Felietonyobuchem w łeb
Umówiłyśmy się na lunch i kawę, jak zazwyczaj.

Ona pracuje wieczorami, a ja rano, gdy mogę zawieźć dziecko do babci, ona ma zajęte wszystkie weekendy, a ja tylko w weekendowe popołudnia mogę zostawić dziecko na głowie męża. Ona chadza na siłownię i wygląda, jakby była ode mnie młodsza o piętnaście lat, a nie o te trzy czy cztery. Ja, jeśli przyjdę do pracy dziesięć minut wcześniej, wchodzę na piechotę na dziewiętnaste piętro. Każdy ma taką siłownię, na jaką sobie zasłużył. Ona jest wolna, ja związana. Nie żebym narzekała na rodzinę – przecież kocham męża i córeczkę, ale kiedy się spotykamy, dzięki niej mogę pooddychać innym powietrzem, porozmawiać o czymś innym niż zupki i kupki, westchnąć z nostalgią – ja kiedyś też byłam orłem a nie kurą.

„Co u ciebie?” – niby mieszkamy w tym samym mieście, ale nasze tryby życia tak bardzo się rozmijają, że zawsze zdążymy się za sobą trochę stęsknić. To znaczy – ja za nią chyba bardziej, bo ona jest moją odskocznią od zwykłego życia, a ja dla niej raczej nudziarą zakopaną w pieluchach. No ale raz na miesiąc może się poświęcić i ze mną spotkać, prawda?

Pytam więc: „Co u ciebie?” – czekając na barwną opowieść o kolejnej podróży, kolejnym mężczyźnie, innym życiu. Z wypiekami na twarzy czekam na zabawne i piękne chwile, radość, ironię, wieści o wspólnych znajomych. Od czasu do czasu przeplatamy je wspomnieniami z naszych, bardzo już odległych, wspólnych studiów. Doskonały, budujący dobry nastrój dodatek do lunchu i kawy.

„A wiesz, prawie już wyszłam z depresji. To znaczy jeszcze nie do końca, ale walczę”.

Nie będę opowiadać szczegółowo, nie do mnie należą te słowa. Przyjęłam je wszystkie na klatę i zdołałam wykrztusić, że jeśli tylko mogę w czymś pomóc – jeśli będzie chciała zadzwonić, spotkać się, ponarzekać czy pomilczeć, to ja służę.

A w głowie kołacze mi się straszne pytanie: jakim cudem nic nie zauważyłam? Znamy się od tylu lat! Spotykamy rzadko, ale regularnie. Dlaczego nie rozpoznałam objawów? Przecież to nie jest pierwsza osoba w moim życiu, która boryka się z tym problemem. Jestem ślepa, czy tylko zbyt zapatrzona w czubek własnego nosa? Co zrobiłam nie tak?

Mogłam pytać!… Ale właściwie o co? To nie jest standardowe pytanie: “Czujesz się naprawdę dobrze, czy po prostu masz dobrze dobrane lekarstwa?”. I co miałaby niby odpowiedzieć? To nie jest tylko problem komunikacji. Ktoś, kto naprawdę wpadł w ramiona depresji, często bardzo dobrze się ukrywa. Nie dlatego, żeby ci zrobić na złość, a dlatego, że się wstydzi. Bo myśli, że sobie poradzi. Nie chce cię obciążać. Bo nie wie, jak o tym rozmawiać i boi się stygmatyzacji. Bo boi się, że usłyszy: “Nie przesadzaj, każdy ma jakieś problemy”.

A potem ulga. Jak dobrze, że zdążyła!  

Zdołała się wyrwać z zaklętego kręgu i potrafi nawet opowiadać o tym, co ma w głowie. Nie doszło – i już raczej nie dojdzie – do tragedii. A mogło być inaczej. O, bardzo łatwo mogło się skończyć inaczej! Bo wiecie, z emigracją jest jeszcze taki problem, że jesteś daleko od wszystkich, którzy są z tobą na tyle blisko, że mogliby rozpoznać objawy. Mieszkasz sama, ludzie z pracy to przelotne znajomości, a przyjaciele – cóż, każdy ma swoje życie. Może nie umiesz, a może nie chcesz się z nimi dzielić problemami. Kiedy zatracasz się w pracy, nałogowym oglądaniu głupich seriali czy wiecznym leżeniu na kanapie, mogą minąć tygodnie albo i miesiące, a nikt nie zauważy, że coś jest nie tak.

Przyrzekam sobie być bardziej uważna.

Wy też bądźcie, dobrze?

*

Nie zaniedbuję cotygodniowych kontaktów. Może to za mało, ale nie chcę być nachalna. W tym tygodniu się nie spotkamy, ale sprawdzam, czy wszystko w porządku. Staram się nie myśleć o tym, że przecież tak łatwo ukryć prawdę. Wierzę, że mówi szczerze, gdy opowiada o urlopowych planach. “Nie martw się, u mnie wszystko w porządku” – słyszę na koniec. I leciutki uśmiech. Ciekawa jestem, cóż on znaczy. Że naprawdę jest lepiej i cieszy ją moja troska? Czy jest odrobinę zaambarasowana tym, że stała się, chcąc nie chcąc, centrum mojego zainteresowania? Czy może (staram się nie dopuszczać tej myśli) podśmiewa się z lekką ironią, że trzeba było dać mi obuchem w łeb, abym zobaczyła ją taką, jaka jest naprawdę, poza uśmiechem, siłownią i ładnym życiem.

Natalia Brede

 
5 3 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
5 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
trackback

[…] Depresja lub inna choroba psychiczna może dorwać każdego. Czasami nawet tego nie zauważymy. Przeczytaj tekst Natalii Brede z Klubu Polki na Obczyźnie o tym jak łatwo jest oszukać innych, skrywając swoją depresję….Obuchem w łeb. […]

Nika
1 rok temu

Tak się cieszę, że o depresji mówi się coraz więcej i pokazuje się jej różne twarze. Wcale nie trzeba siedzieć w kącie, śmierdzieć i zalewać łzami. To podstępna choroba. Czasem nawet nie wstyd powstrzymuje przed przyznaniem się do niej, co wewnętrzna negacja. Bo jak to? Przecież wstaję, ubieram się, odnoszę sukcesy, jeżdżę na wakacje…a w środku głucha cisza, niemoc, niemożność podjęcia decyzji. To chyba nawet gorsze niż smutek.

Kinia
1 rok temu

Nie mam zbyt wiele doświadczenia z depresją, więc podobnie jak autorka, myślę, że z łatwością przeoczyłabym depresję u moich znajomych.

Awatar użytkownika
1 rok temu
Odpowiedz  Kinia

Łatwo jest przeoczyć nawet, jeśli się ma doświadczenie. Niestety, u każdego depresja wygląda trochę inaczej.

Viola
1 rok temu

Depresja ma kilka oblicz i potrafi się świetnie maskować. Nie zawsze to tylko zamknięte drzwi, to wszystko dzieje się w głowie. Na szczęście o depresji mówi się coraz więcej a to co kiedyś wydawało się wstydliwe,bagatelizowane dziś niestety jest coraz bardziej powszechne.