W szpitalu na obczyźnie

W szpitalu na obczyźnie

Wyobraź sobie, że chorujesz.

Od jedenastu lat. Na chorobę, która po kawałku odbiera ci pracę, hobby, poczucie humoru i kontrolę nad ciałem. Odbiera ci… ciebie. Coraz gorzej ci się myśli zza zasłony bólu, ale kiedy kolejny plaster narkotyczny daje ci parę godzin ulgi, z wdzięcznością patrzysz na męża i córkę, którzy nieustraszenie stoją przy tobie i wraz z tobą szukają nowych terapii, nowych metod, nowych źródeł zdobywania pieniędzy. Tak, te ostatnie też są ważne. Bo to już nie tylko kwestia wydawania na leczenie tych kwot, które miałaś odłożone na twoją największą pasję – dalekie podróże. To nieustanna walka z fundacjami i sponsorami o każdy grosz.

I właśnie wtedy przyjeżdżasz do Chin. Zawsze chciałaś tu przyjechać, choć miałaś nadzieję, że raczej na intensywną wycieczkę, a nie do szpitala. Cóż – traf chciał, że w jednym z tutejszych ośrodków od paru lat prowadzone są badania dotyczące eksperymentalnego sposobu leczenia chorób pokrewnych twojej. Postanawiasz spróbować, bo w Polsce wykorzystałaś już wszystkie możliwości, a czas dyszy ci w kark. Przyjeżdża z tobą mąż. Lądujecie w mieście, o którym nigdy wcześniej nawet nie słyszałaś, w szpitalu wyglądającym na dość nowy, zaopatrzonym w nowoczesne sprzęty. I… jesteś jak dziecko we mgle, ponieważ nie jesteście się w stanie porozumieć. Oni nie znają twojego języka, ty nie znasz ich mowy. Mowa ciała też jest inna, więc nie wiesz, o co chodzi pielęgniarkom ani lekarzom, nawet gdy uciekacie się do gestykulacji. Jest niepewność, jest strach. Są procedury, których nie rozumiesz. I jest miejsce na końcu świata, w którym nikogo nie znasz.

*

Umiem sobie to wyobrazić. Ale nie muszę. Ja to przeżyłam.

Nie jako pacjentka, a jako… tłumacz. Błogosławiony internet pozwolił nam się odnaleźć. Dlatego parę razy w tygodniu zjawiałam się w szpitalu, żeby pośredniczyć w rozmowach z lekarzami i pielęgniarkami. Przynosiłam „na spróbowanie” lokalne przysmaki, pomagałam w zakupach, zaopatrzyłam w kilka drobiazgów, których nie opłacało się kupować, a ja je akurat miałam „na stanie”.

Wyobraźcie sobie, że wchodzicie na szpitalną stołówkę i… nie umiecie kupić jedzenia. Macie kartę z pieniędzmi, ale skąd macie wiedzieć, że osobna kolejka jest dla pacjentów, osobna dla „obcych” i osobna dla lekarzy? Na kartce jest napisane, jasno i wyraźnie, jaka jest cena za zestaw z jednym mięsem i warzywem, z dwoma mięsami itd. Tylko kartka jest zapisana chińskimi znakami i nie ma na niej nawet arabskich cyfr pokazujących kwotę. W Carrefourze chcesz kupić cukier i sól, ale one na oko wyglądają dokładnie tak samo, jak mąka ziemniaczana, mąka ryżowa, mąka batatowa, glutaminian sodu i z pięćdziesiąt innych torebek! Szukasz też między przyprawami pieprzu i musztardy, ale nie wiesz, że znajdziesz je na maleńkiej półeczce z towarami importowanymi, bo tubylcy ich nie używają. Szukasz też sera. A szukaj sobie do woli. Wędlin też nie ma. A nie, przepraszam – jest importowana hiszpańska szynka, za kwotę równą solidnemu obiadowi dla całej rodziny. W eleganckiej restauracji. Właśnie wtedy wkraczałam do akcji. Doładowanie telefonu, zakup soli, obiad na stołówce – to wszystko niemożliwe było bez tłumacza.

Po paru dniach mój numer telefonu mieli wszyscy lekarze i pielęgniarki opiekujący się polskimi pacjentami. Dzwonili podczas porannego obchodu, podczas zakładania kroplówki, podczas zakładania cewnika, gdy przyszły wyniki i gdy pacjentkę bolało, ale nie było wiadomo, co konkretnie. Dzwonili wieczorem, bo pacjentce się pogorszyło. Dzwoniła pacjentka, bo chciała zapytać o coś lekarza. Dzwonił mąż pacjentki, bo chciał być na bieżąco.

Kiedy chora poczuła się trochę lepiej, zorganizowałam małą wycieczkę poza szpitalne mury. Lekarz w końcu się zgodził. Taksówka, składany wózek inwalidzki, maseczka na twarz. Zdążyliśmy kupić parę butów i zamówić trzy porcje jedzenia. W McDonaldsie, bo po miesiącu żywienia się chińskim stołówkowym jedzeniem można zatęsknić nawet za makiem z frytkami. Pacjentka była trochę blada, ale dzielna i zadowolona z „wagarów”. I wtedy piękny sen został przerwany telefonem od lekarza. „Wracajcie natychmiast. Dostałem poranne wyniki badania krwi”.

*

Wyobraź sobie, że twój wyjazd za granicę to nie decyzja związana z pracą czy poznaniem Tego Jedynego.

Nie wyjazd służbowy, nie lepsze perspektywy dla ciebie, męża lub dziecka. Nawet nie przygoda życia czy po prostu wakacje, a – ostatnia szansa na wyleczenie. Wyobraź sobie, że spędzasz ponad miesiąc w obcym (tak bardzo obcym!) miejscu, mając przy sobie tylko męża i tłumacza. Zgadzasz się na kolejne procedury, bo chcesz zrobić wszystko, co w twojej mocy. Zbierasz dokumentację dla twojego lekarza i dla fundacji, która być może pokryje przynajmniej część niemałych kosztów. Żyjesz nadzieją. Tyle miejsc chcesz jeszcze zobaczyć, tyle książek przeczytać! Chcesz cieszyć się tym, że po latach małżeństwa nadal kochasz męża jak w dniu ślubu – i to ze wzajemnością. Tyle masz do zaoferowania światu! Prawie tyle samo, ile świat ma do zaoferowania tobie.

*

Gdy dostałam smsa, że kuracja nie podziałała i miesiąc po powrocie z Chin M. odeszła, rozpłakałam się. Znałyśmy się tylko miesiąc, ale bardzo się do niej przywiązałam. Od tego czasu nie umiem sobie znaleźć miejsca. Zastanawiam się, czy gdyby dostała drugą szansę, postąpiłaby tak samo. Czy wiedząc o tym, że to ostatnie miesiące życia, zdecydowałaby się spędzić je na drugim końcu świata, z dala od dzieci, z dala od ukochanego psa, z dala od przyjaciół, z dala od własnego, wypieszczonego domu i ogrodu? Zastanawiam się też, czy choć trochę pomogłam. Mam nadzieję, że tak.

O AUTORCE
Natalia Brede

Natalia Brede

Autorka tekstów

Absolwentka studiów dalekowschodnich na UJ.
Azjofilka, herbaciarka, od 2008 r., z roczną przerwą,
mieszka w Chinach, w prowincji Yunnan.
BLOG: Biały Mały Tajfun.

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.