NASZA TWÓRCZOŚĆ

NASZE OPOWIEŚCI Z OKAZJI DNIA PISARZA CZ. 2

Dorota
Zaczyna się od herbaty – jakoś trzeba zacząć. Stawiam parujący kubek w zasięgu ręki, tuż nad klawiaturą. Sięgam do myszki i wykonuję znaną sekwencję: Word – Pusty dokument.
Jakie to przygnębiające! Pusty dokument. Wybrzmiewa w tych słowach jakaś beznadzieja, fatalizm: jakby każda próba zapełnienia ekranu słowami, emocjami, sensem, była z góry skazana na niepowodzenie. Może jest – lecz ja powalczę po raz kolejny.
Otwieram zeszyt z notatkami. Zaplanowałam już cały szkielet akcji. Znam bohaterów lepiej niż samą siebie. Kolorowe, samoprzylepne kartki, których kolejność zmieniałam w ostatnich dniach wielokrotnie, opisują kolejne sceny. Czytam tę z zielonego bloczka na górze strony i kładę palce na klawiaturze.
Pierwsza scena zawsze jest najgorsza. Każde zdanie jest wymęczone, koślawe, żałośnie pojedyncze bądź barokowo ro-złożone. Walczę ze słowami, wysilam się, a palce i tak co chwilę bezradnie zawisają nad klawiszami. Wypijam łyk ciągle gorącej herbaty. W tym momencie (jak zawsze) dochodzę do wniosku, że powinnam zaczynać od czegoś niezwiązanego z tekstem, nad którym zamierzam pracować. Napisać jakąś bzdurną scenę do niczego, byle tylko rozgrzać umysł, a potem z łatwością, z biegu niemalże, przystąpić do właściwej pracy.
Nigdy nie wychodzi.
Więc mozolę się dalej ze swoją pierwszą sceną. Co chwila nachodzą mnie wątpliwości: czy to co piszę, ma w ogóle sens? Z jaką maksymalną prędkością jeździły motocykle w latach sześćdziesiątych? Czy z Poznania do Jarocina jeżdżą pośpieszne pociągi? Jaki dźwięk mają dzwony w Kościele Franciszkanów? Obok Worda w pasku zadań pojawia się przeglądarka internetowa. Odwiedzam fora internetowe, odbywam wirtualne spacery po ulicach miast. Na dwudziestej stronie wyników wyszukiwania znajduję stronę pasjonata starych motocykli, którą w ciągu ostatniego roku odwiedziło może z pięć osób. Pochłania mnie na prawie godzinę, podsuwa milion kolejnych pomysłów.
W międzyczasie gardło wyschło mi na wiór; przepłukuję je więc herbatą. Jest letnia.
Wracam do pisania, ale w przeglądarce wciąż wyrastają kolejne zakładki: słownik języka polskiego, poradnia językowa PWN, synonimy. Scena jeszcze dobrze nie powstała, a już ją redaguję: usuwam powtórzenia, wycinam nadmiar przysłówków, sprawdzam odmianę przez przypadki. W efekcie przez trzy czwarte czasu, który poświęcam na pisanie – w ogóle nie piszę. Co gorsza, wiem, że jutro scena przejdzie kolejną redakcję, pojutrze jeszcze jedną, i powtórną za tydzień, za miesiąc…
Zgłodniałam, ale już mnie wciągnęło. Nie chce mi się przerywać pracy, oszukuję więc żołądek całkiem wystygłą herbatą i klecę słowa w poszukiwaniu pięknych fraz. Trwa to, aż skończę scenę – bądź głód ostatecznie wygra z twórczym ciągiem.
Gdzieś pod skórą czuję, że to co napisałam, jest kiepskie. Płodziłam to jednak przez kilka godzin, jestem emocjonalnie przywiązana; wmawiam sobie, że po dwudziestej redakcji pierwsza scena nabierze rumieńców, ożyje, bohaterowie przemówią prawdziwym, nie papierowym głosem, a przyszły czytelnik umrze z zachwytu.
A jednocześnie doskonale wiem, że gdy za kilka miesięcy triumfalnie wystukam na klawiaturze słowo „Koniec”, następnego dnia pierwsza scena wyląduje w koszu.
Zawsze ląduje.

Dee
Usłyszałam dźwięk budzika, to moja druga połowa wstawała do pracy. Przeciągnęła się leniwie, podniosłam na łokciach i spojrzałam za okno. Wstawało piękne słońce. Słońce to dobry znak i dobry humor, nie ma powodu by marnować go w łóżku.
– już wstajesz -zapytało moje kochanie
– tak, mam fazę na pisanie, a rano pisze mi się najlepiej, może uda się, zanim dzieci wstaną, sklecić choć stronę
– to powodzenia, tylko nie zapomnij poszukać tej umywalki do łazienki
Mój mąż, twardo stąpający po ziemi facet, dla którego takie bzdury jak pisanie to strata czasu, upewnił się, że dostałam instrukcje. Według niego fajnie, że mam hobby, ale życie powinno być „always first”. Po cichu się z nim nie zgadzam, tylko po co się kłócić w taki cudowny poranek. Ptaszki śpiewają, słoneczna tarcza powoli podnosi się na horyzoncie, radując duszę. Mąż wychodzi, a ja szybciutko nastawiam ekspres, otulam się kocem i wygodnie sadowię przy biurku. Mam przeczucie, że dobrze mi pójdzie. Przymykam oczy i widzę moją bohaterkę jak ląduje na kubańskim lotnisku, pot spływa jej po łopatkach, a ona czekając na bagaż uśmiech się do siebie z radością. Rozkoszny zapach parzącej się kawy łaskocze moje zmysły.
Udało się, pierwsze linijki zapisane, niestety życie w postaci dzieci i psa upomniały się o swoje. Wiem, że przez najbliższą godzinę nic nie napisze, ale nie jest to czas stracony. Córka przy śniadaniu opowiada o koleżance ze szkoły, która pare lat temu straciła ojca i od tej pory nałogowo kłamie szukając współczucia i uwagi wsród raczej wrednych koleżanek. Może jej postać posłuży mi do wzbogacenia fabuły?
Wyszłam z  domu z psem, by powłóczyć się wokół tych cudnych wiktoriańskich, kamiennych domów. W jednym z nich, tym na rogu London Road i Boxely na pewno mieszka czarownica. Taki dom nie mógłby należeć do zwykłej osoby, jest zbyt niesamowity, zbyt przerażający, wykrzywia twarz w demonicznym uśmiechu poobijanych portali. A w tym domu na Fant Road, z kolorowymi szybami w olbrzymich oknach, obstawionymi pustymi pudełkami po margarynie na pewno mieszka nieszczęśliwie zakochany malarz. Siedzi wpatrując się beznamiętnym wzrokiem w płótno, a czas przepływa obok świadomie próbując zagoić rany w sercu artysty.
Inspiracje do opowieści pchają się do mojego umysłu drzwiami i oknami oczu, uszu, a nawet nosa, bo czyż świeżo zaparzona kawa nie skłania do poetyckich dywagacji?!
Na lunch spotkałam się z koleżanką, opowiedziała mi o dniu, w którym spotkała swojego obecnego męża. Było to na jakimś szkoleniu, siedzieli na przeciw siebie, oddzieleni stolikiem z przekąskami. Na kolorowym  talerzyku było przygotowane masło. Pomiędzy A i G tak zaiskrzyło, że koleżanka kątem oka dostrzegła topiące się od nadmiaru emocji masło, Oh jak gorąco! Pomyślałam, że ta maślana opowieść idealnie nadaje się, by ją użyć w książce. Świetne określenie: miłość od pierwszego wrażenia, tak gorąca, że stopiła masło.
Kolekcjonuję  ludzkie historie jak się kolekcjonuje znaczki. Lądują zawsze w jednym z setek zapisanych kajecików. Marzę, by kiedyś zaczęły żyć nowym życiem.
Po powrocie do domu, znowu rutyna; sprzątnie, pranie, gotowanie, a ostatnio i sprawy remontowe, ale czasami się udaje ukraść monotonii trochę cennego czasu i zanim dzieci wrócą ze szkoły powstaje scena, lub dwie. Książka ślimaczym tempem, w bólach posuwa się do przodu. Czy kiedyś ujrzy światło dzienne? Pragnę wierzyć, że tak. Czy się będzie nadawać do czytania? Się okaże…
Wieczór spędziliśmy rodzinnie, jak codzień. Wspólna kolacja, rozmowa przy stole, ponownie stała się źródłem inspiracji, bo sekretarka mojego męża  postanowiła się rozwieść, by utrzymać pracę. Małżeństwo nie może razem pracować w ambasadzie, takie są zasady, a ona bardziej ceni sobie pracę niż męża. Historia, jaką może napisać tylko życie.
Po kolacji oglądamy Grand Tour, w którym trzej prowadzący jadą do Namibii. Chłoniemy pokazane krajobrazy z otwartymi ustami. Po ostatnim pobycie w Afryce ciągnie nas tam ponownie. Ile historii mogło by  się wydarzyć w Afryce…

Share:
  • Dee Jestem sową i szczerze zazdroszczę tego porannego zapału do pracy 😉 ja zanim się „obudzę” to już jest 12:00, a i tak potrzebuje 2 kaw, na szczęście o tej porze jestem już po bieganiu, co w jakimś sensie daje mi przysłowiowego „kopa”
    Dorota- a myślałam, że z synonimów tylko ja korzystam Hehehehe, kocham je! Są jak kopalnia nowych pomysłów 😉 Też czasem spaceruje po wirtualnym świecie ulic i zakamarków, by je lepiej opisać, i też mam wątpliwości, ale to wszystko to droga do celu. Jak mawiał Edison ” Nigdy się nie zniechęcam, ponieważ każde odrzucenie niewłaściwej próby stanowi kolejny krok naprzód.” I tego się trzymajmy 😉