Zero miłości do ojczyzny

Zero miłości do ojczyzny

Jestem tak bardzo polska jak nigdy i tak bardzo niepolska, jak świat jest światem.

Te dwa sprzeczne plus i minus równoważą się. Do zera. Ale nie jest to zero zwykłe. Napowietrzone, blade i owalne jak inne jemu podobne. To zero mieni się miłością kruchą, jak kruche są te resztki okruszków przypominających o babcinej kuchni z linoleum w biało-szarą krateczkę.

Zero miłości ojczyźnianej przybiera różne formy. Może być jak teraz w kształcie wagonu numer 13. Przedziału, który śmierdzi PRL-em, jajkiem na twardo, jabłkiem zgniłym i latami 90. Dlatego tak dobrze się w nim czuję. Jak wewnątrz tej poprzedniej siebie, tej, która świata jeszcze nie znała i nie podejrzewała go nawet, że ten ją pokocha bardziej, niż ona jest zdolna go pokochać. Kiedykolwiek.

Twarze w pociągu. Twarze polskich mężczyzn i kobiet. Bez trudu je odróżnię. Rozpoznam po tym, ile je kosztuje, żeby się uśmiechnąć, albo po tym właśnie, że nie mają tej zdolności, bo ją zupełnie zatraciły, albo zwyczajnie zapomniały i po tych uśmiechach prostych, promiennych bez wymuszonej przesady. Po ich ostrej zacietrzewionej okrągłości policzków.

Typy ludzkie, typy polskie, a na każdym cieniutki cień historii, o której opowiadał dziadek, a ja nie chciałam słuchać. O hitlerowcach, o tym, że był głód, że się jadło słodkie ziemniaki w smaku wstrętne, że dziadkowi przemarzły ręce na kość w lesie, jak woził chleb partyzantom do ziemianki za dzieciaka i że dlatego tak mu teraz puchną. Pokazywał – dwa czerwone pięciopalczaste balony nadmuchane wojennym szronem z lasu i reumatyzmem ze szpitala. Że my teraz mamy się tak dobrze – mówił dziadek, a ja nie słuchałam.

Twarze pochylone nad iPhone’ami, zamrożone myślami w pobłyskujących ekranikach, jakieś takie nowe, ulepione z innej gliny, ale nie, nie z polskiej gliny, tylko z cieplejszej, bardziej wilgotnej, rozpieszczonej zakupami na allegro – znaczy w szybkim tempie. Prześwitujące różowością pulchnego kwitnienia. Jak bochenki chleba, ale nie tego z lasu dla partyzantów z ziemianki, lecz tego, co się go wyrzuca, kiedy przestał smakować.

Zero miłości do ojczyzny pachnie umówioną zdradą, związkiem wolnym, homoseksualizmem, adoptującym robaczki świętojańskie i bardzo Zgniłym Zachodem. Bardzo Zgniły Zachód jedzie na bicyklu różowym. Czuć od niego uchodźcami. Od Zachodu nimi zawiewa. Tymi, co to się już rodzą z długą brodą, oczami czerwonymi i czarną smolistą krwią.

A zapachy te – Zgniłego Zachodu od uchodźców, robaczków świętojańskich homoseksualnych, wolnych związków i rowerów różowych, przenikają się łagodnie z aromatem karpia o wyłupiastych oczkach, zapachem choinki obwieszonej igłami jak szpilkami bez główek i mgiełką znad zupy pomidorowej chłeptanej z pokolenia na pokolenie.

Zero miłości do ojczyzny układa się w tęczowy różaniec nieodmówiony, nieubłagany, pełzający jak wąż jaki zły, zdradziecki! A na każdym z paciorków tego podejrzanego różańca jedna tęsknota – bosa w koszuli nocnej półprzezroczystej – zafarbowana od spodu radością. Można rozłupać paciorek i zobaczyć tę radość. Posmakować ją, polizać koniuszkiem języka i rozgnieść między palcami.

Zero miłości do ojczyzny ma wypompowane powietrze, spuszczone z różowych kół i luźną zwiewną sukienkę w kolorze bzu. Sukienka uszyta jest prosto, bez deklaracji i obietnic. Usztrykowana z wolności, obszyta miłością w puchatej mufce, kupionej w gorącej Hiszpanii na polską zimę, zimną, o aromacie świeżego węgla. Tak, że się nie kocha jakby wcale, a jednak pełną piersią. Do samych koniuszków długich korzeni, rozchodzących się jak bladoniebieskie strumyczki na matczynych piersiach karmiących publicznie i skrycie albo nie karmiących wcale. Będących po prostu sobą.

O AUTORCE
Dominika Horodecka

Dominika Horodecka

AUTORKA TEKSTÓW

Absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Kocha biegać i ćwiczyć z pewną Ewą. Jest także miłośniczką Alice Munro, Stephena Kinga, Marii Czubaszek i  Mariusza Szczygła ....

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.