Felietony

Od lat mieszkam w Chinach. Niektóre rzeczy kocham, innych nie znoszę, do większości się przyzwyczaiłam. Jedno jednak stanowiło dla mnie zawsze punkt graniczny: moje dziecko nie pójdzie do chińskiej szkoły. Po latach zbierania informacji, czytania książek i artykułów na temat chińskiej edukacji, wreszcie po latach obserwowania zmagań znajomych i ich dzieci z tym systemem byłam tak przerażona, że rozważałam wyłącznie inne możliwości – byle nie chińską szkołę państwową. 

A jednak… kiedy przyszło co do czego, po przeanalizowaniu wszystkich opcji z emigracją włącznie podjęliśmy decyzję o wysłaniu naszej córki właśnie do lokalnej, państwowej szkoły. Córka ma skończone siedem lat, czyli właśnie rozpoczęła drugą klasę szkoły podstawowej. A ja, po roku obserwacji i zmagań, mogę opowiedzieć, jak ta „straszna” chińska szkoła wygląda w praktyce.

Po pierwsze: każdego dnia dzieci zaczynają i kończą szkołę dokładnie o tej samej godzinie. Godziny zmieniają się dopiero w zależności od rocznika – dzieci pod koniec podstawówki kończą zajęcia później niż pierwszaki.

Wprowadza to wspaniałą rutynę: nie dość, że dziecko każdego dnia ma taki sam rytm wstawania, powrotów do domu, jedzenia i tak dalej, to jeszcze rodzicom czy też dziadkom łatwiej jest ułożyć sobie grafik. Jaki grafik? Przyprowadzania i odprowadzania dzieci ze szkoły. Do czwartej klasy tylko opiekun ma obowiązek dostarczyć dziecko do szkoły i je z niej odebrać. Zazwyczaj proces ten nie jest długi, ponieważ w Chinach istnieje rejonizacja.

Oczywiście, niektórzy rodzice, chcąc nie chcąc, oszukali system, bo na przykład są zameldowani w innym miejscu, niż mieszkają. Z bardzo nielicznymi wyjątkami można zorganizować szkołę tak, by zapisać dziecko do takiej, która znajduje się w pobliżu miejsca zamieszkania, jednak obowiązującą praktyką jest zapisywanie dzieci do szkoły w rejonie, w którym się ma zameldowanie.

Przez całą pierwszą i drugą klasę podstawówki pierwszaki w naszej szkole mają lekcje w dwóch blokach: zaczynają lekcje o ósmej dwadzieścia i kończą około południa, a następną turę zaczynają o czternastej, a kończą o piętnastej trzydzieści. Tym samym mają łącznie sześć czterdziestominutowych lekcji dziennie.

Oczywiście najważniejszymi lekcjami są język chiński oraz matematyka, które są w planie codziennie. W pierwszych latach podstawówki poczesne miejsce zajmuje także sztuka, z podziałem na plastykę i muzykę – obcowanie ze sztuką również jest codziennie wpisane w plan lekcji.

Równie istotne jest wychowanie fizyczne – poza samym wuefem są w planie również kilkuminutowe ćwiczenia gimnastyczne i rozluźniające w przerwach między lekcjami. Oprócz tego środowisko, etyka, moralność, lekcje pracy (podczas których dzieci uczą się na przykład sprzątać po sobie) – i tyle. 

Jeśli właśnie zastanawiacie się, jakim cudem pracujący rodzice mają odebrać dzieci o 15.30 ze szkół, spieszę donieść, że w wielu chińskich firmach szefowie wykazują się głębokim zrozumieniem dla takiej konieczności.

Jednak jeśli ani nie mamy wyrozumiałego szefa, ani pomocy ze strony dziadków, każda szkoła zapewni nam alternatywę nie w postaci świetlicy, a zajęć nadobowiązkowych. Dzielą się one na dwa rodzaje: pierwsza godzina po zakończeniu klas obowiązkowych to zajęcia, podczas których dzieci mogą odrobić zadania domowe na następny dzień pod okiem nauczyciela. Jeśli jednak nawet godzina szesnasta dwadzieścia jest zbyt wczesna, by zdążyć przyjść po dziecko, można je zapisać również na zajęcia hobbystyczne, codziennie inne – gra na instrumentach, zajęcia sportowe, szachy… tutaj inwencja zależy od tego, jakimi nauczycielami dysponuje szkoła.

Nie zatrudnia się bowiem do tych zajęć ludzi z zewnątrz, a dorabiają sobie w ten sposób etatowi nauczyciele danej szkoły. Dorabiają – bo te zajęcia, w przeciwieństwie do podstawowych sześciu godzin, są już płatne. Nie są bardzo kosztowne – dużo, dużo tańsze od jakichkolwiek zajęć, na które chcielibyśmy zapisać dzieci poza szkołą. Niektóre dzieci zostają zapisane przez rodziców tylko na część, niektóre na wszystkie.

My zdecydowaliśmy się odbierać córkę bezpośrednio po zakończeniu zajęć obowiązkowych, wychodząc z założenia, że zadanie zrobi szybciej sama w domu, a poza tym jako dziecko trójjęzyczne ma tak dużo roboty z przyswajaniem polskiego i angielskiego w domu, że nie musi jeszcze dodatkowo siedzieć w szkole. Ku naszemu ogromnemu zdumieniu, dzieci, które są odbierane przez rodziców tak wcześnie, jest w pierwszych dwóch rocznikach zaledwie kilka. Co, biorąc pod uwagę rozmiar i liczbę klas w poszczególnych rocznikach, stanowi maleńki ułamek. Jedna klasa liczy sobie bowiem koło czterdziestu uczniów, a w każdym roczniku jest ich trzy do czterech. 

Czas między blokami to długa przerwa na lunch. Można wówczas dziecko odebrać ze szkoły i po lunchu przyprowadzić, a można opłacić wyżywienie na cały semestr i wówczas dziecko je w szkole, a potem ma czas na zabawę i odpoczynek przed popołudniowym blokiem zajęć. Lunche są w bardzo przystępnych cenach; rodzice codziennie dostają menu i zdjęcia posiłku.

Komunikacja między rodzicami a szkołą jest częsta i dość nachalnie wymuszona przez szkołę. Wszyscy rodzice i nauczyciele w danej klasie należą do grupy na WeChacie (to apka łącząca cechy i zastosowania Facebooka, allegro, radiotaxi, Skype’a i kilku innych aplikacji; w chwili obecnej w Chinach trudno bez niej egzystować).

Codziennie dostają informacje na temat zadań domowych, a także przypomnienie, co trzeba przygotować na lekcje plastyki i tym podobne. Tam również znajdują się przypomnienia dotyczące szkolnego stroju (wszyscy muszą nosić mundurki składające się ze spodni, bluzeczki z krótkim bądź długim rękawem i ewentualnie kurtki), fryzury (wszyscy chłopcy muszą być krótko ostrzyżeni, wszystkie dziewczynki muszą mieć krótkie włosy lub długie związane w kucyk) i zachowania. 

Pierwszy rok podstawówki był na początku dość trudny. Jednak córka szybko się przyzwyczaiła i polubiła swoją szkołę na tyle, że w połowie wakacji zaczęła twierdzić, że się nudzi i że bardzo chce już wrócić do szkoły, koleżanek i kolegów. Codziennie idzie do szkoły i wraca z uśmiechem.

Nie taki diabeł straszny… 

Natalia Brede

FB: www.facebook.com/bialymalytajfun

Książkoplaner kobiety ciekawej świata, a w nim:

– podryw w Japonii wg Nati Ishigaki albo meksykańskie święto zmarłych i listopadowe sentymenty Basi Piotrowskiej, czyli kalendarium – 12 miesięcy pełnych świąt i tradycji z całego świata otoczone opowieściami sezonowymi Polek na Obczyźnie,

– jak zrobić falafele po egipsku albo greckie pączki – to tylko dwa z wielu lokalnych przepisów,

– dlaczego w Gruzji chodzi się na pogrzeb w złotych butach i czy pakistańska teściowa jest tak straszna, jak ją malują, czyli felietony Polek na Obczyźnie,

– gdzie pochowano Jamesa Bonda i dlaczego w nowojorskich parkach nie wolno sikać na gołębie, czyli ciekawostki ze świata,

– “będziesz płakać i mówić, że chcesz wracać i że wszystko nie ma sensu…” czyli co by sobie powiedziały Polki na Obczyźnie przed wyjazdem z Polski…

A także zdjęcia, cytaty, planery, podsumowniki, pytania wzmacniające samoświadomość, planery do planowania codziennych zadań polecajki książkowe i wiele innych…
 
W sumie 280 kolorowych stron pełnych świata ❤️
5 3 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
trackback

[…] do końca, bowiem zawsze można zauważyć, kto włożył do szkoły buty za kilka stówek, a które dziecko chodzi w adidasach z zeszłego roku. Na pewno jednak […]