MY POLKI

UŚMIECHNIĘTE DZIEŃ DOBRY

Pracowałam wiele lat w branży mającej bezpośredni kontakt z klientami, a wiecie, jak to jest w takich firmach, zawsze trzeba robić dobrą minę do złej gry, więc po jakimś czasie mięśnie mojej twarzy wykrzywiły się jak u Jokera (tego z Batmana) i teraz uśmiech praktycznie nie schodzi mi z ust. Zwłaszcza na widok innego człowieka (mój mąż potrafi być wyjątkiem, ale tak to bywa z naszymi drugimi połówkami). Chodzę, więc po angielskich (głównie, bo w Anglii mieszkam) ulicach i gdy tylko złapię z kimś kontakt wzrokowy, uśmiecham się od ucha do ucha. Automatycznie, bezmyślnie, nawet tego nie kontrolując, taki odruch Pawłowa. Reakcje są zadziwiająco różne. Kobiety najczęściej odwzajemniają mi uśmiech, niekiedy mówią nawet hello, lekko zmieszane, bo przeszukują umysł, zastanawiając się, czy się znamy. Młodsze osoby spuszczają wzrok i wtapiają go w chodnik. Faceci robią wielkie oczy, a zdarzyło mi się nawet zaproszenie na kawę (mąż tłumaczył mi później, że mężczyźni każdy rodzaj uwagi mogą potraktować dwuznacznie). Starsze osoby traktują uśmiech, jako zachętę do konwersacji. Polacy, którzy przyjeżdżają do Anglii zachwycają się grzecznością na ulicy czy w sklepach. Zawsze i wszędzie jest proszę, dziękuję, przepraszam i zdecydowanie się z tym zgadzam. Mam jednak do tej angielskiej grzeczności swoje zastrzeżenia, czegoś mi tu brakuje, za czymś tęsknię.

Opowiem wam kilka scenek:
1. Idę odebrać dzieci ze szkoły. Na dziedzińcu szkoły podchodzę do dobrze mi znanej grupy rodziców. Mówię normalnym głosem “hello”. Nic, cisza. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, bo jedna z mam opowiada właśnie jakąś historię. Dopiero, gdy kończy, ktoś dostrzega mnie wzrokiem i pyta: Jak się masz?
2. Wracam do domu wąską alejką. Z naprzeciwka widzę sąsiada, obok którego mieszkam już 5 lat. Mijamy się, prawie ocierając się o siebie. Nic, cisza! Na początku hello wychodziło zawsze ode mnie. Odpowiedź była wymuszona i nigdy nie hello tylko: ALRIGHT? Oczywiście – nie oczekując odpowiedzi.
3. Czternastoletnie koleżanki odwiedzają moją córkę. Nigdy, ale to nigdy nie usłyszę od nich “Good Morning” czy “Hello”, czy cokolwiek, jeśli sama ich nie powitam pierwsza.
4. Siedzę w poczekalni dentysty, lekarza czy jakiegoś urzędu, jestem sama lub są tez inne osoby, wchodzą inni pacjenci: nigdy, przenigdy nie mówią Dzień dobry!
Dla porównania opowiem Wam kilka scenek z Francji:
1. Wchodzę do sklepu po bagietki, od drzwi wita mnie “Bonjour Madame”.
2. Idę na spacer z psem i mijam nieznanego mi francuskiego chłopca – “Bonjour Madame”.
3. Siedzę z psem w poczekalni francuskiego weterynarza, wchodzi para z psem – “Bonjour Madame”.

Podobnie miałam w Kanadzie, gdzie spotykając kogoś po raz pierwszy w windzie, zostałam pozdrowiona pięknym “Dzień Dobry”, podobnie w sklepie, na spacerze z psem.
Nie napisałam tego, by pokazać Wam, że Anglicy są niewychowani czy niegrzeczni, w kontaktach międzyludzkich są jednym z milszych narodów. Najwyraźniej jednak, powitanie nie znajduje się u nich zbyt wysoko na drabinie zwrotów grzecznościowych. Ciekawe czemu?

Na zakończenie jeszcze jedno moje spostrzeżenie z podróży. Ostatnio pojechaliśmy na Litwę. Łaziłam jak głupia z tym swoim uśmiechem przylepionym do twarzy i jedyne, co widziałam to wielkie oczy mijających mnie ludzi. W oczach nie było wrogości, ale rodzaj litości. „Co jest?” Zapytałam moją litewską przyjaciółkę, od lat mieszkająca w Anglii. W odpowiedzi usłyszałam: „oni myślą, że masz nierówno pod sufitem”. W tym momencie wtrącił się nasz litewski przewodnik: „Litwini dopiero od ostatnich 20 lat zaczynają uczyć się, co to jest uśmiech…”

Naprawdę? To można żyć bez uśmiechu?
A jakie są Wasze grzecznościowe spostrzeżenia?

Dee / Wielka Brytania / Nie zawsze poprawne zapiski Dee

Share: