MY POLKINOWE

TORT CZEKOLADOWY CZY PLACEK ZE ŚLIWKAMI, CZYLI ŻYCIE DO GÓRY NOGAMI W AUSTRALII

Wybaczcie koneserzy babcinych przepisów i fani blogów kulinarnych. To nie u mnie. Nie znajdziesz tu przepisu na domowe ciasto ze śliwkami (zaginął gdzieś w otchłaniach Irlandii), ani “zawsze-się-udaje” przepisu na tort. Ja po prostu nie umiem nic, ale to kompletnie nic upiec/ugotować zgodnie z instrukcją. Zawsze albo kupię “zdrowszy” składnik, albo dosypię na oko, albo zapomnę nastawić czasomierz. Moja inwencja twórcza nie pozwala mi na zrobienie czegoś tak, żeby “na pewno-wyszło”.

I tak też wygląda moje życie. Niewiele jest tu wypieków z przepisu, nie słucham rad mamy i teściowej i zamiast piec z mąki pszennej – bo tak jest najprościej – wymyślam jakieś dziwadła z ryżowej.

Mniej więcej w ten sposób znalazłam się w Irlandii. Styczeń 2010, zima stulecia, Irlandczycy w szoku próbowali nauczyć się jeździć oponami letnimi po śniegu i odmrażali szyby samochodów wrzątkiem z czajnika. Ja spoglądałam z niedowierzaniem i na nich i na siebie – ciężarną w 7 miesiącu. Co ja tu robię? Wszystkie Matki Polki dookoła zjeżdżały do Polski urodzić, bo “polscy lekarze najlepsi”, a ja zapierniczam w zimie autobusem na szkołę rodzenia!

Znowu nie spojrzałam na przepis…Trzeba było wpierw zarobić pieniądze, oszczędzać na dom – mieszkając w trzy rodziny w jednym domu, a potem spokojnie urodzić w Polsce i cieszyć się pomocą dziadków…

Od tego czasu minęło sporo lat. Mąż i dwójka chłopców i wszyscy stoimy zadowoleni…na głowie – w Australii. Wiecie, ja nigdy nie byłam fanką pisania jak jest super i kolorowo. Wolę napisać jak jest naprawdę i czy da się coś zrobić, żeby było lepiej, pełniej, szczęśliwiej. Biegamy od rana do wieczora, jesteśmy “busy”, bo to punkt honoru i powoli zarzynamy się z własnego wyboru, dla spełnienia społecznych oczekiwań: domu, samochodu, stanowiska, wielkiej plazmy, czystych i zdrowych dzieci, wakacji w Egipcie i perfum Diora…

Ale ja znowu nie spojrzałam do “Kuchnia Polska”. Wtedy wiedziałabym co i jak należy zrobić. A tak? Codziennie szukam swojej drogi, eksperymentuję, uczę się i potykam. Kiedyś upiekłam pyszne ciasto. Wszyscy chwalili! A potem ktoś zapytał o przepis – szczyt komplementu, nie? A ja…eeee…hmm…nie pamiętam! Jak Słoń Trąbalski…Mówię składniki, kolejność i w sumie, to wszystko na czuja, bo następne ciasto będzie zupełnie inne, będzie kolejnym doświadczeniem twórczym…nie ma dwóch takich samych momentów – i nie ma dwóch takich samych ciast – czemu Cię to dziwi?

Australia jest takim słodkim tortem czekoladowym. No przecież każdy uwielbia czekoladę! Tylko, że można się nią zasłodzić jak przesadzisz i gdzieś tam z tyłu głowy marzysz o domowym placku ze śliwkami. Taki niezbyt skomplikowany, znasz go od dzieciństwa i czujesz się jak w domu. Mama go piekła, babcia go piekła… no prosty i pyszny…

Niektórzy nawet próbują takie “domowe ciasta” przewozić do Australii, ale one już nie smakują tak samo, psują się i pozostawiają żal, tęsknotę i zarażają kolejne pokolenia na emigracji…

Ja wolę moje ciasto czekoladowe, własnej roboty, bez przepisu i zajadam się nim każdego dnia. Stoję na głowie i kocham coraz bardziej mój nowy dom, z jego pulsami i minusami.

Kocham puste, dzikie plaże, eukaliptusy ze zwieszonymi liśćmi jakby modliły się o wodę, zawieszone na nich mięciutkie koale i wychylające się zza trawy kangury. Kocham upał i zimną bryzę, kocham krystalicznie czystą wodę i słony smak na ustach.

Nie mogę się nadziwić przestrzeni, czerwonej ziemi i bezbrzeżnemu niebu, pełnemu gwiazd. Lubię ten luz, “no worries”, “how are you” i witanie Nowego Roku na plaży…No lubię! A co!

Lubię akcent i zdrabnianie czego się tylko da: “breaky, toastie, Tassie, Aussie, mossie”…

Lubię łowienie squida całą rodziną z “jetty” i skoczenie na pobliski darmowy kort, żeby pograć w tenisa. Lubię wycieczki rowerowe wzdłuż wybrzeża i nurkowanie z fajką.

Lubię jak moi chłopcy wspinają się po skałach, turlają się ze wzgórza, zjeżdżają z wydmy, szukają krabów, taplają się w wodzie i wyszukują jaszczurek.

Lubię szkołę i dzieci ją lubią. Nie znają pojęcia “zadanie domowe” i stawianie do kąta. Może są nieco smutni, jak pani w szkole nie posłucha ich pomysłu i zamiast wynieść pająka za pomocą kartki i kubka (jak w domu!), to je “sprejuje” i zabija…A taki ładny “handsmenik” – 5 cm…

Jest im smutno, że muszą iść spać, a tyle jeszcze do doświadczenia! Tyle pomysłów do realizacji…

Za to kochają kempingi, plażowanie i hiking (nie zawsze, bo rodzice nieco ambitni czasami…)

Bo nasze stawanie na głowie nie było lekkim zadaniem. 8 pudełek “dobytku z Irlandii”, 4 walizki, 4 miesięczny bobas przy cycu, prawie 4-latek przed bajkę i heja? O nie, nie, nie…Kto Wam takie bajki naopowiadał?

Stanięcie na głowie wymaga przygotowań i praktyki. Zwłaszcza ćwiczenie strony mentalnej jest wskazane. Wpierw trzeba się zdecydować i nie oglądać za siebie, położyć ręce, otoczyć dłońmi głowę, wypiąć tyłek i machać nogami aż w końcu polecą w górę i…stoisz na głowie! Wiem co mówię, uczę dzieci jogi..

Egzaminy angielskiego, uznania kwalifikacji, aplikacje o wizę, tłumaczenia, zaświadczenia…koszty, czas, koszty, czas…łatwo się zniechęcić i poddać. Stanięcie na głowie, to nie to samo co skoczenie na jednej nodze do Irlandii. Możesz tak skakać i żyć po środku rozdarty. Ale jak spróbujesz tego samego z Down Under…rozprujesz się…Warto zdecydować, gdzie jest Twój dom i dlaczego. Jak dłużej postoisz do góry nogami, to potem jak chcesz wrócić – kręci się w głowie, jesteś zdezorientowany, że świat cały czas szedł do przodu, kiedy tak paradowałeś “na odwrót”. Znajomi się porozjeżdżali w Polsce, “statusieli”, wybudowali, dorobili i…zmienili się!

Są tacy, co tak stają na głowie i wracają co rok, co dwa “w odwiedziny”. Wracają na trochę do polskiej kiełbasy, ciepła rodzinnego i polskiego karpia po grecku…Mnie już od tego się w głowie kręci, bo po takim skoku jet lag i kac moralny i dziura w kieszeni i urlop zużyty…To nie dla mnie!

Na Australię trzeba się zdecydować, wziąć ją obiema rękami i pokochać. Bo jak nie, to całe życie będziesz rozdarty, będziesz ronił łzy przez Skype i wzdychał nad rodzinnymi uroczystościami, co Cię ominęły. Pępowiny nie rozciągniesz z Europy do Australii – no nie!

Moje dzieci znają dziadków z ekranu. Może dlatego nie potrzebujemy TV? Moje dzieci nie mówią płynnie po polsku. No jak śmiemy nie nauczyć ich języka dziadów i pradziadów? Ano dziecko nie gęś, swój język i swoje zdanie ma. Uczymy przez dawanie przykładu i sporo w tej głowie zostaje, zwykle ujawnia się w nieoczekiwanych momentach: “Mamo proszę iPad…”

Życie z dziećmi w Australii

Życie z dziećmi w Australii to inna bajka. To moja wymarzona bajka. Dzieci są wolne, szczęśliwe, aktywne, radosne i kreatywne…Pogoda nie więzi ich w domach, pieniądze nie ograniczają dostępu do plaż, parków, placów zabaw, boisk i przyrody. Jedyne limity jakie mają to te nasze – wewnętrzne. A czy się nie przewróci? A czy da sobie radę? A czy mi się chce tak daleko jechać? A czy mnie wąż nie ukąsi, a czy samochód nie zepsuje się w środku niczego? 

Australia jest słodkim ciastem czekoladowym, które nie zawsze smakuje. Czasami mamy go dość, chcemy czegoś innego, tradycyjnego, wyfisiowanego…

Czwarty dzień ponad 40 stopni, wichury, ulewy, pożary, ignorancja i arogancja lokalsów, chory system finansowania opieki nad dziećmi, ceny domów i działek, opieszałość urzędników, biurokracja, lenistwo i niekompetencja “specjalistów”, odległość od wszystkiego – zwłaszcza postępu i produktywności, ograniczony wybór w sklepach i kosmiczne przesyłki “zza oceanu”, zacofanie w wielu sferach i dziwna postępowość w innych, transport publiczny, kiepski Internet, dziura ozonowa i rekiny…można tak mnożyć i mnożyć…

To jest moja słodka tajemnica. Ale podzielę się nią:

NIE MA RAJU NA ZIEMI!.

Wykrzyknik i kropka.

Raj tworzymy my sami i to od nas zależy, czy chcemy być szczęśliwi czy nie. Do tego potrzebna jest odwaga, chęć zmiany, otwartość, akceptacja ograniczeń innych i…wyzbycie się cząstki polskiej mentalności. Tak, dobrze czytasz. Ciągle się uczę jak nie oceniać innych, nie narzekać, nie być psem ogrodnika, nie zazdrościć, nie mieć niskiego poczucia własnej wartości i cieszyć się tym co mam, każdą chwilą.

Wynajmujemy dom, z bólem musimy mieć “aż” dwa samochody (dlaczego to jest oznaką dobrobytu w Polsce? Taki brak ekologii?), dzieci nie chodzą do prywatnej szkoły, nie mamy TV, staramy się posiadać jak najmniej, ale jest to strasznie trudne, nie czytamy wiadomości z Polski i planujemy odwiedziny raz na 5 lat…Rodzina jeszcze czeka…

Jesteśmy w tej kwestii egoistyczni i niepatriotyczni. Okazuje się, że dążenie do szczęścia wymaga spojrzenia na swoją spuściznę z boku, krytycznie, bezapelacyjnie.

Duma z pochodzenia, pielęgnowanie języka, chwalenie się tym co polskie i dobre, szacunek do rodziców – wystarczy. Reszta to nasze pieczenie bez przepisu. Mieszanie przypraw azjatyckich z oliwą grecką i australijskim winem. Gotowanie ruskich pierogów z australijską fetą i chińską przyprawą (jednak unikam chińskiego czosnku…). Krzyczenie “Szczęśliwego Nowego Roku” w środku lata i spędzanie drugiego dnia świąt pod namiotem…

Pytacie jak to zrobić? Nie wiem, nie mam przepisu. Jedyne co zapisuję, to te wspomnienia, przemyślenia, pomysły…czerpcie inspirację na własne kulinarne wariacje, bo każdy jest inny, każdy ma swoje szczęście i każdy ma w swej potencjalności byciem najlepszą wersją siebie.

Ja tymczasem zakasuję rękawy i biorę się za moje, ciągle w trakcie lepienia (mam nadzieję), ciasteczka – czas na zmorę Aussie – Matek: PICK-UP TIME!

Hiacynta / Australia / Psycholog w Australii

Share:
  • Dee Lukasik

    Świetna, lekko przewrotna opowieść o życiu na emigracji. Niesamowity z niej bije optymizm mimo, że piszesz jak jest. Szczęśliwe dzieci to marzenie chyba wszystkich

    • Hiacynta

      Dzięki, życie na emigracji jakby nie patrzeć jest nieco przewrotne i nie trzeba aż do Australii lecieć. Szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci, a potem większa szansa na szczęśliwe wnuki 😛 Zatem warto zacząć od spełniania własnych marzeń 😀

  • Dominika Lewandowska

    Naprawdę świetny tekst, który przeczytałam z wielką przyjemnością. Piszesz z humorem i dystansem o ważnych odcieniach życia na emigracji. Chyba wiele z nas boryka się z tym syndromem zawieszenia pomiędzy Polska a krajem, w którym dane nam było zamieszkać… Ja sama mam czasami wrażenie, że ‘żyje po środku, rozdarta’ jak napisałaś. Podziwiam Ciebie za podejście i za wielka dawkę optymizmu! I też uwielbiam dziekie puste plaże… 😉

    • Hiacynta

      Ach, w mojej części Australii już za zimno na plażowanie, ale to dobra pora na wejście w głąb lądu i powspinanie się po szlakach 🙂 A możliwość wyboru pozwala na optymizm…O dzikie i puste nie trudno haha. Zapraszam!

  • Milo Cie poznac, Hiacynto 🙂 swietny tekst i biegnę poczytac Cie na blogu 🙂

    • Hiacynta

      Witaj Agnieszko 🙂 “Poznać” to takie przewrotne jak “pisać obiektywnie o emigracji”. Tyle ciekawych blogów tutaj, że nie wiadomo, czy się skupić na czytaniu tytułów czy na jednym, co się rzucił w oczy. Jak znajdziesz czas na mojego bloga to chylę czoła, może się okazać, że czytasz szybciej niż ja piszę haha. Pozdrawiam ciepło!

  • Ja też uwielbiam te wszystkie rzeczy jakie wymieniałaś w “zaletach” Aussielandu. Regards from down under!

    • Hiacynta

      Uderzyć w klawiaturę i zawsze jakiś Ozik się odezwie, super 🙂 Jak zabłądzisz w okolice SA to odezwij się! Pozdrawiam!

  • “Raj na ziemi tworzymy my sami” <3 podoba mi się to! Bardzo przyjemny tekst 🙂

  • Magda Mamit

    Przepisu na zycie nie ma. Sama mam wszystko na opak I nie tak jak byc powinno. I co z tego. Najwazniejsze ze jestesmy szczesliwe. Bardzo budujaca opowiesc!! Trzymaj sie cieplutko!