Supermani

Supermani

Lubię sobie pomarzyć. Najlepiej marzy mi się po cichu i w łóżku, przed zaśnięciem. Ponieważ na co dzień jestem realistką, marzę dla rozrywki. W marzeniach układam idealny scenariusz życia, taki, w którym wszystko ma sens. Dyryguję każdym szczegółem, popuszczam wodze fantazji, wyobrażam sobie „co by było, gdyby…”.

Kiedyś, pewnie z dziesięć ładnych lat wstecz, marzyłam sobie, jakby to było studiować na amerykańskim uniwersytecie…

Takim filmowym, z prawdziwego zdarzenia, gdzie trawa na kampusie jest zielona, a pod cieniem drzewa najmądrzejsi studenci rozwiązują zagadki tego świata. Taki Harvard czy Stanford, który skupia największe intelekty; na którym amerykańscy naukowcy znajdują odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania. Taki uniwersytet, na którym studenci rozmawiają na przerwach o teoriach Chomskiego, czarnych dziurach, zderzaczach hadronów i fizyce kwantowej, gdzie jakikolwiek inny temat jest zbyt błahy, aby poświęcać mu cenny czas.

Siedząc na wykładach profesorów doktorów habilitowanych w wieku 80+, którzy od ostatnich czterdziestu lat nie wychylili głowy poza mury wydziału i między jedną drzemką a drugą czytają wciąż te same od lat notatki, marzyłam sobie, jak to musi być na tych amerykańskich uniwersytetach.

Moje życie potoczyło się swoim rytmem, skończyłam studia, jedne i drugie, próbowałam różnych prac, miotałam się między gastro-biznesami, organizacjami pozarządowymi, zakładałam własne start-upy; na wiele lat zapomniałam o tym moim cichym i mało realnym marzeniu.

W końcu, trochę z przypadku, życie zaprowadziło mnie do Ameryki.

Mój mąż dostał pracę w Teksasie, więc postanowiliśmy spróbować, jak to jest z tym amerykańskim snem. Na fali porażek w znalezieniu stałej pracy, pewnego dnia coś mnie tknęło i zaczęłam przeglądać stronę lokalnego uniwersytetu stanowego. Zawsze lubiłam klimat akademicki i chciałam pracować na uczelni w charakterze choćby administracyjnym, więc stwierdziłam, że czemu nie? Napisałam do jednego z profesorów, który specjalizował się w socjologii kultury (moja działka) i najzwyczajniej w świecie spytałam, czy nie pomógłby mi w znalezieniu pracy? Ten akt desperacji doskonale obrazuje mój ówczesny stan – nie mam nic do stracenia i na nic nie liczę, po prostu nie wiem, co zrobić ze swoim życiem. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, profesor odpisał po dwóch dniach i zaproponował, żebym przyszła na zajęcia jako wolny słuchacz. Przyszłam. Wykład był chaotyczny i mówiąc krótko, beznadziejny. Ale profesor powiedział, że absolutnie powinnam aplikować na ich program. Może zabrzmi to dziwnie, ale poczułam, jakby niebo zwaliło mi się na głowę, nawet przez myśl mi to nie przeszło! Ja tylko chciałam pracy, jakiejkolwiek, potrzebowałam pieniędzy, zarobków; gdzie ja mam iść na horrendalnie drogie amerykańskie studia?! Jak w ogóle taki proces wygląda? Od czego zacząć? Czy ja się nadaję? Czy mam odpowiednie dokumenty? I przede wszystkim, jak za to zapłacić?

Ale profesor zasiał we mnie ziarno niepewności i ekscytacji. Może powinnam spróbować?

Pół roku później, po miesiącach zbierania dokumentów, uczenia się do egzaminów, ogarniania papierów, tłumaczeń, listów rekomendacyjnych i wielu nieprzespanych nocach, siedziałam w sali razem z moimi o osiem lat młodszymi koleżankami i kolegami, na moim pierwszym wykładzie z prawdziwego zdarzenia i pilnie notowałam każde słowo. Byłam studentką na amerykańskim uniwersytecie, dostałam stypendium i pracę w prawdziwych (amerykańskich!) badaniach naukowych. Zarobków starczało na waciki, ale nie mogłam uwierzyć, że to rzeczywiście się dzieje. Było dokładnie tak, jak w dawnych wyobrażeniach: uniwersytecki kampus pokryty zieloną trawą, mądre dyskusje, nie tylko w salach, ale i na przerwach i oczywiście mnóstwo nauki. Mimo mojej (myślę całkiem szerokiej) wiedzy i trzech skończonych kierunków w Polsce, nie dorastałam do pięt moim studenckim towarzyszom. Jak oni się pięknie wysławiali, jak przytaczali teorie i jakie mieli wspaniałe prezentacje! Bez zająknięć, bez spiny, byli jak z filmu. Tacy supermani. Czy ja kiedyś też taka będę? Jak mam z nimi konkurować, kiedy nad pracą, którą oni piszą w godzinę, ja ślęczę całą noc? Czy kiedyś będę tak pięknie mówić? Czy nauczę się czarnej magii cytowania po amerykańsku? Czy kiedyś zabiorę wreszcie głos w tych arcyciekawych dyskusjach? A może do końca życia pokutować we mnie będzie moje polskie “jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, to siedź cicho”? Jak ja im zazdrościłam tego luzu i braku stresu przed podniesieniem ręki.

Kolejne pół roku później, musiałam się przeprowadzić, ale udało mi się też przenieść się na nowy amerykański uniwersytet. To już nie jest zabawa, to będzie uniwersytet z prawdziwego zdarzenia, w dużym i ważnym amerykańskim mieście, ze stuletnią tradycją w naukach społecznych. Czy ja temu podołam?

Moje teksańskie doświadczenia wiele mnie nauczyły, zaznajomiłam się z systemem, wymaganiami, ocenami, wiedziałam, co mnie czeka. Moi współtowarzysze są geniuszami, ich elokwencja przewyższa moich teksańskich kolegów o lata świetlne. Mają odpowiedź na każde pytanie, potrafią wypowiedzieć się w tak piękny sposób, że notuję ich słowa, aby potem w domu powtarzać przed snem. Nie dorastam im do pięt. Ale próbuję, robię po swojemu, marzę, aby kiedyś móc być choć trochę taka jak oni, supermani. Jak oni to robią? Ile czasu spędzają w domu na nauce? Ja spędzam każdą wolną chwilę. Cieszę się, że nie mam znajomych, nic mnie nie rozprasza, mogę się poświęcić tylko nauce.

Rok później kolejny przełom i olśnienie.

Supermani wciąż są świetni, bez zarzutu, ale czuję, że chyba ich moce słabną. Od roku nie mówią nic nowego, powtarzają te same formuły, zdania, cytaty; te, które dobrze brzmią i idealnie pasują, ale co dalej? Są mistrzami manipulacji i wszystko zawsze sprowadzą na swoje tory. Zaczynam dostrzegać mechanizmy, wzory, tendencje, błędy i potknięcia. Czyli oni też są ludźmi… Ogarniam system coraz lepiej, wiem jak pisać i umiem napisać pracę w godzinę, da się. Nauczyłam się organizacji czasu, jestem przygotowana na 120% na każde zajęcia, podnoszę rękę i mówię, co myślę. O dziwo, czasem powiem coś naprawdę mądrego. Zaczynam wreszcie wykorzystywać wiedzę sprzed lat, powoli uczę się, jak pogodzić różne punkty widzenia. Mam kryzysy, gubię się w relatywizmie perspektyw i nie wiem, co jest dobre, gdzie jest prawda, kim jestem i co powinnam myśleć, ale przychodzi kolejny dzień i zaczynam od nowa. Próbuję, gubię się, ale próbuję dalej. W końcu wydaje mi się, że znajduję receptę, demaskuję supermenów…

Gdy tak siedzę od tygodnia i piszę pracę na 25 stron, mam ochotę krzyczeć i płakać. Głos w głowie mówi – „ok, wystarczy, już napisałaś, wyślij”. Ale ja wiem, że można lepiej, że powinnam poprawić, dopisać, zmienić. I siedzę, i piszę, i siedzę, i zmieniam, i dopieszczam, i poprawiam, i dopisuję. I wiem, że mogłabym powiedzieć – „a ch** z tym”, ale nie mogę. To już nie ta liga, jeśli to zrobię, to zostanę tu, gdzie jestem, a ja wiem, że mogę i muszę więcej. I siedzę, i piszę i poprawiam… Nie myślę, ile jeszcze brakuje, muszę tylko napisać kolejne zdanie. I kolejne, i jeszcze jedno. I tak po kolei, po trochu. Ostatnie 5% jest zawsze najgorsze, ale to właśnie to 5% decyduje, o tym, gdzie jesteś, to właśnie to 5% czyni cię supermanem.

Stany nauczyły mnie dyscypliny i profesjonalizmu.

Konkurencja jest tak ogromna, że nie wystarczy „zaliczyć”, nie wystarczy zakuć i zapomnieć. Uczę się każdego dnia, chłonę, ile mogę, zawsze w plecaku mam jakąś książkę, artykuł, bo zawsze mam coś do przeczytania. I robię to wszystko, bo wiem, że być tu, gdzie jestem to przywilej, to szansa, której nie mogę zaprzepaścić. Nigdy wcześniej nie czułam satysfakcji z pracy wykonanej na 105%, nigdy nie zaszłam tak daleko; do egzaminów uczyłam się na ostatnią chwilę, prace pisałam na dzień przed, bo deadline był najlepszą motywacją, a kreatywność na ostatnią chwilę nigdy mnie nie zawiodła. Ale te triki już nie wystarczają, muszę dać z siebie więcej, mogę lepiej, stać mnie na to. Ten wysiłek przynosi rezultaty, czuję, że z każdą pracą, z każdą dyskusją, z każdą przeczytaną książką, jestem o jeden krok bliżej moich super-kolegów i super-koleżanek. Czuję, że ja chyba też mogę być supermanem.

Rok później siedzę i wypełniam aplikację na doktoraty do najlepszych amerykańskich uniwersytetów. Nie muszę już marzyć po cichu, marzę na cały głos, bez spiny i wstydu, wiem, że mogę i próbuję. Parę miesięcy później dostaję wiadomość o przyjęciu na studia doktoranckie. Przypominam sobie o moim marzeniu sprzed dziesięciu lat i nawet nie wiem, kiedy to wszystko stało się rzeczywistością. I dalej sobie marzę… Ciekawe, gdzie będę za kolejne dziesięć lat?

O AUTORCE
Agnieszka (Isia) Wieczorek

Agnieszka (Isia) Wieczorek

Redaktor

Socjolożka, latynoamerykanistka.
Od 2011 roku na emigracji.
Serce ma rozbite między Polskę i Meksyk, w którym spędziła wspaniałe 5 lat życia.
Obecnie mieszka w Chicago, gdzie uczy oraz prowadzi badania
nad integracją i tożsamością kulturową migrantów.
Tęskni za chaosem, spontanicznością i magią codzienności.

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.