Życie w krainie VooDoo

Życie w krainie VooDoo

Benin? A gdzie to jest?

Dopóki sześć miesięcy temu nie zamieszkaliśmy w Kotonu, przyznam, że sama nie byłam pewna. Gdy wkrótce po przeprowadzce kilku znajomych chciało mnie odwiedzić w Berlinie (założyli, że Benin to błąd), zaczęłam wyrażać się nieco bardziej obrazowo. Benin w Afryce Zachodniej, obok Nigerii, mówiłam. Osławioną przez Boko Haram Nigerię doskonale znamy z mediów. W Beninie nie ma organizacji terrorystycznych, co gorsza jest bezpiecznie, totalna medialna nuda.

Sporadycznie Benin trafia do nagłówków z powodu voodoo, które narodziło się na tych terenach w zamierzchłych czasach. A od lat 90. ubiegłego wieku zostało podniesione do rangi jednej z państwowych religii, obok chrześcijaństwa i islamu. „Lalki najeżone szpilkami, krwawe rytuały i czarna magia?! Jak to możliwe?!” – ktoś zapyta.

Mimo że osnute mgłą tajemnicy, voodoo jest zwykłą częścią benińskiej codzienności. Można w nie wierzyć albo nie, lecz nie da się przed nim ukryć. Podobnie jak żyjąc w Arabii Saudyjskiej, nie sposób zapomnieć, iż jest się gościem w ojczyźnie proroka Mahometa. Wedle statystyk co najmniej 40% mieszkańców Beninu wyznaje voodoo. Rzeczywistość jest znacznie ciekawsza i bardziej skomplikowana, ponieważ większość chrześcijan i muzułmanów jednocześnie wyznaje też voodoo. Stąd popularne benińskie przysłowie: „Chrześcijanin za dnia, wyznawca voodoo w nocy.”

Choć chrześcijanie i muzułmanie nie zawsze stosują się do przykazań własnych religii, voodoo zawsze traktowane jest śmiertelnie poważnie. Bo jego niezawodna skuteczność wzbudza powszechny szacunek i trwogę. Dlatego wszyscy, od ubogich rybaków po wykształcone we Francji elity polityczne, udają się po pomoc do kapłanów i kapłanek voodoo.

Voodoo opiera się na wierze w duchy, potędze natury oraz kulcie przodków.

Kapłani i kapłanki posiadają tajemną wiedzę na temat sposobów kontaktowania się z duchami, które podczas transu wchodzą w ich ciała. Dostojnicy voodoo nie lubią słowa magia, ich zdaniem są oni zwykłymi pośrednikami między ludźmi, duchami oraz przodkami. Umieją pomóc w znalezieniu pracy, odpowiedniego partnera, zajściu w ciążę czy leczeniu chorób, bo znają tajniki medycyny naturalnej. Często proszeni są o zapewnienie słonecznej pogody na śluby i pogrzeby. Zastanawiające, że w kraju, w którym przez osiem miesięcy trwa pora deszczowa, w ważne święta i uroczystości zawsze świeci słońce. Każda dziedzina życia w Beninie uregulowana jest przez voodoo. Nawet karaniem złoczyńców i utrzymywaniem porządku zajmują się duchy zwane Zangbeto. Idzie im to całkiem dobrze, skoro nigeryjski światek przestępczy trzyma się z daleka od swoich zachodnich, benińskich sąsiadów.

Kapłani kontaktują się z duchami na czczo, używając do tego między innymi mocnego miejscowego destylatu Sorabi. Nie należy wszystkiego wypijać samemu, w dobrym tonie jest poczęstować przodków, wylewając odrobinę alkoholu na ziemię w trzech miejscach. W ten sposób okazuje się im szacunek. Jest to powszechny beniński zwyczaj, stosowany zarówno przez kapłanów, jaki w prywatnych domach i kawiarniach. Następnie duch informuje kapłana, jaka ofiara będzie potrzebna do danego rytuału. Zwykle na ołtarzu ginie kura lub koza. Te krwawe ceremonie przyczyniły się do powstania demonicznych stereotypów na temat voodoo, tak chętnie wykorzystywanych przez Hollywood. Niektórzy twierdzą, że choć haitańska odmiana voodoo jest mroczna i niebezpieczna, ta benińska uchodzi za niegroźną. Niedawno jeden z kapłanów w wywiadzie radiowym dyplomatycznie wybrnął z tego zagadnienia: „Voodoo samo w sobie nie jest złe, ale niestety zdarza się, że źli ludzie używają go w nieodpowiedni sposób.”

Mieszkając w Beninie odnosi się wrażenie, że nic nie dzieje się przypadkowo.

Wypadek motocyklowy – czarna magia, nagła choroba – zły urok, utonięcie w Atlantyku – porwanie przez duchy oceanu. Dlatego w Beninie generalnie uważa się na jedzenie i picie. Jeśli ma się przy sobie butelkę wody, lepiej nie pozostawiać jej na stoliku bez nadzoru, bo ktoś nieprzychylny może skorzystać z okazji i ją zatruć. Z podobnej przyczyny prezenty, takie jak ciasta albo wieloskładnikowe potrawy, nie są mile widziane, chyba, że pochodzą od zaufanej osoby. Podczas pieczenia lub gotowania z łatwością można wmieszać jakiś szkodliwy składnik. Po zjedzeniu, można się bez pamięci zakochać w darczyńcy albo stać się zniewolonym i nieświadomie wykonywać wszystkie jego polecenia. Również, żeby nie ściągać na siebie zawiści (oraz czarnej magii), Benińczycy wolą nie organizować hucznych wesel, odchodzi się natomiast z wielką pompą, bo zmarłemu już nic nie grozi. Teraz to on może pomagać żyjącym albo zagrażać im z zaświatów.

Od XVII wieku Benin był jednym z największych ośrodków handlu niewolnikami. Szacuje się, że wywieziono stąd około miliona ludzi. Kiedy zakuci w kajdany płynęli statkami do Nowego Świata, nie mieli przy sobie nic oprócz voodoo. Ceremonie ku czci duchów i przodków pomogły zachować niewolnikom afrykańską tożsamość i dziedzictwo. Gdy próbowano siłą narzucić im katolicyzm, narodził się synkretyzm afroamerykański, mieszanka katolicyzmu z voodoo, który rozwijał się w krajach Ameryki Południowej i Centralnej od XVII wieku. Połączenie to okazało się całkiem proste. Obie religie zakładają istnienie jednego boga. Poza tym duchy voodoo zostały w naturalny sposób utożsamione z katolickimi świętymi, bo jedni i drudzy pośredniczą w kontaktach z bogiem.

Obecnie voodoo jest jedną z nielicznych autochtonicznych religii afrykańskich,

która z roku na rok zyskuje coraz więcej wyznawców. Tradycje i rytmy towarzyszące obrzędom voodoo inspirują wielu współczesnych afrykańskich artystów, malarzy i muzyków. 10 stycznia – Dzień Voodoo – jest w Beninie dniem wolnym od pracy. W corocznych obchodach uczestniczą wyznawcy z całego świata, w tym z Ameryki Południowej, Centralnej i Karaibów. Główne uroczystości odbywają się na plaży w mieście Ouidah, skąd przed wiekami wywożeni byli niewolnicy.

Zanim w typowy europejski sposób wyszydzimy wiarę w duchy, zastanówmy się, dlaczego tak kategorycznie zaprzeczamy ich istnieniu. Czy nie staliśmy się po prostu ofiarą społecznych uwarunkowań? Jeśli założymy, że duchy religii voodoo niczym nie różnią się od katolickich świętych, czy wtedy będzie łatwiej nam je zrozumieć? Przez ostatnie dziesięć lat mieszkałam w Azji, Afryce i na Bliskim Wschodzie, gdzie duchy i inne zjawiska paranormalne są codziennością. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszłoby tam do głowy twierdzić, że ich nie ma. W Wietnamie duchy przodków uczestniczą w codziennym życiu wszystkich członków rodziny, a w Afryce przeróżnych duchów jest jeszcze więcej. Na Bliskim Wschodzie, w krajach muzułmańskich, żyją dżiny, niestety nie tylko te przychylne, ale również wiele niebezpiecznych. Te ostatnie sieją taką trwogę, że nie przystoi nawet na głos o nich wspominać, żeby przypadkiem ich nie przywołać.

Nie musimy podzielać tych poglądów, wystarczy jednak, że je uszanujemy zamiast zbywać ironicznym uśmieszkiem. Im dłużej żyję poza Europą, tym bardziej zastanawia mnie, dlaczego jedynie kultura Zachodu tak uparcie zaprzecza istnieniu zjawisk paranormalnych?

Hanka Saqib Blog

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.