Ponoć, aby być blisko codziennego życia mieszkańców danego kraju warto wybrać się do… zakładu fryzjerskiego. Tam panie nie tylko robią się na bóstwo, ale też spędzają miło czas na babskich pogadankach. Im bardziej “gorąca krew”, tym dyskusje bardziej żywe.

Gdy byłam w Casablance zaproszono mnie na marokańskie wesele. Byłam ciekawa, trochę się denerwowałam, ale chciałam też fajnie wyglądać. Pożyczyłam tradycyjny kaftan od teściowej, który nosiła w młodości. No i przydałoby się jakoś ładnie uczesać. Polecono mi zakład fryzjerski w nieturystycznej dzielnicy. Nie jakiś drogi i prestiżowy, tylko skromny, zwyczajny, na przeciętną kieszeń. Zaskoczyło mnie, że fryzjer damski i męski były osobno. Pracownicy również byli tej samej płci, co klienci. Okna damskiego salonu były przyciemnione lub za zasłonami. 

Maroko to kraj muzułmański, gdzie większość kobiet nosi hijab. Ale tak samo dba o urodę. Choć nie pokazuje włosów, a na wesele w mieszanym gronie nie musi ich tak jak ja specjalnie układać, to też sobie coś z nimi robi. Choćby podcina czy farbuje. Idąc do fryzjera zdejmują chusty i nie chcą, aby z zewnątrz je jakiś obcy mężczyzna podejrzał. Tam gdzie poszłam przede wszystkim fryzjerka nosiła hijab. Jej salon to też osobista prywatna przestrzeń, gdzie przy swoich klientkach go zdejmowała. Ciekawe, co myśli robiąc wystrzałowe fryzury kobietom, które nie noszą chust? – tak sobie wtedy snułam.

Wnętrze zakładu było bardzo tradycyjne. Całe wyłożone arabską ceramiką więc bardzo kolorowe. Na ścianie obowiązkowo portret króla Mohameda VI. Mimo przyciemnianych szyb to we wnętrzu wcale nie było ciemno. Zaplecze niewielkie. Magazyn i toaleta (dziura na kucka) jednocześnie. Przychodziły inne kobiety i tak, jak myślałam, snuły ze sobą i z fryzjerkami pogawędki o życiu codziennym, głośno się śmiejąc. Bo Marokanki są zazwyczaj bardzo pogodne i świetnie się czują w swoim towarzystwie. Fryzjerka też była wesoła i sympatyczna. Ja też się uśmiechałam, przytakiwałam i robiłam różne dziwne gesty, by czuły, jakbym uczestniczyła w rozmowie. Cudzoziemka w tym salonie, w dodatku blondynka, to dla nich atrakcja.

Szkoda, że nie bardzo mogłam zrozumieć rozmowy czy pogadać. Ona nie znała angielskiego ani hiszpańskiego. Nikt z nas nie mówił wspólnym językiem. Dlatego wyzwaniem było określić fryzjerce jak ma mnie uczesać. Próbowałam na migi albo przez pokazywanie jej przykładowych fryzur w gazetach. Chciałam, aby włosy były fajnie upięte. Mój – wtedy jeszcze chłopak – był jedynym tłumaczem. Niestety do salonu nie miał wstępu, więc jak mam się z fryzjerką komunikować? Miał przyjechać po mnie jak skończę, ale na wszelki wypadek poczekał chwilę na zewnątrz. 

Był moment, kiedy w ogóle nie mogłam się dogadać i dałam znać fryzjerce, że tym razem potrzebny tłumacz. Nie ma problemu. Fryzjerka, aby wyjść ze mną na zewnątrz do mojego chłopaka, zarzuciła sobie na głowę… ręcznik. Tak powtarzało się parę razy i ona za każdym razem paradowała w ręczniku. Bo ja byłam uparta i chciałam się dogadać. Jednak wykazała się ogromną cierpliwością. Nie odebrała tego jak zawracanie głowy, że musi za każdym razem się zakrywać i odkrywać by zrozumieć parę słów. Wypracowała sobie na to szybki sposób właśnie z ręcznikiem, który łatwiej zarzucić niż upinać chustę. Niestety nie bardzo umiała sobie poradzić z moimi prostymi jak druty włosami, kompletnie niepodatnymi na układanie. Większość jej klientek ma puszyste i kręcone, więc z takimi jak moje nie miała wcześniej do czynienia (a podobno Marokanki marzą o prostych). Ostatecznie zrobiła mi zwykły kok za pomocą wsuwek, nie próbowała mi włosów zakręcać. Ale jak inne Marokanki określiły – według nich moje uczesanie było z klasą i dostojnie. Będę ładniejsza niż panna młoda – takim komplementem mi pochlebiały.

To nie moja jedyna wizyta u marokańskiej fryzjerki. Innym razem przyszłam zafarbować włosy. Chciałam pasemka, a ona zrobiła mi jednolity kolor. Na opak, jak to Maroko i różnice językowe. Jednak postanowiłam nie narzekać. Uprzejmość i cierpliwość fryzjerek pozwala olać niedociągnięcia, no i sam fakt wybrania się w kraju o innej kulturze do miejsca, gdzie toczy się codzienne życie, gdzie możesz podglądać ludzi też jest atrakcją, o której się opowiada.

Teraz lepiej rozumiem marokański dialekt “derija” i parę słów po francusku. Może następnym razem uda mi się określić fryzjerce czego chcę i nie będzie musiała niepotrzebnie paradować z ręcznikiem.

Czy salony fryzjerskie w Waszych krajach też się czymś wyróżniają?

Dorota “Dorkita” Strzelecka / Maroko / Kropla Arganu

Share:
  • Aleksandra

    Dlaczego zaskoczyło Cię, że fryzjer damski i męski były osobno? W Polsce też tak jest w wielu zakładach. To samo, co do obsługi – w damskim są przeważnie kobiety fryzjerki.

    • To prawda, jest fryzjer męski, fryzjer damski i wspólny. Tyle, że w Maroku wejście płci przeciwnej do jednopłciowego salonu jest raczej zakłopotaniem.

  • Igomama

    Świetna przygoda, którą bardzo ciekawie opisałaś. Myślę, że te Marokanki były takie rozchichotane również z powodu Twojej obecności i tych częstych wyjść fryzjerki na dwór w ręczniku;)
    Fajne doświadczenie. W takich sytuacjach najbardziej doskwiera brak znajomości języka.
    Tak chciałoby się wszystko zrozumieć…

    • To salon w dzielnicy gdzie turystów raczej brak, więc faktycznie, mogłam robić wrażenie 😉

  • Na początku mojej przygody w Turcji pracowałam w łaźni tureckiej jako tłumaczka. Obok był fryzjer, hotelowy więc unisex, ale przychodzili do niego tureccy koledzy, panowie. Oj, napatrzyłam się wtedy jak golili sobie klaty czy depilowali brwi… podpatrywałam też bardzo popularne w krajach muzułmańskich “strzyżenie ogniem”… np. włosków w uszach czy nosie, albo na policzkach. Uwielbiam takie obyczajowe ciekawostki i wiele z tamtego podpatrywania dowiedziałam się o Turkach 🙂

    • Dopiero teraz zauważyłam, że Klub Polek wrzucił już dawno mój tekst, więc późna odpowiedź. Kobity w swoim babskim świecie salonów urody lubią, śmiać się, żartować, eksperymentować. Jak widać, faceci w takich krajach też. Też się uśmiałam czytając czytając czego życzą sobie tureccy faceci ale o depilację wymienionych włosów to nawet bym ich nie podejrzewałam. Bo przecież oni tak bardzo chcą być “męscy” 😛 Podobno Marokańczycy też

  • Hahahahaha… A ja myślałam, że to ja byłam odważna idąc do lokalnego fryzjera w Brazylii… 😀

    • A co robią w Brazylii? 😉

      • Mnie na szczęście podcieli końcówki 😉 hahahahaha 🙂 Ale nie wiem, brzytwa też tam leżała… 😉

  • Dorota Wernik

    Fajne doświadczenie. W Azji też nie wszyscy fryzjerzy potrafią “obsłużyć” europejskie włosy. Na szczęście znalazłam takiego na Tajwanie i od lat korzystam z jego usług. To co kocham u fryzjera tajwańskiego to wspaniały masaż głowy i barków! Co za relaks!

    • Bo zawsze dobrze jak jest wartość dodana. Pójście do fryzjera to też relaks, zwłaszcza dla zapracowanej mamy 😉