Nieznane barwy tęczy – RPA

Nieznane barwy tęczy – RPA

Gdy na portalu Klubu Polek zobaczyłam artykuł pod tytułem „Pieprzony raj”, pomyślałam, że RPA idealnie się nadaje tu do opisania. Ale użycie słowa raj w tym samym zdaniu, co RPA niejednego szokuje. Dlatego zamiast o „pieprzonym raju”, napiszę o wielobiegunowości RPA. A barwy tęczy dobrze ją obrazują, bo RPA znana jest właśnie jako “Rainbow Nation”.

Wiadomości, które docierają do „cywilizowanego” świata z RPA dzielą się na dwie dość wyraźne kategorie. 

Prawicujące polskie media donoszą o przestępczości, planach wywłaszczenia białych, te bardziej ekstremalne piszą wręcz o ludobójstwie dokonywanym na białych. Lewicujące zachodnie media bagatelizują problemy – na ile się da rozpowszechniają pozytywny wizerunek kraju, który pokonał reżim i się rozwija. Nie zawsze tak szybko jak powinien, ale jednak idzie w dobrym kierunku. Od czasu do czasu nawet zachodnie media przytoczą jakąś niepopularną opinię. Na przykład tę, którą wygłosił jeden z australijskich ministrów – w RPA źle się dzieje i zagrożonym najwyższą skalą przestępczości farmerom należy pomóc. A reszta świata solidarnie ją skrytykuje, bo przecież świat ma mnóstwo innych, ważniejszych problemów…

A jak jest w rzeczywistości?

Przed wyjazdem wielu ludzi ostrzegało mnie przed RPA. Co chwilę ktoś troskliwy wysyłał nową wiadomość o morderstwie albo napadzie rabunkowym. Albo przynajmniej o jakimś przekręcie w rządzie. Logika mówiła „nie jedź”, ale moja spragniona przygody i czegoś nowego dusza skakała z radości. W zasadzie wszystko mi było jedno, dokąd jechałam, chciałam po prostu zmienić coś w swoim życiu. Zmiana lokalizacji okazała się wtedy najłatwiejsza. Bez ryzyka, bez szukania pracy (bo to firma mnie przenosiła), bez trudności w stawianiu pierwszych kroków w innym kraju.

Spakowana walizka, reszta rzeczy w kontenerze. Zaplanowane trzy lata – co dalej? Zobaczę. Zobaczyłam i… zostałam. Zwyczajnie. Zakochałam się, a moja firma na tyle mnie ceniła, że przedłużyła kontrakt. Teraz, prawie jedenaście lat później, po uregulowaniu wszystkich spraw urzędowych, jestem tu już na stałe. Choć na obywatelstwo muszę jeszcze poczekać, to jego brak nie utrudnia mi życia. Wiem, że nie wszyscy mają tak łatwo. Nikogo do przeprowadzki do RPA nie nakłaniam, choć staram się pokazać pośród negatywnych wieści i pozytywną stronę.

RPA jest krajem trudnym, ciężkostrawnym.

Takim, który porządnie może dać w kość, zwłaszcza jeśli ktoś zdecyduje się tu zostać na dłużej albo na stałe.

Uciążliwym, gdy codziennością staje się załatwianie spraw w urzędach. Nawet tak proste zdawałoby się sprawy jak zamiana prawa jazdy z europejskiego na lokalne, rejestracja samochodu czy aktualizacja danych w banku okazują się misją prawie nie do pokonania, na którą trzeba przeznaczyć cały dzień. Krajem denerwującym, gdy okazuje się, że wszędzie trzeba dojechać samochodem, bo transport publiczny nie istnieje. Całe szczęście, że w kilku (!) miastach działa Uber.

RPA jest chyba jednym z niewielu krajów, w którym niewykonalne w praktyce jest przedłużenie jakiejkolwiek wizy – bo cała procedura przedłużenia często trwa dłużej niż aplikacja o nową. To samo dotyczy zmiany statusu wizy czy nawet zmiany pracodawcy w ramach wizy pobytowej z pozwoleniem na pracę. Jest krajem smutnym, gdy okazuje się, że przyjaciół niełatwo znaleźć, bo trudno samemu gdzieś wyjść (bo przecież to niebezpieczne), a znajomi z pracy mają rodziny i własnych znajomych i po prostu im się nie chce inwestować czasu w nowe znajomości. Zwłaszcza w znajomości z postrzelonymi ekspatkami, które nie bacząc na zagrożenia, zdecydowały się wszystko rzucić i same przyjechać do Afryki.

Ale w tej swojej ciężkostrawnosci RPA jest krajem niezwykle i naturalnie pięknym, o fantastycznym klimacie i fascynującej kulturze. Zanim tu przyjechałam, sporo wcześniej podróżowałam po świecie. Podróżuję zresztą nadal – każdy urlop i długi weekend wykorzystywany jest na jakiś wyjazd. Generalnie teraz trzymam się Afryki w wakacje, a święta i długie weekendy spędzam w RPA . Po tylu podróżach mogę zdecydowanie stwierdzić, że nigdzie, w żadnym innym kraju nie widziałam tylu pięknych miejsc, co tutaj.

W RPA jest wszystko – tropikalne plaże, wysokie góry (zimą pokryte śniegiem) i dzikie zwierzęta. Nurkowanie, poszukiwanie żółwi albo gwiezdne safari na pustyni. Teatry i galerie dla koneserów sztuki, kluby i bary dla młodzieży, restauracje, kasyna i centra rozrywki dla wszystkich, którzy lubią się dobrze bawić. Przepyszne wino! Tutaj naprawdę można stać się prawdziwym smakoszem (a nawet popaść w alkoholizm). Naprawdę, nie ma po co wyjeżdżać. No, może do Mozambiku, bo tam plaże bardziej tropikalne, albo do Botswany, bo zwierzęta bardziej dzikie, albo do Namibii, zobaczyć niesamowite czerwone wydmy, które tak często zdobią okładki czasopism podróżniczych i fotograficznych… I można dotrzeć do tych wspaniałych miejsc pozostałymi po apartheidzie, porządnymi drogami.

RPA to kraj nie tylko piękny, ale też taki, w którym wiele osób znajdzie swój sposób na życie.

Bo w dalszym ciągu brakuje tu wysoko wykwalifikowanych i doświadczonych pracowników, których gotowe są słono opłacić nie tylko międzynarodowe firmy, ale nawet lokalne holdingi – dorzucając do pakietu dom albo mieszkanie, prywatne ubezpieczenie, prywatną szkołę czy samochód. Paradoksalnie, system, który miał zapewnić lokalnej etnicznej większości dostęp do rynku pracy, spowodował odpływ wysoko kwalifikowanych białych specjalistów, na których miejsce nie wykształcił jeszcze zastępstwa. W myśl tego systemu (zwanego lokalnie BEE) preferencje w zatrudnieniu mają czarni oraz kolorowi, dopiero gdy firma nie może znaleźć kandydata z tej puli, powinna rozważyć białego albo obcokrajowca. Podobne parytety występują przy przyjęciach na studia. Powoduje to oczywiście duży odpływ młodych wykwalifikowanych ludzi, pozostawiając firmom opcję zatrudnienia kandydata lokalnego o niższych kwalifikacjach albo cudzoziemca. A czasem jednego i drugiego –- i choć to dość drogie rozwiązanie, niektóre firmy na to się właśnie decydują, aby zadowolić statystyki w kwestii parytetów.

RPA to kraj gdzie można być sobie samemu „sterem, żeglarzem, okrętem” – wymyślić siebie na nowo i zacząć od początku. Wcale nie twierdzę, że to łatwe, ani że każdemu się to uda. Bardzo dużo zależy od siły woli, bo to, że od rodzaju pracy jest oczywiste. Tutaj łatwiej wybić się ponad przeciętność, bo niestety przeciętność w RPA to naciągana matura zdana na 30%

W RPA prawie 30% społeczeństwa nie ma pracy w ogóle, a 50% społeczeństwa żyje w skrajnej biedzie.

Bieda i bezrobocie nie dyskryminują rasowo – do tej grupy należą zarówno biali jak i czarni mieszkańcy RPA. Bolączką białych jest to, że teraz do tych najbiedniejszych należą i oni – za czasów apartheidu tego nie było. Szacuje się, że blisko 400 tysięcy białych mieszka w slumsach. Ale większość białych i tak należy do ok. 13% grupy podatników zarabiających powyżej 500 tysięcy randów* (ok. 150 tysięcy zł rocznie), co oczywiście samo w sobie zawrotną kwotą nie jest, ale w tym przedziale progresja zarobków jest najwyższa, a górny 1% zarabia już cztery razy tyle.

Te dysproporcje pomiędzy bogatymi i ubogimi warstwami mają oczywiście przełożenie na przestępczość, która w RPA jest bardzo wysoka. To stąd mury, zamknięte osiedla, zabezpieczenia, kraty w oknach i ochrona. Bez nich nikt się nie czuje bezpiecznie. To, co zaskakuje, to fakt jak szybko można przyzwyczaić się do tych krat i traktować je jak coś zupełnie normalnego. Dość łatwo można to wyjaśnić – po prostu przestrzeń życiowa, jaką ma się do dyspozycji jest sporo większa niż przeciętny dom czy mieszkanie w Europie. Dom z ogródkiem i basenem albo apartament w kompleksie mieszkalnym z kortem tenisowym, klubem i siłownią to dość średni standard, oczywiście dostępny tylko dla kilkuprocentowej mniejszości najlepiej zarabiających, do której i tak zaliczy się przeciętny manager czy wyższej klasy specjalista. Na takiej przestrzeni naprawdę nie grozi klaustrofobia. Gdy do pakietu dorzucimy jeszcze gosposię i ogrodnika, którzy wszystko ogarną (bo w RPA należy wręcz kogoś zatrudniać, wypełniamy wtedy obywatelski obowiązek redukcji bezrobocia), weekendowe wyjazdy w pięknie i egzotyczne miejsca czy tanie restauracje, to za tymi kratami i murami powstaje obraz dość sielankowy. Nawet płatne szkoły i droga opieka medyczna nie mącą tej idylli.

Bardzo łatwo w takich warunkach zapomnieć o całym świecie nierówności na zewnątrz, powodującym, że RPA jest takim krajem, jakim jest – o bardzo wysokiej przestępczości. Krajem z barierami nie do przejścia – jeśli szczytem możliwości młodej, rdzennie afrykańskiej dziewczyny czy chłopaka jest bycie gosposią lub ogrodnikiem. O niemrawych próbach rządu, który stara się zmniejszać nierówności, obniżając standardy w szkołach i zmuszając pracodawców do zatrudniania tychże „produktów” obniżonych standardów. O bezradności farmerów, którzy bojąc się nowych reform, coraz mniej inwestują w farmy. O wściekłości nisko opłacanych pracowników tych farm, którzy znają tylko jedną formę reakcji – brutalność i okrucieństwo. I o strachu zwykłych ludzi przed tą brutalnością…

Agnieszka Malonik / Blondynka w Krainie Tęczy

_______________________________________

* dane za 2016/2017 rok podatkowy

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.