Dla większości osób miasto nieznane, nie jest częstym celem eskapad, a turyści przybywają głównie z Niemiec, bo mają blisko. Holandia to przecież tylko Amsterdam, ewentualnie Haga i Rotterdam. No właśnie wcale nie tylko!

Mieszkam w Groningen już 3 lata i nie jest to miasto złotych perspektyw, ale z pewnością warto tu zajrzeć, a mieszkanie tutaj i ogólna atmosfera są mega fajne. Groningen to siódme co do wielkości miasto w Holandii – miasto uniwersyteckie, położone na „dalekiej” północy. Dostać się stąd do Utrechtu czy Amsterdamu to 2 godziny pociągiem, co na holenderskie standardy jest wiecznością.

Mimo tych niedogodności miasto cieszy się dużą popularnością wśród studentów i ogółem Holendrów z okolicznych województw – nie tylko z Groningen, ale również Drenthe czy z Fryzji. Ze względu na dobrą ofertę uniwersytecką mieszka tu również sporo osób z południa czy z najpopularniejszego zachodu. Dodajmy do tego obcokrajowców i mamy pełen obraz! W przeciwieństwie jednak do innych holenderskich miast, Groningen jest niesamowicie bezpieczne, albo ujmę to tak: jest jeszcze bezpieczniejsze niż inne niderlandzkie miejsca.  Jedyne sytuacje z zaginięciem jakiejś osoby to wypadki utonięcia w kanale pijanego studenta… Tak właśnie, dobrze przeczytaliście – podobne wypadki zdarzyły się już dwukrotnie w przeciągu ostatnich 3 lat. Jest to oczywiście bardzo smutne, ale pokazuje, jakie zagrożenia czyhają na tutejszych mieszkańców.

Klimat miasta jest ogółem wyluzowany – wszyscy poruszają się tutaj rowerami, dominują młode osoby, ludzie uśmiechają się do siebie w sklepach, a sąsiedzi, jak i obce napotkane osoby mówią sobie „Cześć”. Wszędzie jest relatywnie blisko, co jest ogromną zaletą i tym bardziej zachęca do zamiany transportu miejskiego na rower. Ogółem Groningen to miasto rowerów – na jednego mieszkańca przypadają średnio 2 i pół roweru! Nie są to jakieś wypasione rowery, grunt, żeby dało się na nich jeździć.

Latem, gdy mamy piękną pogodę Groningen zamienia się w śródziemnomorski kurort. Ok, oczywiście żartuję, ale faktem jest, iż jak tylko pojawi się słoneczko, to wszyscy siedzą na zewnątrz, na ulicach, na chodnikach przed domem, w parku itp. Na południu miasta jest też duże jezioro, więc sporo osób żegluje lub po prostu idzie na plażę. Zimą, jeśli złapie mróz (co jest bardzo rzadkie) Holendrzy wybierają się na łyżwy. Rok temu w styczniu oblodziło ulice i miasto było sparaliżowane – odwołano pracę, nawet szpital funkcjonował inaczej, a co robili mieszkańcy? Jeździli na łyżwach po chodnikach! To się nazywa umiejętność doceniania małych rzeczy i radości z rzeczywistości.

Jacy są Holendrzy w Groningen? Przyzwyczaiłam się do generalizowania, że Holendrzy to, Holandia to i tamto… A ponoć niemalże każda prowincja rządzi się tu swoimi prawami. Holendrzy z Groningen to osoby uparte, bardzo racjonalne, spokojne, zdystansowane. Panuje indywidualizm, ale również duża powierzchowna serdeczność. Bardzo odczuwalny jest tutaj luz – jest to fantastyczne miejsce dla osób, które mają problemy ze stresem. Pomimo, iż Groningen to miasto, brak tu wielkomiejskiego pośpiechu i pędu.

A co można zobaczyć w Groningen? Naprawdę warto się wybrać do centrum, które jest iście holenderskie – kanały (choć mniej niż w takiej Lejdzie czy Utrechcie), przepiękne Westerhaven, ceglane kamienice, krzywe domki, wielkie okna i ciasne uliczki. Czyli bardzo urokliwa architektura. Niestety nie polecam Głównego Rynku (Grote Markt), gdyż najpiękniejsze budynki zostały wyburzone – Holendrzy odczuwali do nich wielką niechęć, ponieważ wiązała się z nimi smutna historia z nazistowskimi Niemcami z czasów drugiej wojny światowej. Na szczęście ostał się kościół z jego wysoką wieżą Martini, z której widok nie powala, ale jest wart zobaczenia. Poza ścisłym centrum polecam przepiękny budynek Dworca Głównego i jego Starbucks – nie jestem absolutnie fanką tej sieci, ale wnętrze jest przepiękne! Do tego Groninger Museum, wszelkie „gasthuises”, czyli dawne domy dla gości, które z reguły są bardzo sielskie. Wchodzi się w bramę i człowiek czuje się tak, jakby przeniósł się do przeszłości. Jest tego sporo, ale nie jestem w stanie wymienić poszczególnych budynków. Najlepiej wsiąść na rower, albo po prostu udać się na pieszą wycieczkę.

Jeśli wybieracie się do Groningen, to nauczcie się poprawnie wymawiać nazwę miasta, co jest nie lada wyzwaniem! Niektórzy zapewne orientują się, że Holendrzy wymawiają „G” jak charczące „H”. Wyjątkiem jest jednak połączenie „N+G”, gdzie „G” wymawiane jest jak nasze polskie „G”. Z tego też powodu nazwę mojego miasta powinniśmy wymawiać „HHHHroningen”. To co, poćwiczycie? I pamiętajcie – Holendrzy z Fryzji, to nie Holendrzy.

Magdalena / Holandia/ Ready to be Fine

Wszystkie zdjęcia zawarte w tekście wykonane zostały przez autorkę.

Share:
  • Igomama

    Nigdy tam nie byłam, ale z Twojego opisu wyłania się obraz sympatycznego miasteczka, w którym życie płynie spokojnie, bez pośpiechu. Lubię takie klimaty. Pozdrawiam:)

    • Tak jest 🙂 Poza tym,że centrum miasta jest bardzo zatłoczone rowerami i właśnie te rowery (a raczej rowerzysci) dają jedynie wrażenie pośpiechu 🙂 Pomijając ten aspekt, Groningen to zdecydowanie spokojne,wyluzowane miejsce 🙂 Warte odwiedzin:)

  • Wygląda na to, że w Groningen jest tyle rowerów, co w Sajgonie motorów 🙂

    • Haha,no proszę! Czyli mamy tu niezły rowerowy “Sajgon”:D

  • Allochtonka

    Lubię Groningen, chociaż miejscami centrum – oczywiście dzięki studentom – jest niemiłosiernie zaśmiecone. Najbardziej lubiłam tamtejszy rynek. Ryby super – dużo smaczniejsze niż u nas. No i bardzo duży targ kwiatowy. 🙂