“Yavaş yavaş” – jedno z pierwszych słów, których nauczyłam się w Turcji. Esencja tureckiej mentalności, stylu życia, charakteru. Kojono mnie nim w wielu sytuacjach mojego tureckiego życia, kiedy w zdenerwowaniu miotałam się na wszystkie strony. Wydaje się, że wiele odpowiedzi na pytanie “Jacy są Turcy”, możemy zamknąć w tym powtórzonym, uroczo brzmiącym słówku. Które znaczy ni mniej, ni więcej, a “powoli, bez pośpiechu”.

W języku tureckim powtarzanie danego słówka ma funkcję zwiększania jego mocy. Zamiast więc pojedynczego “yavaş” – zwykłego “wolno” , mamy “bardzo wolno”… (wymawiamy: yawasz, yawasz). Dla nas jest to sygnał, aby naprawdę zwolnić krok, wziąć głęboki wdech i uruchomić pokłady cierpliwości. A nawet skusić się na szklaneczkę tureckiej herbatki.

Bo herbata – parzony w dwupoziomowym czajniku aromatyczny çay, turecki napój narodowy – prawie automatycznie przychodzi na myśl, kiedy w Turcji każe nam się zwolnić. Klasyczny Turek pije tę herbatę po każdym posiłku, ale także w ciągu dnia – w banku, sklepie, warsztacie, oczekując na klienta lub będąc oczekującym klientem. Wpadając do znajomego. Po prostu wszędzie.

Sączenie herbaty oznacza dodatkowe 5-10 minut błogiej bezczynności. To taka mała chwila dla samego siebie – lub ewentualnie na swojskie ploteczki, wymianę uprzejmości, sposób na zrobienie “czegoś” z rękami, nie wstawanie od stołu od razu po posiłku albo zwykłe zabicie czasu.

Bo pośpiech szkodzi zdrowiu – uważają Turcy. Szczególnie, gdy mieszka się na południu kraju – gdzie słońce grzeje najmocniej. My, Europejczycy, przyzwyczajeni do przechodzenia od razu do sedna, do załatwiania spraw od razu, na bieżąco, zgodnie z grafikiem, na początku nie możemy się przyzwyczaić. Podejście tureckie wydaje nam się czasem śmieszne. Gorzej, gdy dziwne i niezrozumiałe, utrudnia normalne funkcjonowanie, blokuje nas w pracy i życiu prywatnym, drażni. Umawiamy się z kimś na jutro – jutro okazuje się być za kilka dni. Za tydzień – nastąpi dopiero za miesiąc. Konkretna wyznaczona godzina spotkania – przesuwa się o kilkadziesiąt minut. Nie cierpiąca zwłoki sprawa do załatwienia – przeciąga się bez przyczyny. “Yavaş yavaş” mówią na nasze poganianie Turcy, co się gorączkujesz, zwolnij, wyluzuj.

Żyłam w przeświadczeniu, że “yavaş yavaş” obowiązuje na wszystko i wszystkich. Sturczyłam się bezkrytycznie. Po prostu sama przystosowałam się do lokalnych warunków tak bardzo, że zaczęłam się nieprzyzwoicie wręcz spóźniać, na co narzekali moi znajomi, których odwiedzałam w Polsce. Dużo, dużo później zrozumiałam, że pojęcia “yavaş yavaş” nie należy rozumieć zbyt dosłownie. Bywałam świadkiem coraz większej ilości sytuacji, kiedy Turcy zasadę tę odwieszają na kołek i są doskonale wręcz zorganizowani, co robiło na mnie niesamowite wrażenie. Wszystko zależy od priorytetu, ważności danej sprawy. Oni po prostu nie spieszą się bez potrzeby. “Yavaş yavaş” pozostaje bardziej odbiciem pewnego podejścia do życia, które w ostatnich latach nazywa się modnie “slow life”. Synonimem oddechu, spokoju, śródziemnomorskiego wolniejszego tempa. Celebrowania drobnych przyjemności; właśnie choćby tych pięciu-dziesięciu minut z filiżanką aromatycznej, parującej i parzonej także bez pośpiechu – tureckiej herbaty.

 

Agata /Turcja / Tur Tur

 

Share: