FELIETONYAlexandra

Czasem mamy takie poczucie, że coś wiemy od zawsze i już. Ja tak naprawdę „od zawsze” wiedziałam, że kiedyś będę mieć córkę o imieniu Alexandra.

Słowo „kiedyś” nie było jakoś szczególnie osadzone w ramach czasowych i fakt ten nie spędzał mi snu z powiek. Najpierw planowałam zdać maturę, skończyć studia, podróżować, znaleźć fajną pracę i coś w niej osiągnąć. Nie miałam wtedy nawet chłopaka, ale imię i płeć pierworodnej już znałam. 

Kiedy wszystkie powyższe punkty zostały wypełnione na piątkę z plusem, a ja nadal nie byłam pewna, czy jestem gotowa do powiększenia rodziny, zmarł mój tata. Nastąpił okres refleksji i zadumy. Wkrótce również poczułam, że nadszedł czas na macierzyństwo i na spotkanie z moją „zaplanowaną” Alex.

Test ciążowy zrobiłam w Walentynki. Potem wszystko potoczyło się już z górki.

Los czuwał i podczas ciąży wielokrotnie przypominał mi o wcześniej wybranym imieniu. Nie brałam nawet pod uwagę, że potencjalnie mogę nosić pod sercem chłopca. Kiedy jechałam z pracy na spotkanie biznesowe, firma zarezerwowała mi nocleg w hotelu Alexandra. Gdy po owocnych spotkaniach miałam wolny dzień, spędziłam go na stateczku o nazwie „Alexandra”. Ponieważ w karcie nie było koktajli bezalkoholowych, przemiła barmanka zaproponowała koktajl z karty dla dzieci o wdzięcznej nazwie Alexandra.

Ciąża zbliżała się ku końcowi i nadszedł czas, aby zwolnić i bardziej statycznie oczekiwać na nowego członka rodziny. Znajomy pan z wypożyczalni filmów zaproponował lekką komedię „Pod słońcem Toskanii”. Barwna fabuła, dobre jedzenie i piękne widoki. Czy trzeba było czegoś więcej? Nie trzeba, ale pod koniec filmu rodzi się dziewczynka, która otrzymuje imię Alexandra. Niecałe trzy godziny później ja również powitałam moja własną Alex!

Alice Wilton

Z CZYM KOJARZĄ WAM SIĘ LATA 90.?

Z brakiem internetu, komórek, kilkoma kanałami w telewizji, którą i tak oglądało się rzadko, bo lepiej było biegać z przyjaciółmi po osiedlu, robić akrobacje na trzepaku albo skakać w gumę. 

Z nagrywaniem piosenek z radia na kasetę, zbieraniem naklejek z donaldów i oklejaniem ścian plakatami z Popcornu. Tak jak pewnie większość z was, mam mnóstwo cudownych wspomnień z tamtych czasów i nie zamieniłabym swojego dzieciństwa i lat szkolnych na żadne inne. 

Dorastanie kojarzy mi się z jeszcze jednym – z kultowym, wyczekiwanym przez cały rok szkolny Kalendarzem Szalonego Małolata. Listy czytelników, dowcipy, zdjęcia ówczesnych idoli nastolatków, fragmenty piosenek, cytaty, horoskopy i wiele innych rzeczy, pochłaniały moją nastoletnią duszę przez długie godziny. 

Kochałam go nad życie i którejś bezsennej nocy, kilkanaście lat po wydaniu ostatniego egzemplarza i tysiące kilometrów od miejsca, w którym powstawał, naszła mnie myśl, że chcę znowu poczuć ten dreszczyk emocji, trzymając w ręku wyjątkowy kalendarz. Tym razem według mojego projektu. Zupełnie inny, ale mający coś z tamtego cudownego klimatu.

Od tej bezsennej nocy minęło kilka lat, pierwotny pomysł zmienił się wiele razy, ale udało mi się po raz trzeci stworzyć kalendarz, który jest unikatowy. Jest taki, jak sobie wymarzyłam, a kiedy przeglądam jego kolejne strony, myślę sobie, że my – Polki, kobiety, matki, córki, siostry, przyjaciółki, żony i kochanki, współautorki Kalendarza Polki – jesteśmy fantastyczne. Inspirujące, mądre i szalone. Otwarte na świat, seksowne i piękne. Jestem dumna i szczęśliwa, że mogłam na tych 300 stronach pokazać nas od najróżniejszych stron. I może mój Kalendarz Polki nie jest tak kultowy i popularny jak KSM, może nie sprzedaję co roku dwóch milionów egzemplarzy, ale pierwszy krok w tym kierunku zrobiłam. 

Bądźcie gotowi na kolejne, ja jestem!

5 3 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze