MY POLKI

WCALE NIE TAKA OCZYWISTA MIŁOŚĆ

Chciałabym ten post zacząć tak jak kaczka Katastrofa zaczynała jazdę na nartach. Czyli od “ajajajaj” buch! i miękkie lądowanie w puszystym śniegu, radości co niemiara i gdyby nie te uszy, to uśmiech byłby dookoła głowy.

Po upadku w śnieżek, narty lekko tylko rozrzucone na boku, nic nie boli, bo to przecież narty. A narty są fajne, prawda? PRAWDA?! Odkąd jesteśmy w Kanadzie, narty są fajne. Narty zjazdowe dodam celem uściślenia. Dla naszej rodziny jawią się jako sport doskonale wyciągający w każdy zimowy weekend.

Zaraz, zaraz, w każdy weekend? Doskonały sport?! Tak zakrzykną ci, którzy mnie z życia poza fejsbukowego znają (wiecie, że takie jest, c’nie?) Dobra, napiszę, jak było. Samą prawdę, całą prawdę i tylko prawdę!

Nie byłam jak kaczka Katastrofa z opowiadania “Narty” (Pan Kuleczka, Dom). Raczej jak pies Pypeć (uwielbiam jego imię!). Czyli sceptyczny, lekko niechętny, uszy zwieszone i w ogóle po co to całe zamieszanie z zimą, śniegiem, nartami. Jaka radocha jest w tym, że się przewraca na śnieg? No jaka? (też się pytam, wtórując Pypciowi)

Biegówki, no to ja rozumiem. Narty biegowe, chociaż z roku na rok popularniejsze, to wciąż jeszcze dość niszowa dyscyplina sportowa, dla pasjonatów. Żadne tam Krupówki, Zakopane, najnowsze deski Rossignola, tylko porządne zasypane ścieżki. Nawet Kampinos wystarczy, albo Lasek Młociński. Szpan? Nie tutaj, nie tędy.

Biegówek spróbowałam dzięki ludziom z SKPB Warszawa – kiedyś, będąc młodym dziewczęciem, przeżyłam dzięki SKPB obóz zimowy na biegówkach. I nawet mi się podobało. Mój związek z nartami biegowymi, jest jak relacja z dalekimi krewnymi. Lubimy się odwiedzać, poplotkować, żadnych większych afer, żadnych większych wzruszeń. Raz do roku, ale więź jest! Spokój, harmonia, równowaga. (PS. czy to już joga na nartach?)

A narty zjazdowe, a snowboard? Ha! Wykrzyknę: Ha!

Nieeeee, nie zjazdówki nie dla mnie, za zimno, za wysoko, za trudno. Za tłoczno, za gwarno, za dużo.

Takie oto obrazki podsuwała wyobraźnia. Bo to nie tak, że pojechałam na stok, do ośrodka narciarskiego i się przekonałam na własne oczy. O nie! Ja to sobie pięknie wymyśliłam, że tak musi być. Że nie ma i nie będzie między mną a zjazdówkami chemii. Żadnej. Na pewno się nie polubimy. Czy Ty też słyszysz tutaj dalekie echo wątpliwości a’la zakompleksiona nastolatka  tęsknie wzdychająca do chłopaka, który nie ma o niej bladego pojęcia? Nigdy nie jeździłam, ale wiem, że nie lubię. No wiem i już.  I musiałam przyjechać do Kanady, żeby zrozumieć, jak bardzo się myliłam, nie dając zjazdówkom szansy.

Góry mam teraz na wyciągnięcie ręki, wielkie i mniejsze, a na każdej wabi cię albo deska albo dwie deski. Chociaż dzielnie się opierałam, to drugą naszą kanadyjską zimą dałam się wyciągnąć w góry na narty. PS. Ciężko w Vancouver nie jeździć na nartach czy snowboardzie, bo wszyscy, WSZYSCY jeżdżą. Albo mają w planach. Albo mają przerwę, bo kontuzja, ale bardzo, BARDZO by już chcieli wrócić na stok. 

Dałam się więc przekonać i spodobało mi się ogromnie. Ten pęd, ten zjazd, nawet te kolejki do wyciągów, kiedy można spokojnie sięgnąć po zachomikowaną czekoladę i zjeść bez wyrzutów. Bo przecież zimno, i sport, to się przecież spali. Ale najbardziej kocham zjazdówki nawet nie za to poczucie wolności, nie za przestrzeń, nie za widoki, tylko za to, że dzięki nim lubię zimę. I siebie zimą lubię dzięki nim bardziej.

Zima jest piękna na nartach. Nawet taka najbardziej deszczowa i szara w mieście, staje się bielsza i bardziej puszysta w górach.  Ja zimą najchętniej zawinęłabym się w sweter, zamknęła oczy i przespała, a tu proszę. Chociaż zimno, chociaż wieje, zjazd w dół jest jak…. (tutaj wpisz, to co ci najbardziej poprawia humor w najmniej oczywisty sposób). 

I chociaż to post o nartach, to tak naprawdę jest o próbowaniu nowego. Żeby się nie zamykać na coś, to z wierzchu wygląda jak-nie-dla-nas.  Że warto dać sobie szansę. I innym też. Ludziom i rzeczom, i krajom. I czasowi dać czas.

Emigracji zawdzięczam Kanadę, Kanadzie narty, a nartom to przekonanie, że na nic nigdy nie jest za późno. 

I na koniec wyszło pompatycznie.

Kasia / Kanada / Kanada się nada

TagsKANADA
Share:
  • Anna Sowińska

    Świetny post, dziękuję! Daje wiarę, że jednak można polubić zimno..zimę… Ok, narty uwielbiam, ale właśnie przez 2 tygodnie w roku i w Austrii, na Słowacjia, reszta zimy to kocyk i gorąca czekolada.. W Kanadzie na pewno będzie inaczej (daa!).
    PS. Nawet nie musiałam patrzeć, kto pisał, bo już tak dobrze znam ten styl hihi

  • Jakoś trzeba dać sobie radę z zimą 🙂

  • Narty towarzyszyły mi od dzieciństwa i właśnie dzięki nim pokochałam zimę, ale tylko taką i właśnie taką. Puszystą, białą, śliską, zjazdową, energetyczną… innymi słowy narciarską 😀

  • Tęsknie za nartami 🙂 Nawet jeśli w ogóle nie chcę myśleć o zimie:) ale jedynie za zjazdowymi, biegówki dla mnie kompletnie nie nadają się.

  • Allochtonka

    Zachęciłaś mnie do spróbowania. W tym roku to się już raczej nie uda. Zwłaszcza, że i klimat nie ten i na zjazd w Holandii nie ma szans. Ale może w przyszłym się odważę. Miłej jazdy! 🙂

  • Pingback: Old is gold czyli znowu o nartach. XII Mały Memoriał Bronka Czecha na Mount Seymour - Kanada się nada()

  • Kasia, mnie chyba nic do nart nie przekona. Ja jestem zwierzęciem ciepłolubnym i chociaż z przyjemnością przeczytałam Twój wpis i jeszcze większą chyba obejrzałam te piękne zdjęcia, to jednak nadal wolę to robić w fotelu, przed monitorem 😉