EmigracjaFelietonyaleś sobie kraj wybrała

To już dwa lata. Dwa lata temu, gdy covid uniemożliwił mi powrót do umierającej Mamy, kuzynka zbluzgała mnie z góry na dół i próbowała dobić potępiającym stwierdzeniem: „Aleś sobie kraj wybrała!”.

Notabene, kraj ten nadal uniemożliwia mi wizyty w Polsce, nie tylko poprzez zaporowe ceny lotów i ich mizerną częstotliwość, nie tylko przez czas trwania i koszt kwarantanny (przy dobrych wiatrach siedzimy w kiepskim motelu ponad miesiąc, płacąc jak za czterogwiazdkowy hotel), ale również przez kompletny brak polityki łączenia rodzin. Innymi słowy: możesz sobie stąd wyjechać, ale niekoniecznie będziesz mogła tu wrócić. Biorąc pod uwagę fakt, że tu jest mój dom, mój mąż, moje dziecko, moje całe życie – raczej nieszczególna perspektywa.

Abstrahując od okrucieństwa kuzynki, która w najgorszych dniach mojego życia zamiast odjąć mi bólu, jeszcze go przysporzyła, same słowa są poniekąd prawdziwe. Tak, sama sobie wybrałam. Tylko… nie kraj.

Miałam dwadzieścia dwa lata, gdy pojechałam na Tajwan i zaczęłam się zakochiwać w chińskiej kulturze. Chłonęłam wszystkimi zmysłami – smaki, zapachy, zwyczaje, stroje, muzykę, sztukę, sposób życia, a nade wszystko język. Nigdy wcześniej nie interesowałam się Azją, więc były to dla mnie wielkie odkrycia, wywracające świat do góry nogami. Pół roku na Tajwanie sprawiło, że zmieniłam swoje życie, poszłam na studia dalekowschodnie, nauczyłam się chińskiego. Gdy dostałam stypendium do Chin, byłam wniebowzięta… i tak mi już zostało.

Od lat odkrywam mniejsze i większe tajemnice Chin, ale przede wszystkim Kunmingu, który stał się moim miastem dużo bardziej niż Bytom, z którego pochodzę, czy Kraków, który był „moim” miastem z wyboru. Z dnia na dzień, z roku na rok wiem więcej, ale oczywiście na równi z odkrytymi tajemnicami pojawiają się nowe. Stałam się czeladniczką yunnańskich kuchni, mistrzynią herbacianą, tłumaczką i kulturoznawczynią praktyczną, a nie tylko z papierka. Nie zatracając swej polskości, zyskałam całkiem nową tożsamość, którą przypięczętowało małżeństwo z bratnią duszą, drugą połówką jabłka – znalezioną również w Chinach. 

Stwierdzenie, że wybrałam sobie kraj jest zupełnie nieadekwatne.

Wybrałam męża, wybrałam miasto, wybrałam wspaniałą kulturę i cudowny język ale kraj? Nie jestem i nie będę nigdy Chinką, ale jestem naturalizowaną kunminką, herbaciarką, żoną Chińczyka i matką pół-Chinki. Po tylu latach nadal fascynuje mnie miejsce, w którym mieszkam, a które darzę głębokiem afektem, jednak gorąco wzbraniam się przed mówieniem, że kocham Chiny. Ja nie kocham Chin. Z Chinami jako całością nic mnie nie łączy. Nie kocham Pekinu tak samo, jak nie kocham Warszawy. Nie zwiedziłam całych Chin tak samo, jak nie zwiedziłam całej Polski. Z chińską polityką nie zgadzam się tak samo jak z polską.

Jestem lokalną patriotką w obu moich krajach i w dodatku oba kocham nie na ślepo, a bardzo wybiórczo: adoruję sprawy, rzeczy i ludzi, które uważam za piękne, dobre i wartościowe, a na resztę staram się po prostu nie zwracać uwagi. Kiedy mówię, że mam szczęście mieszkać w miejscu, które kocham, nie mam na myśli Chin, a bardzo konkretne mieszkanie w bardzo konkretnym miejscu na mapie Kunmingu, w towarzystwie bardzo konkretnych osób. Wybrałam właśnie to życie z tymi osobami w tym miejscu, a że akurat w tym kraju – to już zwykły przypadek. 

Może zdarzy się kiedyś, że faktycznie wybiorę jakiś inny kraj, że znajdę nową ojczyznę. Może będzie tak, że przemyślę wszystkie za i przeciw, przejrzę konstytucję i zapoznam się dogłębnie z systemem opieki zdrowotnej i emerytur, a potem zdecyduję się na przeprowadzkę – „małżeństwo z rozsądku”, do którego może nawet kiedyś dojdzie miłość. Ale w sercu pozostanie na zawsze czysta, młodzieńcza miłość do kultury, języka i miliona drobiazgów, które znalazłam właśnie tutaj i dzięki którym stałam się – sobą. 

Natalia Brede

5 6 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Julita
Julita
1 rok temu

Swietny artykul!