Tinder w Zurychu

Tinder w Zurychu

Pamiętam, jak rok temu natknęłam się na artykuł w jednym z lokalnych magazynów internetowych o wdzięcznym tytule „Tinder w Teheranie”. Autor tekstu opowiadał w nim o swojej wizycie w „podziemiach” stolicy Iranu, w którym królowały imprezy, głośna muzyka, alkohol i dziewczyny bez hidżabów. Jak trafił do tego podziemia? Przez Tindera…

Zainspirowana artykułem, postanowiłam również napisać tekst o czasach moich blind dates. Bo oczywiście Tinder przedstawiony z teherańskiej perspektywy zachęcił mnie również do tego, aby założyć na nim konto.

Tinder to jedna z najpopularniejszych aplikacji randkowych na świecie. Jest łatwa i prosta w obsłudze. Po ustawieniu preferencji (wiek, płeć, odległość od naszego miejsca zamieszkania), z miejsca rozpoczynam przeglądanie profili innych użytkowników. Na ekranie telefonu pojawia się losowe zdjęcie niebieskookiego blondyna: Reto, 29, 1’80m. Przesuwam zdjęcie palcem wskazującym w lewo, fotografia znika, na jej miejscu pojawia się kolejna: Frank, 35, non-smoker, 1’76m. Znów w lewo. Frank znika w tinderowych czeluściach, a jego wizerunek szybko zastępuje nowy profil: Michi, 30. Michi wygląda sympatycznie. Przesuwam zdjęcie w prawo. W ten sposób Michi dostaje ode mnie lajka. Jeżeli Michi, widząc mój profil, również przesunął zdjęcie w prawo, oznacza to, że mamy match i możemy zacząć rozmowę na tinderowym chacie.

Przypadkowe lajki i randki w ciemno ze znajomymi

Na pierwsze matche nie musiałam długo czekać. Większość na Tinderze stanowią mężczyźni i to oni często przesuwają zdjęcia kobiet w prawo. Te z kolei są bardziej wybiórcze. Z tego powodu wielu mężczyzn odbiera taki match jako poważne zainteresowanie. Sama z kolei muszę się przyznać, że nie raz zdarzyło mi się przesunąć czyjeś zdjęcie w prawo zupełnie przypadkiem, a czasem nawet do góry (przesunięcie zdjęcia do góry oznacza superlajka, czyli, że dany użytkownik bardzo się spodobał).

Samo wybieranie ludzi po zdjęciach i znikomych opisach wywoływało u mnie na początku reakcję sprzeciwu. Zwyciężyły jednak ciekawość, chęć nowych doświadczeń i emigracyjne osamotnienie.

– To jakich oni byli narodowości, ci faceci, z którymi się spotykałaś? – zapytała mnie niedawno koleżanka.

– Ale co, mam wymieniać dokładnie w takiej kolejności, jak się spotykaliśmy? – odpowiedziałam zdezorientowana.

Policzyłam, że przez trzy miesiące (z przerwami) aktywności na Tinderze, spotkałam się łącznie z siedmioma mężczyznami, z czego pięć znajomości zatrzymało się na pierwszej randce. W sześciu przypadkach były to blind dates, czyli spotkanie po raz pierwszy na żywo odbywało się jedynie po wcześniejszych rozmowach na czacie. Z jednym, jedynym przypadkiem udaje mi się nadal utrzymywać relację kumplowską.

Co z ostatnim osobnikiem, który nie był blind date? Jak wiecie, Szwajcaria jest mała, a Zurych to już w ogóle. Około dziesięciu mężczyzn, których zdjęcia widziałam na Tinderze spotkałam już wcześniej w rzeczywistości.

ONS welcome!

Wciąż mam świeżo w pamięci moją pierwszą dłuższą rozmowę na Tinderze. Niemal od razu ze strony mojego rozmówcy padło pytanie: czego tu szukasz?

Znam osobiście pary, które poznały się poprzez aplikacje randkowe, ale sama nigdy tak naprawdę nie wierzyłam, że mogłoby to spotkać i mnie (i właśnie dlatego nie spotkało). Na randki zawsze szłam wyluzowana i pełna optymizmu. Tak, jakbym szła na spotkanie z nowym kolegą. Za którymś razem zaczęło mnie to jednak nudzić. Kolejna osoba, kolejne kilka godzin wyjęte z życiorysu, piwo, drink, siedzenie naprzeciwko siebie i wciąż te same pytania, i wciąż te same odpowiedzi: czy lubisz gotować, chciałbym ci coś ugotować, spotkamy się jeszcze, z jakiej części Polski jesteś, nie mogę się doczekać, kiedy będę cię trzymać w moich ramionach.

Czego szukają mężczyźni w Zurychu? Moja ulubiona odpowiedź, którą udzielił mi pewien Szwajcar, brzmi: „Chciałbym się zakochać, ale jestem otwarty na romanse i ONS.”

ONS (One Night Stand) – termin, który można podciągnąć pod nasz polski „numerek”, bądź „przespanie się”, to spotkanie na jedną noc, bez dalszych oczekiwań. Czy jednak Tinder służy przede wszystkim do inicjowania jednorazowych przygód? Moim zdaniem nie do końca. W prawdzie większość poznanych przeze mnie mężczyzn nie kwapiła się dawać mi wyraźnie do zrozumienia, że chcieliby się ze mną z miejsca przespać, to jednak spotkałam również kilku miłych dżentelmenów. Tak jak też wyżej wspominałam, znam również kilka par, które poznały się przez Tindera.

Na wielu przeglądanych przeze mnie profilach napotykałam informacje, przedstawiające oczekiwania danej osoby: „ONS welcome!”, „ich suche nach etwas festem” (w wolnym tłumaczeniu: szukam trwałego związku). W pamięci utkwiło mi szczególnie zdanie widniejące na profilu jednej kobiety (bo oczywiście musiałam sprawdzić, jak prezentuje się konkurencja): „ONS welcome, but let’s have a dinner first.”

Rzeczywistość i szajs

– Wolę nie zwlekać z pierwszym spotkaniem, bo gdy tak robiłem, okazywało się później, że to był szajs – powiedział mi pewien Niemiec na jednej z randek.

Ja również raz trafiłam na taki szajs. Trafiłam na człowieka, którego spotkanie w rzeczywistości zupełnie nie odzwierciedlało tego, jak się prezentował na zdjęciach i podczas rozmów na czacie. To była moja ostatnia blind date. Co ciekawe, idąc na nią, przeczuwałam, że te zdjęcia mają w sobie jakiś haczyk, że zostały po prostu sprytnie zrobione, że nie odzwierciedlają prawdy. I tak było.

Jeśli nie wyglądasz tak jak na zdjęciu, to na pierwszej randce stawiasz drinki, aż zaczniesz wyglądać – to hasło widziałam na wielu męskich profilach.

Po randce z szajsem miarka się przebrała. Zorientowałam się, ile marnuję czasu na przesuwanie palcem wskazującym po ekranie raz w prawo, raz w lewo. Zdałam sobie sprawę, że wpadłam w zamknięte koło: kolejny match, kolejna blind date, kolejne rozczarowanie. Czułam się sfrustrowana i wymęczona spotkaniami, które nie wnosiły do mojego życia tego, czego tak naprawdę szukałam. Pod koniec mojej tinderowej przygody pewien Włoch – artysta, zapytał mnie na czacie, czy podam mu swój numer telefonu, jeśli narysuje coś specjalnie dla mnie. Zgodziłam się, ale dzień później ostatecznie skasowałam aplikację, znikając raz na zawsze z tinderowej rzeczywistości.

Gdyby nie Tinder, pewnie nie bawiłabym się tak świetnie. Nie pojeździłabym lśniącym porsche po Szwajcarii, razem z przystojnym, ciemnookim gitarzystą. Nie wypiłabym drinków w jednym z najlepszych barów w Zurychu, które pewien francuski didżej przynosił mi do stolika. Nie poszłabym na randkę z pewnym wysokim Niemcem w wigilię Bożego Narodzenia.

Tak, tak.

Z pewnością mam co wspominać.

Cieszę się jednak, że ten zwariowany etap mam już za sobą. Dzięki temu na nowo nauczyłam się dostrzegać i doceniać to, co daje mi rzeczywistość. Rzeczywistość ta prawdziwa – nieuzależniona od lajków, zdjęć profilowych i ONS welcome.

Karolina Duszka

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
Powiadom o