„Rozmowa sentymentalna” 

W starym parku samotnym, śród wieczornej mgły,
Dwie postacie przed chwilą wolnym krokiem szły.

Oczy zgasłe, uwiędła krasa ust różowa,
I ledwie dosłyszalne są ciche ich słowa.

W starym parku samotnym, śród wieczornej mgły,
Dwie mary wskrzeszać chciały dni minionych sny.

– Pamiętasz nasze dawne szałów uniesienia?
– I po cóż chcesz pan u mnie takiego wspomnienia?

– Na me imię czy zawsze serce twoje drgnie?
Czy zawsze duszę moją w snach widujesz? – Nie.

– Ach, te niewysłowionego szczęścia złote zorze,
Kiedyśmy usta do ust cisnęli! – Być może.

– O, modrość owych niebios! o, nadziei wzlot!
– Nadzieja pierzchła w bólu za chmur czarnych splot.

Tak szli, gdzie traw zdziczałych łąka legła płowa
I noc tylko słyszała szeptane ich słowa.

* * *

Paul Verlaine miał niespokojną duszę od dziecka. Jedyny potomek swoich rodziców był rozpieszczony do niemożliwości, zwłaszcza przez matkę, która zanim go urodziła, kilkakrotnie poroniła. Niestety jej samej to rozpieszczenie nie wyszło na dobre.

Paul całe życie bujał w obłokach, a gdy mu ktoś przeszkodził potrafił być nie tylko wredny, ale i agresywny. Potrafił uderzyć matkę czy żonę. Nie mógł uspokoić szalejących nim namiętności. Od zawsze chciał być poetą, ale to zazwyczaj nie przynosi chleba. Na polecenie ojca studiował więc prawo. Niestety tylko przez chwilę.

Imał się różnych zajęć, w których nigdy tak naprawdę nie potrafił wytrwać. Szaleństwo duszy rzucało go z kąta w kąt, z miejsca na miejsce. Kochał kilkakrotnie i kobiety i mężczyzn. Każde rozstanie dotykało go coraz boleśniej, wyrzynało piętno na sercu i pozostawiało cierpienie. By je zabić Verlaine pił. Najczęściej absynt, bo wśród ówczesnych artystów był to najpopularniejszy trunek. Niestety absynt słynny jest z tego, że powoduje halucynacje i  prowadzi do szaleństwa. Poecie, którym i tak szarpały emocje, absynt nie przysłużył się najlepiej. W końcu go zabił. Paul miał zaledwie 52 lata.

Z życia Verlaine’a znanych jest sporo epizodów. Najsłynniejszy jest jego romans z dziesięć lat młodszym od niego poetą – Arturem Rimbound.  Artur był niesamowicie zdolnym, nazywanym geniuszem w niektórych kręgach i niestety miał tego świadomość. Jego pewność siebie przejawiała się w aktach buntu, gwałtowności i łamania wszelkich zasad. Pewnego dnia stanął w progach Verlaine’a i wywrócił jego i tak chwiejny świat do góry nogami.

Dwójka poetów kochanków ruszyła na bezdroża najpierw Francji, potem i dalej. Ich współżycie pełne było szaleństwa, miłości, emocji, rozpaczy. Szukali odpowiedzi na dręczące ich pytania i ukojenia serca. Niestety nie udało im się, a rozstanie było drastyczne. Verlaine wylądował w więzieniu. Rimboud się trochę uspokoił, złapał dobrą robotę i jeździł dalej po świecie. Niestety w wieku trzydziestu kilku lat zmarł na raka. Pięć lat później podążył za nim Verlain, biedny, przepity, schorowany, ostatnie lata życia spędzał w szpitalach i przytułkach. Pozostała po nich olbrzymia spuścizna poezji.

Miesiąc temu spędziłam tydzień w małym francuskim miasteczku w Szampanii.  Włócząc się po okolicy odkryłam miejscowość Rethel, gdzie Verlaine, po wyjściu z więzienia był nauczycielem w miejscowej szkole. Wydawał się spokojniejszy. Pragnął zmian. Niestety znowu się zakochał w chłopcu, swoim siedemnastoletnim uczniu. Za pieniądze odziedziczone po matce kupił farmę w małej francuskiej miejscowości, Juniville, dla siebie, chłopca i jego rodziców. Mieli wieść sielskie życie rolnicze. Niestety nienauczony ciężkiej pracy, nieprzyzwyczajony do obliczania zysków i strat Verlaine przegrał z francuską biurokracją.

Juniville leży zaledwie pięć minut drogi od miasteczka Rethel. Pojechaliśmy tam któregoś popołudnia.  Poprowadziły nas znaki znaczące trakt Verlain-Rimbound. W środku wioski stoi obszerny, żółtawy budynek, dawniej była to oberża i to właśnie w niej niejednokrotnie widziano Verlaine’a zapitego w trupa lub szaleńczo rzucanego przez wewnętrzne demony, recytującego niezrozumiałą dla miejscowych poezję.

Czas i wojna wyrządziły oberży wielkie szkody, ale na szczęście w latach siedemdziesiątych pojawił się człowiek, Marcelle Ponsinet, który kupił zrujnowaną oberżę i krok po kroku restaurował ją i zbierał od okolicznych mieszkańców pamiątki po Verlaine i jego czasach. Prace kontynuowała córka Marcella, a kiedy zabrakło pieniędzy pomogło miasto. Tak powstało muzeum. Można tam zobaczyć autentyczne meble z domu, w którym mieszkał Verlaine, a który stał naprzeciw oberży – jego biurko z piórem i kałamarzem i najprawdziwsze szklaneczki z łyżeczkami do przecedzania absyntu przez cukier. Są tam rysunki Verlaine’a (bo talentu rysowniczego mu nie brakowało), książki i różne bibeloty.

Muzeum jest małe, ale jeśli będziecie w rejonie, to nie zapomnijcie go odwiedzić.  Warto. Dla chętnych link do strony muzeum, niestety jest ona tylko po francusku. Jako ciekawostkę podam, że pani, która oprowadza po muzeum jest Polką i świetnie zna historię Verlaine. Nie musicie się, więc martwić, jeśli nie znacie francuskiego.

Muzeum on line

Dorota / UK / Nie zawsze poprawne zapiski Dee

Share:
  • W wieku jeszcze nastoletnim miałam “fazę” na francuskich poetów wyklętych. Dziś fascynują mnie zdecydowanie mniej 🙂 Ale gdybym przy okazji kiedyś była w okolicach Rethel, to przynajmniej wiem, dokąd mogę się udać.