Huasteca Potosina

Huasteca Potosina

Huasteca Potosina, nieodkryty region Meksyku.

Podóż do Huasteca Potosina, regionie w stanie San Luis Potosi, była ostatnią, jaką odbyliśmy w Meksyku przed wyjazdem do Stanów i chyba jedną z piękniejszych, jakie w życiu przeżyłam. Wybraliśmy metodę luźno zaplanowanego spontanu. Mieliśmy 2-3 punkty, które chcieliśmy zobaczyć, ale nie wiedząc do końca kiedy, jak i gdzie konkretnie. Nie jest to typowo turystyczne miejsce. Fatalne drogi, mało hoteli i miejsc do spania, niewiele informacji w przewodnikach. Kiedy się jedzie do Meksyku wszyscy kierują się na południe, w typowe trasy po Oaxace, Chiapas i Jukatanie. Jeśli będziesz miał więcej czasu i kochasz naturę, pojedź na północ i poznaj miejsca, o których nie wiedzą nawet sami Meksykanie.

Las Pozas de Edward James” (Baseny Edwarda James’a) w Xilitla

Przed przyjazdem do Xilitli nie wiedziałam do końca czego się spodziewać. Widziałam parę zdjęć, ale nie miałam pojęcia, o co w nich chodzi. Jakieś figury, rzeźby, bujna roślinność, nie umiałam sobie tego do końca wyobrazić. Tym lepiej dla mnie.

Dojazd do Xilitli był dość skomplikowany, straciliśmy zasięg i Google Maps po zjeździe z autostrady, więc musieliśmy zdać się na starą dobrą metodę „szyba w dół” i „jak dojechać do?”. Swoją drogą, czy w niedalekiej przyszłości ktokolwiek będzie kupował jeszcze zwykłe mapy? Będziemy umieli je czytać?

W końcu trafiliśmy. Podjechaliśmy naszym terenowym Clio pod leśne wzgórze, wokół drzewa wysokie na kilkadziesiąt metrów, chmury na niebie, powietrze ciężkie i wilgotne. Już na początku nie za bardzo wiadomo w którą iść stronę, a drzewa, rośliny i liany nie pozwalają spojrzeć w dal. W Huasteca Potosina (region) panuje tropikalny upał, klimat bardzo wilgotny, więc kąpiel była spełnieniem marzeń. Piękny krajobraz, rześka woda.

Przy wyjściu zobaczyliśmy nowe ścieżki. Ok, to którędy? Rozdzieliliśmy się na 2 grupy (Było nas 5). Umówiliśmy się, że za 3 minuty widzimy się z w tym samym miejscu.

I właśnie wtedy zaczęła się magia.

Po dwóch minutach biegiem wracamy i każdy krzyczy „Tędy!!”, „Nie, nie, nie, tędy!!!”, „nie uwierzysz co widziałam!”. Byliśmy tak rozemocjonowani, że w ogóle się nie słuchaliśmy. W ciągu kilku sekund ubyło nam lat, poczuliśmy jak dzieci, które właśnie znalazły przejście do Nibylandii. Zamek Edwarda James’a. To miejsce, którego nie da się opisać, ani sfotografować, to miejce, które trzeba odkryć.

Labirynt. Czy nie każdy z nas marzył kiedyś o wejściu do labiryntu? O znalezieniu drogi? Zamek Edwarda James’a trzeba przejść według własnej intuicji, dotknąć, poczuć i zatracić się. Każdy poczuje się tu jak w równoległym świecie, jakby nagle wniknął w obrazy Salvador’a Dali, albo chodził po niekończących się schodach Escher’a. Jeżeli by zacząć podróż w 20 osób, i na każdym rozwidleniu dzielić się na grupy, to zapewne nikt nigdy się nie spotka.

Przemierzamy kolejne trasy, gubimy się i odnajdujemy, albo na odwrót; wspinamy, schodzimy, kręcimy, wracamy i co chwila coś nowego. Robimy zdjęcia i irytujemy się, że zupełnie nie da się niczego uchwycić. Bez sensu. Zadajemy sobie tysiące pytań, przede wszystkim „dlaczego?”, „czy ktoś coś wie, słyszał o Edwardzie James’ie?”, poza tym, że pewnie zatracał się w meksykańskim peyote, nie jesteśmy w stanie stwierdzić nic konkretnego. W końcu przestajemy, to nie ma sensu. Później poszukamy.

Każdy poszedł w swoją stronę. Kiedy odkrywaliśmy kolejne części zamku próbowaliśmy do siebie krzyczeć „chodź tu!! Gdzie jesteś??”, ale na nic. Żaden głos nie był w stanie się przebić przez gąszcz drzew. Niektóre konstrukcje mają nazwy – „Struktura, która ma 3 piętra, a może 5”, „Pokój z dachem w formie wieloryba”, „Schody do nieba”, „Struktura zwana kinem”. Gdyby odkryć to miejsce tysiąc lat temu, mogłoby to być zaginione miasto pradawnej cywilizacji. Naukowcy by się głowili, dlaczego konstrukcje nie są skończone? Co oznacza taki i taki symbol? Gdzie mieszkał kapłan? Dokąd prowadzą te schody? Czy cywilizacja wyginęła? Czy opuścili miasto? Dlaczego?

Nauka pozbawia świat magii, wiedza daje nam władzę, ale kosztem cudowności. Tak rzadko już się zdarza coś odkryć. Tak mało zostało miejsc, o których nic nie wiadomo. Jak cudownie jest wyłączyć racjonalne myślenie i tylko odczuwać!

Tamul – tam gdzie mieszkają jednorożce

Zaczęło się dość nudno i skromnie. Masakryczny upał. Załadowaliśmy się na łódkę, wiosła w ręce i płyniemy. Nasz pan przewodnik kazał nam siedzieć w niewygodnych kamizelkach ratunkowych, choć rzeka, którą płynęliśmy była zupełnie spokojna. Wiosłowaliśmy chyba godzinę, kolor wody niesamowity! Zielono-niebieski, wszystko dzięki filtrującym skałom. Naszym celem było dopłynięcie do wodospadu Tamul.

Nie wiedzieliśmy do końca co nas czeka i byliśmy już bardzo zdesperowani, żeby się wykąpać, a nasz przewodnik trochę irytował swoim rygorystycznym podejściem „ahorita, ahorita” (za chwilę/później/nie wiadomo kiedy). W końcu dopłynęliśmy. Dość silny nurt, ale wreszcie mogliśmy sobie użyć! Skoki do wody ze skał, wyższych, niższych, do wyboru. Jacyś szaleńcy skoczyli nawet z 12 m! Woda cudowna.

Wracając, pozwolono nam spłynąć wraz z nurtem rzeki (tylko w kamizelkach)! Co tam parki rozrywki, baseny i sztuczne fale. Kiedy jest się w środku meksykańskiej selwy, woda ma lazurowy kolor, a ty płyniesz wraz z prądem, cały świat przestaje istnieć! Nogi musisz mieć wyprostowane, przed siebie, aby przypadkiem nie zderzyć się z jakąś ukrytą skałą. Na mini zakrętach przyspieszasz, a adrenalina rośnie. Jest bosko.

Już prawie koniec, czekamy aż dopłynie łódka z resztą załogi, a tu nagle ktoś postanowił podpłynąć pod malutki wodospad. Zamiast czekać bez celu, wszyscy postanowiliśmy trochę „pozwiedzać”. Głęboki wdech, zanurzenie, przejście przez lejącą się taflę wody, wypłynięcie po drugiej stronie wodospadu. Wydałam z siebie zupełnie spontaniczny okrzyk „o mój boże!!!”. Jeśli istnieją na świecie wróżki i jednorożce, to mieszkają z pewnością po drugiej stronie wodospadu w Huasteca Potosina. Kolor wody był jeszcze intensywniejszy, mini jaskinię rozświetlały promienie słońca odbijające się od tafli, skały porastał mech i kwiaty. Wodospad był na tyle mały, że można było skorzystać z masażu, ale na tyle silny, że trzeba się było mocno złapać jakiejś skały, żeby nie odpłynąć. Człowiek jest stworzony do życia w naturze, czułam jak to całe piękno mnie wypełnia. Wiedziałam, że jest to chwila, którą zapamiętam to końca życia.

Micos – skok na głęboką wodę

Tu bardziej niż z magią i pięknem, musieliśmy się zmierzyć z lękami. 7 wodospadów, 7 skoków do wody. Lubię sport w lekkim wydaniu, przy dobrej pogodzie i sprzyjających warunkach. Taki relaksujący typu jazda na rowerze czy joga, bez ekstremalnych doznań. Zdecydowanie nie jestem typem, który z radością i emocją wspina się tam gdzie nie można, MUSI wejść o schodek wyżej, czy cieszy się na myśl o skakaniu z 7 wodospadów…

Ale cóż, taki plan…

Jeśli chodzi o skoki do wody, szczególnie w naturze, to co najbardziej hamuje psychikę to kwestia niewidoczności dna. Moja wyobraźnia nie pozwala mi robić nic ekstremalnego, ponieważ już mam w głowie tysiąc scenariuszy „jak źle może się to wszystko skończyć”. Dodając do tego absolutny brak wiary i zaufania moim fizycznym zdolnościom, emocje dotyczące skoków wynosiły u mnie 0.

Ale już jesteśmy, po kostki w wodzie, w kamizelkach i kaskach na głowach (niedopasowane, chwiejące się, już wróżę tragedię). Chyba jedyne co realnie skłoniło mnie do podjęcia tego wyzwania, to fakt, że do naszej grupy dołączył młody ojciec z synkiem, Uwaga, 5-cio letnim! No dobra, jeśli 5-cio latek mierzący mniej niż 1m wysokości ma zamiar wykonać choćby jeden ze skoków, a przewodnik mu tylko przyklaskuje, to znaczy, że nie może być aż tak źle. Dziękuję ci za to chłopcze, bo gdyby nie ty, z pewnością umarłabym ze strachu.

Każdy skok zaczynał przewodnik, mówił dokładnie gdzie, hop, i tyle. Potem po kolei, czasem w parach, trzymając się za ręce, wtórowaliśmy mu. Przy mniejszych wodospadach nie było tak źle! Przy jednym gigancie (8 czy 9m!) było trochę gorzej, ale zasada była jedna – raz, dwa, skok! Jeżeli się zawahałeś, zacząłeś za długo zastanawiać, analizować, wszystko traciło sens. W takich momentach człowiek staje się kompletnie nieracjonalny. Zaczynasz zadawać pytania w stylu: „ale to mam się odbić?”, „ale to tutaj?”, „ale to mam skoczyć czy iść?”. Wtedy wszystko, jak to mówią w Meksyku vale madres. Im dłużej się zastanawiasz tym gorzej dla ciebie i dla skoku. Rzadko mi się zdarza robić coś bez zastanowienia, bez przemyślenia, analizy, lubię mieć świat pod kontrolą, rozumieć co się wokół dzieje, znać przyczynę, rozważyć alternatywne rozwiązania…STOP! Nie tutaj. Zrozumiałam, że szaleństwo osób uprawiających ekstremalne sporty polega właśnie na tym, że oni je po prostu robią. I tylko wtedy, kiedy robisz, nie myślisz, wyłączasz głowę i wyobraźnię, jesteś w stanie czerpać z tego prawdziwą przyjemność. Jeżeli chcesz uprawiać sporty czy skakać do wody z nastawieniem wnikliwego rozważania procesu wybicia, skoku i każdej możliwej alternatywy, lepiej w ogóle nie zaczynaj.

Skoczyłam wszystkie wodospady. Byłam z siebie dumna, choć nie mogę powiedzieć, że z radością powtórzyłabym każdy skok. Po prostu to nie do końca moja bajka. Z każdym wodospadem liczyłam, „okej, to jeszcze tylko 5..3..1!”). Moim małym sukcesem było zdobycie się na „raz, dwa, skok”, chyba pierwszy raz w życiu. Póki co mi wystarczy.

Nie mam zdjęć, ponieważ wszystko działo się w wodzie. Jeśli korci was i chcecie zobaczyć, Google wam pokaże. Choć nie pokaże jak wygląda jaskinia po drugiej stronie wodospadu, ani jak 5-cio letni chłopiec skacze z kilkumetrowej skały. Może nie wszystko musi być na zdjęciu za wszelką cenę…nawet jeśli nikt nie da „lajka” na Facebooku.

IMG_20150525_154416 IMG_20150525_155000 IMG_20150525_165543 IMG_20150525_165844 IMG_20150525_171138

Rozpisałam się! A brakuje jeszcze relacji z „Sótano de las Golondrinas” (Piwnica jaskółek), „El Naranjo” i „Puente de Dios” (wodospady). Ale chyba wystarczy póki co. Po więcej zapraszam na bloga: axolotlmex.blogspot.com i oczywiście do niezwykłego San Luis Potosi, po własne przeżycia i przemyślenia.

O AUTORCE

Agnieszka (Isia) Wieczorek

Agnieszka (Isia) Wieczorek

Redaktor

Socjolożka, latynoamerykanistka. Od 2011 roku na emigracji. Serce ma rozbite między Polskę i Meksyk, w którym spędziła wspaniałe 5 lat...

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.