My, wieczni tłumacze

My, wieczni tłumacze

Jeżeli nie mieszkasz w swoim kraju, to pewnie jesteś tłumaczem.

Tłumaczem w szerokim tego słowa znaczeniu. Powiedzmy sobie szczerze, że język polski, z całym szacunkiem i miłością, jakimi do niego pałam, poza Polską na niewiele się zdaje. Kontakty z innymi Polakami mogą być bardzo owocne i potrzebne, fajnie jest sobie wspólnie ponarzekać i porównać jak to tu, jak to tam. Ale też zamykanie się i tkwienie w wąskim, polsko-kulturowym światku jest męczące i nie o to chodzi, żeby za granicą budować sobie drugą Polskę. Trzeba poznać nowy język albo dwa, albo pięć; a wraz z językiem zwyczaje, kontekst kulturowy, niuanse i drobnostki, które nie są łatwo przetłumaczalne na inne języki i kultury. Trzeba się otworzyć na nowe. Inność fascynuje, ale i irytuje, bo to trochę jak nauka życia od nowa. Trzeba wszystko przewartościować, przecierpieć, zagryźć zęby i nie zwariować.

Odkąd wyjechałam z Polski, jestem wiecznym tłumaczem. Polakom tłumaczę jaki jest Meksyk, skąd w Meksykanach ta radość życia, dlaczego rodzina jest tak ważna, czemu wszyscy się spóźniają, nikt niczego nie planuje i jak się żyje z dnia na dzień. Meksykanom tłumaczę Polskę, skąd oschłość i dystans w pierwszym kontakcie i miłość po pierwszej setce wódki, jak ważne są przyjaźnie, dlaczego na zaproszenia trzeba odpowiadać, przyjść na czas, a do tego jeszcze przynieść jakiś prezent i tak dalej…

W Stanach tłumaczę Polskę, Meksyk, a potem to samo w drugą stronę.

Nie wystarczy powiedzieć, że Stany to kapitalizm. Kapitalizm zupełnie inaczej kształtował się w Polsce, inaczej w Meksyku i inaczej tutaj, a każdy z krajów jest też na innym etapie jego rozwoju, to ma znaczenie oraz ogromny wpływ na społeczeństwo. Wiele rzeczy mnie w Stanach irytuje – konsumpcyjne podejście do życia, trudności w nawiązywaniu głębszych relacji z ludźmi, indywidualizm i ignorancja, żeby wymienić kilka. Ale też im dłużej tu jestem, tym bardziej staram się nie generalizować, zrozumieć, wejść głębiej w trudne tematy, nie sprowadzać rzeczywistości do prostych podsumowań, nawet wtedy, gdy emocje podpowiadają inaczej. Wszystko opiera się na drobnostkach, które powoli składają się w jakąś większą całość. Wychwycić te drobnostki to lata praktyki. Żeby być dobrym tłumaczem, trzeba najpierw samemu przejść przez szereg nieporozumień, kłótni, nerwów i irytacji. Żeby zrozumieć, potrzebujemy dużo cierpliwości, pokory i przede wszystkim czasu.

Mój mózg myśli w trzech językach jednocześnie. Inaczej już nie umiem. Kiedy jakaś myśl mnie nurtuje, zaczynam się nad nią zastanawiać w każdym języku. Gdy nad czymś intensywnie myślę, często wyobrażam sobie osobę, której chciałabym to opowiedzieć, na przykład moją przyjaciółkę w Polsce, wtedy myślę po polsku. Ale potem myślę o mojej znajomej pani profesor z Meksyku i przestawiam się na hiszpański, wyobrażając sobie, jak bym jej to przedstawiła, nie tylko dobierając odpowiednie słowa, ale też myśli. Myślę po meksykańsku z całym meksykańskim kontekstem historyczno-kulturowym, przenoszę się na inny poziom świadomości, dobrze dobrane słowa mają znaczenie, ale trzeba też wziąć pod uwagę cały bagaż niuansów i osadzić to w innej rzeczywistości. I tak w każdą stronę. Polski, angielski, hiszpański, Polska, Stany, Meksyk… Czy ktoś też tak ma, czy to jakaś moja prywatna schizofrenia?

Myślę w trzech językach i trzech perspektywach. W każdym języku jestem też nieco inna, o czym już tu pisałam. Czasem zapominam, jak to jest być tylko jedną osobą, bez tego całego roztrojenia, bez tych wszystkich kontekstów, bez autotłumacza, który włącza się podświadomie. Czasem marzę, aby odnaleźć w głowie przycisk off i być tylko jedną częścią siebie. Jakie to musiało być przyjemne, kiedy rzeczy i sytuacje znaczyły tylko jedno i to samo i nic więcej.

My, migranci, ekspaci, wymieńcy, nomadzi i podróżnicy jesteśmy i zawsze będziemy tłumaczami różnych rzeczywistości.

Będziemy się gubić w relatywizmie i błąkać między światopoglądami i wartościami. Będziemy zawsze i wszędzie spotykać innego, przeglądać się w jego twarzy i weryfikować samych siebie. Będziemy szukać prawdy, która będzie się nieustająco zmieniać, bo w każdym miejscu i czasie, języku i kulturze będzie inna. Będziemy płakać i krzyczeć, bo nie będziemy rozumieć, choć już się nam wydawało, że zrozumieliśmy raz na zawsze. Będziemy iść dwoma, trzema, czterema drogami na raz i w zupełnie innych kierunkach. Da się. Czuję się tak przez mniej więcej 80% czasu.

Będziemy mieć też małe chwile olśnienia i spokoju, kiedy jakimś dziwnym trafem wszystko układać się będzie w całość. Kiedy będziemy dostrzegać, że ponad tym całym kulturowym patchworkiem, maglem i chaosem istnieje poziom, gdzie to wszystko nie jest ważne, gdzie coś nas wszystkich łączy i jesteśmy tacy sami. To tylko momenty, ale to one przynoszą mi spokój i wytchnienie. A w międzyczasie trzeba pisać własny słownik, błądzić, przekreślać, podkreślać, próbować, przepisywać, dopisywać, wyrywać kartki i zaczynać od nowa.

O AUTORCE
Agnieszka (Isia) Wieczorek

Agnieszka (Isia) Wieczorek

Redaktor

Socjolożka, latynoamerykanistka.
Od 2011 roku na emigracji.
Serce ma rozbite między Polskę i Meksyk, w którym spędziła wspaniałe 5 lat życia.
Obecnie mieszka w Chicago, gdzie uczy oraz prowadzi badania
nad integracją i tożsamością kulturową migrantów.
Tęskni za chaosem, spontanicznością i magią codzienności.

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.