Czwartek – 15

Czwartek – 15

Jest 15:00 w czwartek.

Idę ulicą i patrzę na betonowy krawężnik i betonowe bloki, przed którymi stoją jakieś stare, wyrzucone pewnie jeszcze w zimie, meble. Cholernie pusto na ulicach. Wszyscy pracują. Ja nie. Dziś jest dla mnie stan wyjątkowy. W podwójnym tego słowa znaczeniu. Muszę iść do lekarza. Chcę sprawdzić, czy WSZYSTKO wyszło. Czy muszę być może pojechać do szpitala, aby TO odessać. “Standardowy zabieg. Nie trwa długo. Dopiero po wszystkim może trochę boleć. Ale damy radę” – lekarz mówi bez emocji, spokojnie, jakby był znudzony tą konwersacją. Zaczynam się trząść. TO było moje szczęście. TO była moja jedyna nadzieja. TO było dla mnie znakiem, że podjęłam właściwą decyzję. TO jest martwe.

Skapitulowało. Nie chciało dalej się rozwijać. Zrezygnowało z życia przed właściwym życiem. Jego przyszła-niedoszła matka także już nie ma sił, żeby dalej żyć. Jego matka nie jest żadną świętą. Nikim specjalnie lubianym. Nigdy nie zostanie pracownikiem miesiąca. Nagrody Nobla ani Oskara też nie dostanie. Być może jest bardzo złym człowiekiem, który nie potrafi nikogo naprawdę kochać. Kochała jednak TO coś, co powstało w niej. Z całego serca. Wszystkimi zmysłami. 

Nie wolno jej nosić żałoby. Nie ma do tego prawa. Nie wolno jej powiedzieć: Moje dziecko umarło. Wtedy inni odpowiedzieliby: “To wcale nie było DZIECKO”. Albo jeszcze głupiej: “Na pewno urodzisz jeszcze wiele zdrowych dzieci. Masz czas”. Śmieszne, jak bardzo są pewni siebie. Ona już w to nie wierzy. Najchętniej rzuciłaby się z jakiejś wysokiej góry. Tego jednak też jej nie wolno, ponieważ nie jest to żadne rozwiązanie, jak twierdzą mądre głowy z podręcznika “Ciąża i narodziny”. Oni także brali niepomyślny obrót rzeczy pod uwagę. Taka wykształcona kobieta jak ona powinna w końcu mieć więcej rozumu. 

Usiadłam na krawężniku i zapaliłam papierosa.

Co mi zależy? ONO spływa z hektolitrami krwi, z każdą minutą jest go coraz mniej, to przecież wolno mi puścić dymka. Nie pora na morały. Boję się tylko, że zobaczy mnie mój mąż, a on nie lubi kiedy palę. I wciąż wierzy. Nawet teraz kiedy nikt, nawet ono samo, nie dajemy MU szans. 

Siedziałam wczoraj pod prysznicem i patrzyłam jak spływa ze mnie życie. Cichutko, niepozornie, bez pożegnania. Ostatecznie. Zastanawiałam się, czy nie podciąć sobie żył. Szybko by poszło. Może domownicy nawet by nie zauważyli, myśląc że się wcześniej położyłam. Ta myśl mnie prześladuje. 

Przyjechał. Popatrzyłam na niego i z wielkim lękiem stwierdziłam, że wcale nie cierpi. Jakby nie było mu przykro. Siadamy w poczekalni. Ja i on. Staram się nie płakać. Oddycham jak szalona. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Powstrzymuję łzy. Mama uczyła mnie przecież nie pokazywać słabości. Wokół mnie kobiety w ciąży. Patrzę na nie i jestem wściekła. Na TO, ponieważ się poddało. Nawet nie walczyło. W dziewiątym tygodniu postanowiło mnie opuścić. W sumie dobrze, że nie zaczęłam tego głupiego remontu pokoju dziecinnego. Zaoszczędziłam pieniądze. Duże szczęście, że poczekałam. Mądra decyzja.

Siadam okrakiem na fotelu, a lekarz mnie bada i tryumfalnie stwierdza, że ZESZŁO. To dobrze. Bardzo dobrze. Poszło naturalnie. Najgorsze za mną. Czyżby? Standardowo pyta mnie, czy wypisać zwolnienie z pracy. Kręcę głową i wbijam paznokcie w lewy kciuk. Chcę pracować – rzucam jakby od niechcenia i wstaję. Lekarz jest zmieszany. Mój mąż patrzy na mnie z troską, a ja ignoruję obu i wychodzę. Na ulicy jest jasno i tłoczno. Dzieci wyszły ze szkoły i radośnie biegną do domów. Nie słyszę jednak ich głosów. Nie widzę ich twarzy. Poruszam się w stronę samochodu, którego markę i kolor chwilowo zapomniałam. Jest mi duszno. Upadam, ale mój mąż mnie podnosi. Widzę w jego oczach nadzieję.

W mojej duszy jest jednak jedynie ból. 

0 0 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

5 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Mara
Mara
7 miesięcy temu

.

Agnieszka
7 miesięcy temu

Bardzo współczuję.
Poroniłam dwa razy.
Raz w pracy, stałam wówczas przy kopiarce. Zaczęło się kap, kap, ze spodni na buty na obcasie.

Drugi raz było tak wcześnie, że nie było co czyścić, tylko te hektolitry krwi.

To trudny czas.

Tulę.

Ania
Ania
7 miesięcy temu
Reply to  Agnieszka

Ja również tule. Współczuję straty i życzę siły na każdy dzień.

Natalia Brede
7 miesięcy temu

pamiętaj, że nie jesteś sama.

Grazyna1
Grazyna1
7 miesięcy temu

Proszę poczytaj „ centrumchwili.blogspot.com, bardzo odpowiedni do Twoich przeżyć. Przesylam pozdrowienia.

5
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x