MY POLKINOWE

TULIPANOWY ZJAZD KLUBU POLEK

Sobota sprzed 2 tygodni nie była taką zwyczajną sobotą, w której od rana wszyscy gdzieś się śpieszą. Bo starsza córka ma balet, bo drużyna syna rozgrywa mecz, a mama chce sobie pobiegać w grupie innych mamusiek. Potem jeszcze szybki obiad i wyjazd do Amsterdamu, do polskiej szkoły. A powrót do domu – wieczorem. Tym razem było inaczej…

22 kwietnia 2017 roku odtąd będzie mi się kojarzyć z barwnymi tulipanami i uśmiechami kilku sympatycznych kobiet, które miałam przyjemność poznać. Tego dnia miał miejsce „Tulipanowy Zjazd Polek”, czyli dziewczyn żyjących na emigracji i należących do Klubu Polki na Obczyźnie. To było moje pierwsze „klubowo blogowe” spotkanie i bardzo się na nie cieszyłam. Za szczęśliwy traf uznałam, że zjazd odbywa się właśnie w Holandii – kraju, w którym aktualnie mieszkam. Toż to prawdziwa okazja, już bliżej mieć nie mogłam!

Jedynie przed wyjazdem ogarnęły mnie wątpliwości, przypomniała o sobie nieśmiałość: „No przecież ty tych dziewczyn wcale nie znasz! O czym wy będziecie rozmawiać i co robić?” W przezwyciężeniu lęków, pomogła mi wirtualna wymiana zdań z gospodynią imprezy, Martą. „Musicie przyjechać, nie może być inaczej!” – nalegała, jak widać – skutecznie. W ogóle z gospodynią imprezy jest związana nieco zabawna historia. Znałam ją jedynie z kart jej bloga Matka Polka Holenderka. Jednak na zdjęciu twarz autorki bloga wydawała mi się dziwnie znajoma. Tylko nie mogłam skojarzyć, kogo mi przypomina. Notabene Marta miała podobne uczucia względem mnie. Aż nagle przyszło olśnienie! Okazało się, że znamy się „z widzenia” z sobotniej polskiej szkoły w Amsterdamie. Nasze córki uczą się w tej samej klasie i w ubiegłym roku razem przystępowały do I Komunii Świętej. Na zjazd pojechaliśmy zatem całą rodzinką. Skoro mamy dzieci w zbliżonym wieku, to niechaj wspólnie się pobawią. Choć synek początkowo trochę kręcił nosem.
– A będzie tam jakiś chłopak czy same dziewczyny? – dopytywał w samochodzie.
– Raczej tylko dziewczyny – wolałam być szczera. – Ale to w niczym nie przeszkadza.
– Przeszkadza!
– W czym?
– Będą się chciały bawić w „dziewczyńskie” zabawy.
– Oj tam! Może nie? Na plac zabaw pójdziecie. Będzie fajnie, zobaczysz – starałam się jakoś udobruchać mojego małego mężczyznę.
Na zjeździe miałam okazję przekonać się, że Marta jest niczym Leonardo da Vinci w spódnicy.

Z Kościoła znałam jej zdolności muzyczne, a teraz dowiedziałam się, że „Matka Polka Holenderka” została również obdarowana zmysłem organizatorskim i talentem kulinarnym. Idealne cechy do wydawania przyjęć, prawda? I wierzcie mi, wcale nie przesadzam. Patrzałam, podziwiałam, pstrykałam fotkę za fotką, dziwiłam się i zachwycałam nieustannie dziełami kulinarnymi naszej koleżanki. Nie wiem, jak ona to zrobiła. Nie wiem, kiedy. Obstawiam, że jednak ma jakieś znajomości wśród krasnoludków i one wspomogły ją w pracy. Stoły dosłownie uginały się od potraw, a menu powodowało ślinotok i wprowadzało w osłupienie. Jak słusznie zauważyły dziewczyny, nie było tam żadnego powszechnie znanego dania typu: bigos, sałatka, kanapki.

W zamian „na popołudniowy bufecik” Marta zaproponowała kilka rodzajów tapenady (z karczochów i oliwek oraz z suszonych pomidorów i kolendry) oraz quiche do wyboru: z karmelizowaną czerwoną cebulą, dynią i ricottą albo ze szparagami i porem bądź z cukinią i bakłażanem. Prawda, że „szczęka opada” od samych nazw? A gdy jeszcze doda się ten smak… Ach, poezja kulinarna! Ale jedzenie choć istotne, to nie jest przecież najważniejsze. Liczą się ludzie! Na zjeździe poznałam wspaniałe dziewczyny z różnych krajów. Holandię reprezentowała Ewa z Hagi (Cały ten Beneluks), tęskniąca za słoneczną Hiszpanią, w której mieszkała przed nastaniem „ery holenderskiej” w swoim życiu. Z Belgii przyjechała Ania (Interesowania) i Monika (Notatniki Niki), choć trzeba tu dodać, że Nika tak naprawdę mieszka we Francji, jedynie weekendy spędza w Brukseli, gdzie pracuje. Ela przyleciała do nas z Irlandii, a z Niemiec przybyła Ola w towarzystwie swojego niemieckiego męża. Notabene ciekawa rzecz, bo Wolfgang po polsku nie mówi, ale co nieco rozumie, a konkretnie „rozumie to, co chce i co mu jest wygodnie” – oznajmiła nam Aleksandra. Najdłuższą drogę, bo aż ze Skandynawii, przebyła Renata (Renifer na emigracji) i jej norweski małżonek. Wierzcie mi – w tak zróżnicowanym pod względem zamieszkania gronie, nie mogło zabraknąć tematów do rozmowy! Opowiadałyśmy o swoich rodzinach i zwyczajach krajów, w których przyszło nam żyć. Ola, nauczycielka w niemieckiej szkole, uraczyła nas takimi historiami ze swojej pracy z piętnastolatkami, że nie raz włos się na głowie jeżył. Serio. Tylko naszej gospodyni było mi szkoda, bo biedna nie mogła rozstać się z fartuszkiem, wciąż biegała między kuchnią a salonem. Na szczęście Marta traktowała tę sytuację z uśmiechem i uspokajała nas mówiąc, że wcale jej to nie przeszkadza, bo „uwielbia karmić ludzi”. Żonie dzielnie asystował mąż Rysiu, oaza spokoju. Gospodarze zapewnili nam jeszcze jedną atrakcję. Spacer po okolicy w połączeniu z… kajakowaniem.

Zaraz za domem Marty i Ryśka znajdują się poldery, czyli holenderskie łąki i pola, poprzecinane wstęgami kanałów. Spacerowałyśmy sobie polnymi drogami, wicher plątał nam włosy, krowy obojętnie żuły trawę, a konie unosiły łby z zaciekawieniem na nasz widok. „Może te nieznajome panie cukier nam niosą? – dumały. – Może nas kawałkiem jabłka poczęstują?” Dzieciaki, Ola i ja skusiłyśmy się na rejs kajakiem. Już od dawna marzyłam o pływaniu po kanale, toteż nie mogłam przepuścić takiej okazji! Momentami kajak chybotał się zdradliwie i miałam wrażenie, że lada moment zaliczymy wywrotkę. Być może wyszłyby z tego nawet zabawne zdjęcia i byłoby z czego się śmiać, ale ze względu na aurę nie zamierzałam się aż tak poświęcać! Na szczęście obyło się bez kąpielowych niespodzianek!

W miłym towarzystwie czas mijał szybko. Kolacja okazała się równie suta i wykwintna jak „popołudniowy bufecik”. Był makaron, ale nie zwykły, lecz z krewetkami i szałwią. Pulpeciki zawierały orzechy włoskie i curry, a gulasz miał w swym składzie prawdziwki, cukinię i piwo. A deser? Och, kolejne niebo w gębie! Migdałowo – waniliowa tarta z pianką rabarbarową, pudding czekoladowo – kasztanowy, a dla koleżanki będącej na diecie było jaglano – migdałowe ciasto z mango i malin, na spodzie z amarantusa i daktyli. Prawda, że wszystko brzmi wspaniale?

Jednogłośnie stwierdziłyśmy, że Matka Polka Holenderka powinna w te pędy restaurację otwierać. Trzej panowie – mój mąż, Wofgang i Norweg z zazdrością spoglądali na męża Marty, Rysia, który na co dzień może spożywać takie specjały… Żal było się rozstawać. Niestety moje najmłodsze dziecko padało ze zmęczenia, toteż musieliśmy pożegnać się nieco wcześniej niż reszta gości. Gdy tylko zapakowaliśmy się do samochodu (z kawałkami kasztanowego puddingu w rękach i ze słoikami z pomarańczową konfiturą od Niki), synek od razu zaczął pytać:
– Kiedy tu znowu przyjedziemy?
– A co? Podobało ci się? – zapytałam chytrze.
– Bardzo! – zachwycił się.
– Pomimo „dziewczyńskich” zabaw?
– Mamo, nie było żadnych „dziewczyńskich” zabaw – obruszył się. – Marysia i Tosia są bardzo fajne. Wiesz, szałasy robiliśmy. I nawet pokrzywy nas poparzyły – rzekł z dumą.

I czy trzeba dodawać coś więcej? Marto, dziękuję za organizację „Tulipanowego Zjazdu Polek”, dziewczyny – cieszę się, że mogłam Was poznać osobiście. Oby do następnego!

Emilia (Igomama) /  Holandia / Dzieciaki Wiatraki

 

Share:
  • Super spotkanie! I te tulipany… <3 🙂

  • NotatkiNiki

    Swietnią relacja i oddaje atmosferę spotkania:) spiesze jednak wyjaśnić , ze jedno zdanie jest aktualnie niedokładne, bo wynika z niego jakbym pracowała tylko w weekendy, a zapewniam was, ze pracuje w tygodniu, a w weekendy odpoczywam. Być moze niekonwencjonalne, ale jednak odpoczywam. :))) pozdrawiam dzis z wypadu na 38 godzin do Warszawy:)

  • To już drugie spotkanie, na które nie udało mi się dotrzeć, buu! Pięknie wyglądacie 🙂

  • Pingback: O Tulipanowym Zjeździe Polek na emigracji | Dzieciaki i wiatraki()

  • Ale fajny opis! Ja jestem strasznie smutna i do dzisiaj mam smuteczek, że nie mogłam być, ale to nic, to na pewno nie ostatni zjazd! <3

  • Dominika Lewandowska

    Wspaniała relacja i cudowne spotkanie! Jestem pełna podziwu dla Marty za jej zdolności logistyczno-kulinarne. Potrawy na zdjęciach wyglądają tak, że zrobiłam się głodna 😉 Mam nadzieję, że na kolejne spotkanie klubowe uda się i mi dotrzeć!

  • Świetna relacja! Musiało być naprawdę cudnie 🙂 Następnym razem nie odpuszczę!

  • pomimo pochmurnego czasu widać że byłyście słońcami radosne uśmiechnięte piękna sprawa taki zjazd mmnie się marzy ale jakos jeszcze nie było okazji i mozliwości by się wybrać na takie spotkania blogerów… bardziej mnie chyba paraliżuje strach przed ludźmi dlatego nie jeżdże tłumacząc się trójką dzieci…