Z drugiej ręki.  

Marzec to taki cudowny miesiąc, przedwiośnie w pełni (przynajmniej w niektórych częściach Ziemi), czas wiosennych porządków, zmian i przygotowań do lata.  To także czas, kiedy przeglądamy własną szafę i po zimie mamy ochotę na wprowadzenie do niej nowości.

Tym razem mam dla Was propozycje. A może zamiast wybrać się na wiosenny shopping i wycieczkę po centrum handlowym z sieciówkami, znalazłybyśmy czas i ochotę poszukać po okolicy sklepu z używaną odzieżą?  

Ojej, nie lubię, bo przypomina mi to czasy młodości, kiedy ubierałam się tylko na ciuchach… albo… to niehigieniczne. To nieadekwatne do mojej aktualnej pozycji społecznej. No każdy ma jakieś argumenty lub opory, ale pozwólcie mi napisać, co skłoniło mnie do napisania tego tekstu oraz klika powodów, dla których warto (tak, warto) zajrzeć na „Rodeo Drive” jak nazywałam te sklepy w czasach studenckich.

Po pierwsze, Magda wprowadziła mnie, wirtualnie, w dzielnice Kairu, Zabbaleen.  Jest to prawdziwe miasto śmieci, niektóre zdjęcia chyba służyły jako inspiracja do dekoracji twórcom filmu Wall-e.

Śmieci. Żyjemy w przekonaniu, ze wszystko się utylizuje, przetwarza, szczególnie, kiedy mieszkamy w tak zwanych krajach cywilizowanych, gdzie nakaz segregacji śmieci jest wpisany w regulamin mieszkańca domu czy osiedla.

W większości przypadków śmieci jednak nie znikają, a jest ich tak wiele, że mogłoby istnieć tysiące miast typu Zabbaleen i tak nie zdążymy już ich przetworzyć (tu podniosą się być może głosy osób podających informacje o zakładach utylizacji śmieci w Europie, że przecież potrzebujemy energii z palenia odpadów, a do tego należy mieć stałe źródło lub przynajmniej stały tonaż /objętość surowców wtórnych, żeby zarządzać taką stacją…, a może zupełnie inne głosy…

Chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, że nie jestem zwolenniczką antykonsumpcji. Proponuje tylko zastanowić się, jak konsumować inaczej.

Moim drugim argumentem jest niewątpliwie miejsce i krytyka sposobów produkcji większości ubrań, które lądują w sieciówkach centr handlowych.

W tym miejscu mam ochotę odesłać was do filmu: Toksyczne ubrania.

Ten dokument, niewątpliwie tendencyjny, był przygotowany przez Francuzów. Na początku pokazana jest francuska fabryka, w której używa się toksycznych środków chemicznych do barwienia włókna, pokazane są środki ochrony podjęte przez zarząd firmy, by chronić pracowników przed szkodliwym na zdrowie kontaktem z takimi substancjami, jakie z tego powodu są koszty itp. Po czym lecimy do Azji, gdzie widzimy „zakłady krawieckie” „farbiarnie” które zatrudniają  dzieci. Trudno mi uwierzyć, że pokazane tam dziewczynki mają deklarowane 13 czy 14 lat – ale ponoć, nieletnia dziewczyna jest „emancypowana” i uważana za dorosłą ,kiedy zostaje wydana za mąż.  W Indonezji człowiek staje się pełnoletni w wieku lat 15 a w Indiach, jak i w Europie, to 18 lat wyznaczane jest jako próg pełnoletności. Legalnie zostać zatrudnionym, i nie pisze tu o wakacyjnej pracy na polu truskawek, można być w wieku lat 13. We wspomnianym filmie nieletni pracownicy nakładają barwniki gołymi rękami. A na koniec widzimy metkę takiego t-shirta, które można później w Europie kupić dziecku w prezencie w sklepie Disney .

W sieci dostępne są również inne filmy, jak ten reportaż zrobiony przez brytyjskiego dziennikarza dla BBC, w którym przedstawia on syryjskie dzieci pracujące w tureckich szwalniach, za bardzo niskie stawki…

Pojawiają się głosy, TUTAJ, które udowadniają, że co prawda dzieci te tam pracują, ale dzięki temu całe rodziny mogą przeżyć, a dzieci mogą n a w e t iść do szkoły, dzięki zarobionej pensji, ale jakoś do mnie te akurat argumenty przemawiają tylko w 1%  Better Work . Zresztą, odsyłam Was do bardzo rzetelnie opracowanej w temacie pracy dzieci strony na Wikipedii.

Nie namawiam Was do kupowania absolutnie wszystkiego w second-handach i zapewniam Was, że sama lubię kupić sobie coś absolutnie nowego (jak na przykład moje pierwsze buty z ananasa), ale pomyślmy, że nasze zakupy w takim sklepie to także nasz wkład w lokalną ekonomię – bo sklep z ciuchami jest działalnością handlową, płaci podatki, daje pracę.

W ostatnim punkcie pozwolę przywołać sobie lżejsze głosy:
Moda Wraca. Ciuchy mogą być tanie (choć mogą być również w cenie nowych ciuchów z Zary).
Ubrania z drugiej ręki pomogą mi znaleźć swój styl, w przypadku gdy chcę dramatycznie i radykalnie zmienić  zawartość szafy…

Jestem ciekawa Waszych opinii w tej sprawie.

Agnieszka / Francja / Baba Joga

Share:
  • Jestem wielką fanką second-handów. Od lat, kiedy jeszcze nie były w modzie (bo teraz moim zdaniem są).

    Nie ukrywam, główne powody, dla których to robię, były zawsze dość egoistyczne: bo można tam znaleźć ciuchy wspaniałej jakości, nierzadko za grosze, bo lubię się “stroić” i w second-handzie łatwiej znaleźć mi to, co odpowiada moim gustom, bo jak się znajdzie “dobry” second-hand, to spędzanie w nim czasu mnie cieszy.

    W Szwajcarii odkryłam coś jeszcze lepszego: Brockenhaus, zwany też Brocky – czyli second-handy nie tylko z ciuchami, ale… ze wszystkim: naczynia, meble, książki…

    A pchlie (pchle?) targi? To dopiero przyjemność, kiedy można porozmawiać z właścicielem danej rzeczy, dlaczego chce to sprzedać? Ile lat mu to służyło? I tak dalej…

    Dziękuję Ci za nakreślenie tej drugiej, ale również dobrej strony, kupowania rzeczy używanych. Świat dużo jeszcze musi się nauczyć, ale my też mamy na to wpływ i możemy coś zdziałać.

    To pisałam ja. Mając na sobie zegarek, spodnie i naszyjnik z second-handu.