NASZA TWÓRCZOŚĆNOWE

Opowiadania na Dzień Pisarza część 3

Paula
To ma być krótkie opowiadanie o pisaniu. O moim pisaniu. O, jest już nawet pierwsze zdanie. Właściwie mnie to pierwsze zawsze przychodzi łatwo. Za to każde następne przychodzi trudniej, tak jakbym wspinała się po schodach.
Im dalej, im wyżej, tym gorzej. Na samym końcu jest już tak ciężko, że właściwie przypomina to dopinanie za małych o dwa rozmiary spodni, albo i ostatni kilometr maratonu. W sumie to nie wiem, bo maratonów nie biegam. Tak mi się tylko wydaję. Tak sobie to wyobrażam. Tak jak wyobrażam sobie wszystkie te moje historie i bohaterów. Właściwie głupio tak nazywać ich bohaterami, bo nic nadzwyczajnego nigdy nie zrobili. Od tak sobie żyją i istnieją.
Tylko niektórzy z nich spotkali Pana Boga albo kogoś zabili. Istnieją? Wszystko zależy od tego jak my to sobie wyobrażamy. I jak ułożymy. Takiego bohatera można zawsze wykasować z historii jak zacznie robić coś, co nam nie odpowiada. Nie, on wtedy nie przestaje istnieć. Istnieje dalej, tam sobie gdzieś żyje to wyśnione życie
w literaturze, no i może ktoś inny go sobie wsadzi w swoją historię, jeśli mu akurat najdzie ochota i sposobność. Dajmy na to, ostatnio wykasowałam z historii Antoine. Może to, dlatego, że on istnieje naprawdę. Za dobry
w rzeczywistości by mógł żyć dwa życia. Literatura to przecież nie kłamstwo, to tylko rzeczywistość alternatywna. Być może, prawdopodobnie, może. To najlepszy opis. Ostatnio udało mi się też odnaleźć takiego Pedro, gdzieś to jego życie literackie mi się spodobało. Ba, było nawet lepsze niż to realne. Pedro za użycie go w opowiadaniu obraził się na mnie ostatecznie i bez zmiłowania. To pewnie dlatego że jakoś tak mi się napisało, że kiepski był w łóżku.
A nie, tak faktycznie to z zupełnie innego powodu. Może. No i tak w tym opowiadaniu tu jak i w pisaniu dużo się już wydarzyło i nic się nie wydarzyło. Coś może coś znaczy a coś może nic. Może lepiej było nic nie powiedzieć. Tak sobie jadę tramwajem. I to, co tu napisane nigdy nie jest napisane, bo zawsze jest tylko pomyślane. Ale napisane bez tego, co pomyślane nie może być napisane. Napiszę natomiast moje opowiadanie. A wy i tak nie zgadniecie czy Pedro istnieje, co się wydarzyło i jak było, jeśli w ogóle było. Ale to wcale nieważne. Ważne to, co sobie wyobrazicie. Lepsze niż rzeczywistość. I po to jest właśnie pisanie. Ah, miał być mój dzień z życia pisarza.
No to, chujowy. Jedna tylko kartka, 173 słowa. Już nie początek, już pod górkę, ale końca jeszcze nie widać.
Kawa się skończyła a jeszcze nie minęła ósma rano. I jak zawsze napisało się, co innego niż miało, czyli to,
co miało. A za oknem już ciekawiej niż za monitorem, więc pora na kropkę. Kropka. Na przecinki też przyjdzie czas. Kiedyś, może.

Sadeemka
– A więc, co dalej? – Jego głos zabrzmiał w moich uszach tak, jak gdyby dzieliło nas milion lat świetlnych. Dobiegał, co najmniej z innego wymiaru, niedługo zresztą, bo niczym rozpieszczona mała zołza odłożyłam słuchawkę
w kilka sekund po tym, jak zadał to pytanie. Nie rzuciłam nią w akcie złości, raczej powolutku, z premedytacją, odsunęłam telefon od ucha, okazując mu zlekceważenie w oczach nieobecnej w moim pokoju publiczności. Telefon zawisnął na moment w powietrzu, sprawiałabym wrażenie, że to ja rozdaję karty, gdyby w pokoju poza mną i setkami pyłków kurzu pobłyskujących w strumieniu słońca wpadającym przez uchylone okiennice, był ktoś jeszcze.
Rozłączyłam się. Mój menadżer nie da mi żyć, pieprzyć to. Gdybym była aktorką w filmie sensacyjnym, wypuściłabym teraz z płuc chmurę cygarowego dymu, zupełnie tak, jak gdyby wraz z nim mogły się ulotnić wszystkie skłębione
w przemęczonym umyśle paranoje. W rzeczywistości nigdy nie zaczęłam palić, bo brzydzi mnie smród tytoniu.
Nie ma to jednak teraz zbytniego znaczenia, skoro podczas wywiadu na żywo dla najpopularniejszej stacji radiowej
w tym zgrzybiałym kraju potraktowałam współrozmówcę jak gówno. Zje ze złości moją następną książkę jeszcze zanim ją wydam. O ile to kiedyś nastąpi. To nic, że był jednym z najbardziej wpływowych krytyków, a na jego przychylności mogłabym tylko zyskać. Jak oni mnie wszyscy wkurwiają. Nie odbieram telefonów, co najmniej z tydzień, oto mój nowy plan. Menadżer może wygryźć mi drzwi i po raz kolejny tłumaczyć wydawcy, że to już ostatnie poprawki, wcale nie odpieprzyło mi od nadmiaru sławy, a pokazując reporterowi, co o nim naprawdę myślę nie spieprzyłam właśnie sporej części kampanii reklamowej. Jeśli tylko ma na to ochotę. Do diabła z nimi wszystkimi.
Siedziałam dłuższy moment przewijając w swojej głowie ten nieszczęsny moment, choć tak naprawdę dobrze wiedziałam jak to się wszystko potoczy od samego początku wywiadu. Czy można planować własne porażki? Zanotuję tę myśl, niech będzie dialogiem wewnętrznym któregoś z moich kolejnych bohaterów. Kiedy już pozbieram do kupy cały ten bajzel
w swojej głowie i zdecyduję się na jedną z historii, rzecz jasna. Ah, i jeszcze przestanę ją wymyślać na nowo
z każdym kolejnym napisanym zdaniem. Pomyśleć, że kiedyś nie znosiłam aroganckich ludzi.
Nie, nawet nie jest mi przykro.
Bo to jest ich wina. Czekają na cholerne zbawienie świata. Na kolejny ruch, na wskazówki, chcą więcej. Najlepiej sprzedająca się książka roku w ponad trzynastu krajach. Co dalej, pytają wszyscy, włącznie z tym pieprzonym kotem portiera, myślącym, że poluję na jego życie za każdym razem, kiedy przydeptuję go schodząc po schodach bez szkieł kontaktowych. Ludzie pragną rewolucji na każdym możliwym polu, klaszczą z ekscytacją w ręce, kiedy tylko wywęszą odrobinę kontrowersji. To cholerne poczucie misji i oczekiwanie. Moja pierwsza książka o podwójnym życiu muzułmanek to kontrowersja już od dedykacji. „Dedykuję wszystkim kobietom żyjącym na rozdrożu, które pragną zarówno szczęścia jak i gwarancji Dżannah al Ferdos, najlepiej naraz, przeplecionych miłością rodem z Bollywood i tłem wyłożonym społeczeństwem, które przestanie mieć je za zbyt głupie by mogły decydować za siebie i zbyt cenne, by można dać im odetchnąć świeżym powietrzem. Oraz wszystkim kobietom, które walczyły o powyższą wizję wystarczająco mocno by wiedzieć, że są na tym świecie pojęcia warte grzechu, grzechu z zachowaniem klasy i indywidualności. Wy, o których mówię, zrozumiecie to doskonale. Wszystkie jesteśmy pomylone. I to jest piękne.”
A dalej… Co dalej pytacie? Dalej w meczetach na zajęciach dla kobiet zachęcano do bojkotu mojej książki, w Arabii nie sprzedała się lepiej jedynie od „Dziewczyn z Rijadu” i to tylko, dlatego, że w tej książce były ich rodaczki, a ja zostałam publicznie najmniej świętą rewertką wszechświata, której pomyliły się światy docelowe. Bycie idolką młodych hidżabi znajdujących w mojej historii, usprawiedliwienie dla bycia niedojrzałymi to też nie do końca pochlebstwo. Za to wszyscy oczekują ciągu dalszego. Nie rozumieją jednak, że opisałam życie codzienne przegniłego od środka systemu społecznego obecnego we wszystkich krajach świata. Dalej robię to, co zwykle – wtapiam się w to środowisko biorąc incognito niezbyt dobrze płatną pracę i słucham historii, notuję. Zaprzyjaźniam się z lokalną plotkarą, by wyssać z niej wszystkie sekrety okolicy, ubarwią moją powieść. Tak naprawdę już teraz wiem, co dalej
i po raz kolejny planuję moją porażkę, tym razem dostanę zakaz wstępu do wszystkich meczetów w kraju. Taki jest smak niewygodnej prawdy, kiedy opuści podziemie dla widoku promieni słonecznych. Pracę zaczynam od dzisiaj, idę się przebrać. Nadchodzi rewolucja. O ile nie znudzi mnie lub nie porwie w międzyczasie na rzecz jakiejś cholernej miłostki, wtedy znowu będę pisać o sobie.

Share: