Ludzie, których spotykamy na naszej drodze

Ludzie, których spotykamy na naszej drodze

Wsiadłam do autobusu firmy Omnia i ulokowałam się wygodnie przy oknie. Nerwowo patrzyłam na wchodzących do pojazdu pasażerów. Nie miałam ochoty siedzieć koło jakiejś niesympatycznej kobiety lub cuchnącego alkoholem faceta, a na przystanku czułam takie zapachy od czekających ze mną osób. Byłam zbyt podekscytowana. Na szczęście usiadła koło mnie Ela. Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak ma na imię. Najpierw nieśmiało wymieniłyśmy uprzejmości i pierwsze informacje. Cała droga miała nam zająć kilkanaście godzin, ale ten czas jeszcze się wydłużył, bo autokar się zepsuł w okolicach Opola i czekaliśmy tam pięć godzin na pojazd zastępczy. Miałyśmy dużo czasu, by się poznać. Ela też była pełna napięcia i emocji. Rzuciła w Polsce pracę i  jechała do Londynu na zaproszenie swojej najlepszej przyjaciółki. Miała już załatwioną pracę i zapewnione zakwaterowanie. Dziewczyny znały się od czasów przedszkola. Zazdrościłam jej bardzo. Obie nie mówiłyśmy po angielsku, ja potrafiłam się tylko przedstawić, ale ona nie musiała zaczynać wszystkiego od początku, praca na nią czekała.

Na granicy w Dover byłyśmy obie bardzo roztrzęsione. Słyszałyśmy okropne rzeczy o celnikach, że przetrzepują, ile się da, że zadają masę podchwytliwych pytań. Na szczęście udało się. Z naszego autokaru wysadzili jednak dwóch młodych chłopaków, jednego za to, że w bucie miał adresy i telefony do agencji pracy, a drugiego, bo z jakiegoś powodu wiózł ze sobą torbę pełną narzędzi stolarskich. Celnik nie uwierzył, że to prezenty. Takie wtedy były czasy. Granica angielska była szczelnie zamknięta i nie każdemu udawało się ją przekroczyć. Ostatnią godzinę w drodze do Londynu szczebiotałyśmy już jak stare dobre psiapsóły. W Londynie, na znanym wśród Polaków dworcu Green Victoria, na Elę czekały jej koleżanki. A na mnie nie czekał nikt. Pożegnałyśmy się, wymieniłyśmy się numerami telefonów i każda poszła w swoją stronę.

Minęły 3 miesiące…

Mieszkałam w małym “Polaczkowie”, jak się wtedy nazywało takie miejsca. W jednym domu było około piętnaście osób, dzieliliśmy jedną kuchnię i jedną łazienkę. Oprócz właściciela i jego partnerki prawie nikt nie mówił po angielsku, choć niektórzy rezydenci mieszkali tam długie lata. Przerażało mnie to i dlatego uczyłam się, ile mogłam. Poszłam też do szkoły Callana, w której wykupiłam kurs językowy jeszcze w Krakowie. Praktycznie od razu zaczęłam też pracować, najpierw pomagałam sprzątać pani Z, przyjaciółce właściciela domu, a potem ktoś dał mi numer telefonu do pani Beaty, właścicielki agencji sprzątającej, a ta bardzo serdecznie przyjęła mnie pod swoje skrzydła i bardzo dużo mnie nauczyła (bez odpowiedniej wizy mogliśmy tylko pomarzyć o innym zajęciu). Miałam więc pracę, dach nad głową, chodziłam do szkoły i zwiedzałam. Jeszcze nie wiedziałam, co chcę zrobić z przyszłością.

Pewnego dnia zadzwonił telefon.

To była Ela. Brzmiała jakoś smutno i bardzo mnie prosiła, bym ją odwiedziła. Dała mi adres, a ponieważ akurat wypadała moja wolna niedziela, pojechałam. Ela powitała mnie w drzwiach. Wyglądała zupełnie inaczej niż kiedy poznałam ją w autokarze. Zaprosiła mnie do pokoju bez okna, wielkości schowka Harry’ego Pottera i zrobiła herbatę. Ledwo zamknęła drzwi, rozpłakała się. Chwilę trwało, zanim zaczęła mi opowiadać.

Zaraz po przyjeździe do Londynu wszystko było pięknie, przyjaciółki gadały godzinami i wspominały przeszłość, ale już następnego dnia wszystko się zmieniło. Zażądano od Eli dołożenia się do depozytu na wynajem domu, co stanowiło prawie wszystkie jej pieniądze. Domu, w którym przydzielono jej najmniejszą potterowską klitkę. Załatwiona praca to były dwa numery telefoniczne do agencji pracy, do której Ela zadzwonić nie mogła, bo nie znała angielskiego. Kiedy poprosiła mieszkające z nią dziewczyny, by za nią zadzwoniły albo by pojechały z nią na spotkanie w sprawie pracy, tamte zażyczyły sobie wynagrodzenia finansowego za taką przysługę. Pieniądze kończyły się  w zastraszającym tempie, a ona bała się wyjść z domu i siedziała na materacu (łóżko do pokoju nie weszło) oparta o ścianę i płakała. Nie miała nawet za co wrócić do Polski. W końcu zadzwoniła do mnie, bo nikogo innego nie znała. Byłam ostatnią deską ratunku i bardzo nieskromnie pochwalę się, że nie zawiodłam.

Gdzieś tam w środku wierzę, że za dobre uczynki karma odpowiada dobrem. Ale miałam szczęście i mogłam pomóc tylko dlatego, że sama miałam wsparcie od pani Beaty. Opowiedziałam jej historię Eli. Poruszona do żywego zaprosiła dziewczynę na spotkanie, dała jej pracę i dobre wynagrodzenie. Następnym razem, gdy rozmawiałam z Elą mieszkała już w innym miejscu i była zadowolona. Pieniędzy za depozyt nie odzyskała nigdy. Niestety kontakt nam się urwał, lata minęły i nawet nie wiem, czy została na stałe w Anglii, czy po prostu zarobiła na bilet i wróciła do domu.

Jaki morał z tej historii? Myślę, że każdy wyciągnie swój. Podejrzewam, że niestety bardzo wiele osób zna takie przypadki z autopsji. Może dotknęły was osobiście, może spotkaliście na swojej drodze taką przyjaciółkę, jaką miała Ela albo bezinteresownie pomógł wam ktoś taki jak Beata. Opowiecie nam o tym?

***

Imiona bohaterów, o których jest ta opowieść zostały w tekście zmienione, ale historia wydarzyła się naprawdę.

 

O AUTORCE
Dee Łukasik

Dee Łukasik

Autorka tekstów

Dee, gdy przyjechała do Anglii w 1998 r., była Dorotą, a teraz prawie nikt jej już tak nie nazywa.  Przez...

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.