piętnaście lat wcześniej uczestniczyła w wymianach do Montpellier, przekonywali, że to szalony pomysł. „Nie wiesz na co się piszesz, Francuzi mówią tylko po francusku, zginiesz bez języka!” Czy mieli rację? Miałam przekonać się już za parę miesięcy, gdy starym mercedesem dokulałam się nareszcie do Francji.

W pierwszym dniu w Lyonie natychmiast wybrałam się zobaczyć mój uniwersytet Sciences Po. Jeden z najlepszych uniwerków we Francji, młoda fala francuskiej elity politycznej właśnie tutaj rozpoczyna swoją wyższą edukację. Onieśmielona majestatycznym budynkiem zbudowanym dookoła symetrycznego placu, skierowałam się do biura do spraw studentów międzynarodowych. Tam na miejscu, czekała na mnie około pięćdziesięcioletnia dama, która słysząc moje zadane po angielsku pytanie, zjeżyła się i spojrzała na mnie z wyraźną urazą.

Mój towarzysz, którego francuski pamiętał wymianę studencką sprzed dekady, starał się powtórzyć pytanie, tym razem po francusku.

Kobieta wskazując na mnie, spytała, co tutaj robię, skoro nie mówię po francusku? Padło oczywiście pierwszy (i nie ostatni raz) zdanie: „we Francji mówimy po francusku”. Ja miałam ochotę rozpłakać się z czystego przerażenia, myśląc, że może ten semestr w języku angielskim we Francji to jakieś nieporozumienie między uniwersytetami?! Dyskusja trwała, pani z biura powtarzała, że nie ma programu dla ludzi, którzy nie mówią po francusku. Uratowała nas dopiero anglojęzyczna młoda stażystka, która weszła do pomieszczenia i od razu zaprosiła mnie do swojego biurka, aby zająć się moją aplikacją.

Program dla anglojęzycznych studentów oczywiście był, ale faks z potwierdzeniem nie dotarł do dziekanatu, stąd nieporozumienie. Tak, w 2013 roku ciągle funkcjonował tam faks. Po wstępnej nerwówce udało się – moje dokumenty były kompletne, inauguracja roku za trzy tygodnie. 1:0 dla Patrycji.

Temu ciężko zdobytemu punktowi niebawem groziła utrata. Przede mną poszukiwanie mieszkania, gdyż renomowany uniwerek nie prowadzi żadnych akademików. Strony internetowe domów studenckich mają wersje anglojęzyczne, jednak ich tłumaczenie ogranicza się tylko do nagłówków w menu. Wnioski, zasady, oferty i poradniki są oczywiście w języku Moliera…

Po pięciu nocach na campingu na północy Lyonu, udało mi się znaleźć 9m2 w fatalnej dzielnicy za dużo złotych monet. Najemca wykorzystał sytuację i nielegalnie zażądał tysiąca euro depozytu, który stanowił siedemdziesiąt procent moich oszczędności. Zapłaciłam, odebrałam klucze do pokoju z łazienką, który stał się moim domem na kolejny rok.

Nieznajomość języka miała też swoje pozytywne strony, co udało mi się odkryć podczas sobotnich targów w mojej dzielnicy.

Ulica była całkowicie sparaliżowana, stoły uginały się do warzyw i owoców, arabskich chlebków i odzieży. Jako biała kobieta byłam tam w mniejszości, jednak nie czułam się odepchnięta. Wręcz przeciwnie, zwracając się do arabskich sprzedawców po angielsku, musiałam wzbudzać w nich sympatię i… litość. W siatce ze sprawunkami zawsze lądowały ofiarowane mi dodatkowo cebule czy dojrzałe owoce. Prawie każdy sprzedawca na rynku dorzucał mi coś od siebie, jakby wyczuwając tarapaty, w jakich się znalazłam, będąc tu bez znajomości języka.

Ale jakoś powoli, powoli moje uszy osłuchały się z melodią tego dziwnego języka. Zaczęłam podchwytywać kolejne słowa, rozumieć z kontekstu i odkrywać naturę tego kraju. Uczestniczyłam w pierwszych apéritifach, byłam zaproszona na pierwsze raclette, a każdy poznany Francuz twierdził, że region, z którego pochodzi, słynie z najlepszych win i serów w tym kraju. 

Mijały kolejne miesiące pełne przygód, które pojmie każda osoba, mieszkająca w kraju, którego zwyczajnie nie rozumie.

Utarczki na poczcie, zażarta walka o uzyskanie karty ubezpieczeniowej czy dyplomatyczne starcie o utworzenie konta w banku. Okazuje się, że pomagały mi też inne narzędzia: nieśmiały uśmiech, grzeczność, która nie ma paszportu, a składa się z drobnych gestów, tonu głosu. Większość urzędników doceniała moje wysiłki, bo miałam ze sobą zeszyt z przygotowanym wcześniej słownictwem i, choć gwałciłam ich gramatykę, próbowałam się najzwyklej dogadać i załatwić sprawę, nie sprawiając im dodatkowych kłopotów. To pomagało i punkt po punkcie udawało mi się coraz lepiej ustatkować.

Czytałam książki dla dzieci kupione w sklepach charytatywnych Emmaus za trzydzieści centów. Wsłuchiwałam się w rozmowy moich francuskich sąsiadów, wychwytywałam czasem słowa, które już znałam. Przy okazji starałam się codziennie oglądać francuskie filmiki na YouTube oraz telewizję. Okazało się, że sezon “Chirurgów” emitowany w sierpniowe wieczory uratuje mi tyłek, kiedy trzy lata później trafię na pogotowie i tej samej nocy na stół operacyjny. Pomoże mi, bo skojarzę najprostsze pytania zadawane przez pielęgniarkę i będę umiała jakoś odpowiedzieć. Może to kolejny gol dla mnie, zdobyty tuż przed gwizdkiem?

A zatem jak przebiegał ten mecz, Polka kontra Francja?

Po roku zaczęłam rozumieć. Po dwóch nieśmiało mówić. Po czterech latach mogłam już sama załatwić większość spraw. Teraz, po siedmiu latach we Francji, mogę śmiało powiedzieć, że jestem niezależna i wszystko potrafię ogarnąć już sama. Francuskiego nauczyłam się sama, ze słuchu, w otoczeniu Francuzów, którzy mówili po francusku… Ironia losu?

Czy Francja bez francuskiego jest w ogóle możliwa? 

Nie, nie na dłuższą metę.
Nie, jeśli chcemy być niezależne. 

Kokopelia

5 2 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Anna
Anna
8 miesięcy temu

Świetnie napisany artykuł. Przyjemnie się go czytało. Dzięki ❤️

Jolanta
8 miesięcy temu

Mój siostrzeniec przyjechał do nas (za granicę) w wieku 14 lat, z marnym angielskim. Tyle o ile.. . Rzucony od razu na głęboką wodę do szkoły siedział i słuchał nauczycieli nie rozumiejąc kompletnie nic, w książki też się gapił jak Sroka w gnat. Teraz, po 4 latach śmiga po angielsku. Rozmowy z kolegami, osłuchanie się języka, jak coś powiedzieć czy napisać, to pomaga.Trzeba tylko dać sobie czas i mieć chęci. Największym błędem jest unikanie stawiania czoła temu wyzwaniu i wysługiwanie się kimś innym, czy praca tylko z Polakami. Trzeba samemu się starać, tak jak Ty to robiłaś, bo inaczej ta… Czytaj więcej »