FELIETONY

Znasz ten stan, gdy czujesz się, jakby ktoś zamknął cię w klatce? Gdy twoja dusza krzyczy i płacze, że nie chce tu być, pracować w korporacji, gonić za karierą, pieniędzmi, dopełniać niespełnione marzenia innych. Znam go bardzo dobrze. Każdego roku moja dusza umierała kawałek po kawałku… było dużo dobrych momentów, ale moje wnętrze wyrywało się do innego świata. Po powrocie z Ameryki w 2014 roku życie w Polsce nie było już takie samo. Pewnego dnia, gdy w końcu po wielu rozmowach online i około setce e-maili jeden z hoteli przyjął mnie i mojego byłego partnera do pracy, spakowałam rzeczy i wyjechałam na Islandię. Zimna wyspa otoczona ze wszystkich stron oceanem wydała mi się najlepszym miejscem.

Sandafell, Fiordy Zachodnie 2019

Na początku osiem miesięcy mieszkałam w Mývatn, na pięknym, bezludnym pustkowiu. Kilka domów, dwa hotele, koniec. Islandia na początku wzmocniła, naprawiła mój związek, bo odcięliśmy się od bliskich, wtrącających się w nasze życie. W hotelu nie było dobrze. Pracowałam głównie z osobami z Czech, które miały uprzedzenia wobec Polaków. Szefem kuchni był Hiszpan, który lubił rzucać komentarze typu: „dobrze, że Niemcy zajęli Polskę”. Pewnego dnia po prostu zwolniłam się z tej pracy. Tego samego dnia musieliśmy się wynieść, na zewnątrz była zima stulecia, burze śnieżne, a my nie mieliśmy samochodu. Pomogli nam budowlańcy pracujący w hotelu. Zamieszkaliśmy w Husavíku. W ciągu dwóch miesięcy przeprowadzaliśmy się cztery razy, bo nasz szef miał problem ze znalezieniem dla nas miejsca. Po dziś dzień kocham Husavík. Jego naturę, góry, zorze polarne, wieloryby, geo sea (baseny zawieszone nad oceanem), samotne wędrówki, ale już za nic w świecie bym tam nie zamieszkała ze względu na złe wspomnienia. To tam zerwaliśmy zaręczyny.

Mieszkałam tam dwa lata. Napisałam książkę „Odwrócone role”, bo chciałam pokazać innym, jak traktowane są zwierzęta. Zamieniłam więc miejscami zwierzęta z ludźmi i opisałam pięć krótkich historii. Popełniłam wiele błędów w procesie wydawania. Nie znalazłam patronów, niedostatecznie zareklamowałam książkę i nadal źle to robię, z czego zdaję sobie sprawę, ale to uczucie, gdy ją skończyłam! Nieważne, że była krótka. To była druga książka w moim życiu, którą SKOŃCZYŁAM, pierwsza, którą opublikowałam.

Jak dziś pamiętam dzień, kiedy przyszły do mnie egzemplarze mojej książki. W Husavíku był piękny dzień, miałam wolne. Poszłam na pocztę. Rozpakowałam pakunek i patrzyłam wniebowzięta w swoje nazwisko na okładce. Na okładkę, którą sama wybrałam i po części wymyśliłam, na tekst z tyłu książki. Otworzyłam ją i powąchałam kartki. Moja książka. Czułam się, jakbym mogła latać, to było nieopisane szczęście na tak wysokim poziomie, że aż zapierało dech. Spełniłam swoje marzenie, które miałam od czternastego roku życia. Czułam się tak tylko kilka razy w życiu: gdy w bibliotece była dostępna kolejna część Harry’ego Pottera; gdy pocałował mnie chłopak, który był moim marzeniem; gdy dowiedziałam się, że lecę do Ameryki na cztery miesiące; gdy leciałam do Islandii; gdy ludzie czytający moją książkę, pisali do mnie, chwalili ją lub wnosili istotne uwagi, przechodzili na wegetarianizm lub weganizm i właśnie wtedy, w momencie trzymania w dłoniach czegoś, co stworzyłam sama. Piękne uczucie. Obiecałam sobie wtedy, że będę się tak czuć częściej.

Zaczęłam bardziej świadomie dbać o swoje ciało, chodzić na długie spacery, spędzać ze sobą czas, rozmawiać ze sobą i nagle dotarło do mnie, że nie jestem szczęśliwa, że znowu jestem w klatce. Klatce związku. Całe życie byłam w jakimś związku. Zaręczyliśmy się na Kubie, w styczniu 2020 roku, zachód słońca, piaszczysta plaża… oświadczyny jak z moich marzeń, piękny, wyjątkowy pierścionek robiony na zamówienie. W tamtym momencie zrozumiałam, że ślub, dzieci, Polska to nie dla mnie. Powiedziałam tak, ale czułam się dziwnie. Wmawiałam sobie, że wszystko będzie dobrze, ale tak nie było. Oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Żadne z nas nie było dobre w tym związku, ale udawaliśmy, że tacy jesteśmy. Ja miałam mnóstwo oczekiwań, których on nie spełniał. On miał dość moich wymagań i nic nie zmieniał, bo czuł się stłamszony. Nie było już między nami napięcia seksualnego, czułości, wspólnego czasu. Niczego. Zrozumiałam, że to nie jest życie dla mnie. Mąż, dzieci, dom – nie, nie chcę tego. Rozstałam się nagle, wyprowadziłam się kolejnego dnia. Nikt nie wierzył, że nie będziemy razem, ale dla mnie było to jasne.

Wpadłam w otchłań imprez, alkoholu, używek, dziwnego towarzystwa. Po niemal trzech miesiącach poleciałam do Polski na trzy miesiące. Nie miałam już pracy, przeniosłam zasiłek do swojej ojczyzny. W Polsce pochłonęły mnie odwiedziny znajomych, imprezy i nowy chłopak. Miewałam dni, że dobrze się czułam, wtedy wstawałam wcześnie rano, ćwiczyłam, pisałam, dodawałam posty na blog; wtedy też napisałam tekst rekrutacyjny do Polek na Obczyźnie. Z ulgą pożegnałam się z chłopakiem na lotnisku i poleciałam na Islandię. Na początku miałam depresję, leżałam pod kocem, nie chciałam wychodzić z pokoju, ale nagle uświadomiłam sobie, co robię ze swoim życiem. Przypomniałam sobie moje wielkie marzenia, mój pięcioletni plan, uczucie szczęścia po wydaniu książki! Zaczęłam żyć. Poznałam cudownych ludzi ciągnących w górę, inspirujących, motywujących, ale i szalonych. Ludzi, z którymi, jak to się mówi, można konie kraść. Zerwałam toksyczną relację na odległość. Chwilę później poznałam kogoś. Nadal się spotykamy, powoli, ale to coś innego. Nie ma toksyczności, uzależnienia, autodestrukcji, nie ma pośpiechu w niczym.

Reynisfjara, 2020

Mam tę świadomość, że żeby być szczęśliwym, trzeba działać. Dlatego przestałam martwić się o pieniądze. Korzystam z okresu bezrobocia. Jeżdżę na wycieczki, zwiedzam te części Islandii, których wcześniej nie miałam okazji eksplorować aż tak dokładnie. Moja codzienność to domki letniskowe pośrodku niczego, na dzikich pustkowiach krainy lodu i ognia, górskie wycieczki, a niebawem kto wie, może nawet kąpiel w oceanie? Zaczęłam być bardziej otwarta. Reykjavik to miejsce, w którym chcę zostać. A tak bardzo wzbraniałam się przed zamieszkaniem tutaj, tymczasem zaznałam tyle pozytywnej energii, ludzi, zajęć, miejsc i wena wróciła. Najważniejsze jest to, aby kochać siebie, spędzać z sobą czas i kierować się swoja intuicją, ona przeważnie ma rację. Nie spieszyć się z niczym, ale też niczego nie opóźniać. Relaksu, zaufania, nauczyła mnie Islandia. Wszyscy ludzie, których tu poznałam mają swoje plany, marzenia, realizują je. Czasami wolniej, czasami szybciej, ale robią to.

Miejsce, w którym jesteś, jest ważne. Kocham Islandię. Nie chcę mieszkać w niej na zawsze, bo moje serce już wyrywa się gdzie indziej, ale chciałabym ją odwiedzać. Tak samo jak moje rodzinne miasteczko – Rajczę. Tyle że na Islandii czuję się znacznie bardziej wolna. Ta wolność przenika mnie całą, jestem wyzwolona. Jakbym już tu kiedyś była. Tworzę więc książkę o Islandii, osadzoną w czasach wikingów, magii, legend. Jestem szczęśliwa. Tak po prostu.

Panna Sarna, Islandia, blog: Panna Sarna, IG: Pannasarna


5 1 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
trackback

[…] już artykuły na ten temat dla “Polki na obczyźnie”; o tym jak jest na Islandii oraz czy czuję się szczęśliwa.  Na blogu, w kategorii “Przemyślenia” również możecie przeczytać co nieco o tym […]