Jogę poznałam przypadkiem. Plotkowałyśmy z koleżanką o Jennifer Aniston i Cameron Diaz, które zapytane o to, w jaki sposób dbają o ciało, odpowiedziały, że takie ciało to zasługa jogi.

Dobry żart, powiedziałyśmy sobie. Od tych wdechów – wydechów i skłonów ma się zrobić ciało bogini ? 

To było 3 lata temu. 
Pogrzebałam w sieci, zasubskrybowałam dziesiątki kanałów, grup. Przeczytałam kilkadziesiąt blogów. Wyszukałam sobie „fajne filmiki” na cały rok, codziennie inny, żeby się nie znudzić. Z zapałem neofity rzuciłam się na codzienne trenowanie skomplikowanych poz. Zapału starcza zwykle na tydzień-dwa.

Lubię jogę, ale…

Są dni, w które zupełnie mi nie po drodze na matę. Dziś wiem, że w takie dni warto zadać sobie pytanie – po co ja to robię? Trzy lata to szmat czasu. Dociera do mnie znaczenie banalnego powiedzenia: Joga to ścieżka. Joga to wyprawa.

Oto co dziś jest na mojej ścieżce:

Po pierwsze, wypisałam się z tych dziesiątek grup, zrezygnowałam z newsletterów i abonamentów, bo uświadomiłam sobie, że te codzienne przypominajki bardziej mnie frustrują niż motywują. Poza ulubionymi trzema youtubowymi instruktorkami Yogi (Yogi Nora, Ali Kamenova i Lesley Fightmaster – i tak nie jestem w stanie zrobić wszystkich ich programów), odstawiłam na bok wszystkie inne, na pewno wartościowe zajęcia.

Po drugie postanowiłam skoncentrować się na ćwiczeniu woli bardziej niż asan. 
Bo dla mnie w tym momencie ważniejsze jest to, bym codziennie grzecznie rozwinęła matę, codziennie rozciągnęła moje ciało i znalazła chwilę tylko dla siebie. 
Oczywiście fajnie jest na przykład stanąć na głowie albo zrobić mostek, ale są to tylko efekty uboczne rozciągniętego i „wygimnastykowanego” ciała. 

Po trzecie, oczyściłam playlistę.

W jaki sposób mogę zaobserwować, że robię postępy? Wykonując przez miesiąc te same ćwiczenia. No dobrze, nie codziennie przez 30 dni te same, ale mam dziś zestaw 5 seansów, na 5 dni tygodnia, które powtarzam przez miesiąc. Weekendy pozostawiłam sobie wolny wybór – jeśli mam ochotę, mogę praktykować, jeśli nie mam ochoty – to też świat się nie zawali. Po miesiącu rzetelnego wykonywania praktyki, zmiany są naprawdę zauważalne.

Warto wspomnieć, nawet osobom, które świetnie sobie radzą z ashtanga joga, że czasem powrót do korzeni, do prostych asan, może być źródłem odkryć i satysfakcji. Tak, można się spocić wykonując podstawową wersję „Pozdrowienia Słońca”.

Mój bardzo nieregularny tryb życia nie pozwala mi praktykować codziennie o tej samej porze. Jednak udało mi się nauczyć rodzinę, że ta godzina, podczas której jestem obecna z nimi jedynie ciałem, w pokoju obok, jest zbawienna dla całego rodzinnego ekosystemu. Przez godzinę myślę o czymś innym niż o pracy, wywiadówkach, cudzych lekcjach, dąsach, praniu, życzeniach wszelakich. Wracam spocona, ale z wypoczętą głową.

Wielkim wsparciem są dla mnie dziewczyny z Klubu Polek i jogowej grupy wsparcia. Dziękuję! Bo kiedy siada motywacja, Wy tam jesteście i dajecie zastrzyk niezbędnej energii. Oczywiście, najlepiej jest znaleźć zajęcia jogi z prawdziwym trenerem, wyjść z domu i spotkać się z grupą gdzieś na neutralnym terenie. 
Brak takiej opcji nie powinien być jednak przeszkodą w regularnej praktyce.

Z wielką uwagą przeczytam o Waszych pomysłach na podtrzymanie motywacyjnego żaru praktyki jogi.

Agnieszka Rivollet / Francja / Chatka Baby Jogi

Share:
  • Pięknie! Ja praktykuję ale bardzo… delikatnie. Stanie na głowie wciąż przede mną. A i tak jestem lata świetlne w stosunku do tego, jaka byłam kiedyś. Ciało niesamowicie się zmienia. Trzymaj tak dalej. A ja będę się inspirować 😉

  • Anne

    Ja też byłam zaskoczona kiedy po pierwszych zajęciach jogi (zrobiłam od razu dwudniowe seminarium) miałam mega zakwasy na całych plecach 🙂 Joga daje popalić! Jest moc!

    • Dwa dni na początek to faktycznie mega wyzwanie. Zakwasy dowodzą tylko tego, że jednak całe ciało dostaje porządny wycisk. A przy okazji umysł odzyskuję równowagę 😉
      Brawo !

  • Lucyna Drewniowska

    Motywacyjny żar?? Ja mam dwie metody: 1) ćwiczę kiedy czuję, że ciało potrzebuje – wtedy nabieram większej ochoty, 2) mam swobodną rozpiskę tygodnia (tz że kiedy nie mam ochoty, albo coś mi wypada nie realizuję planu, ale skoro wiem, że jest swobodny to nie mam związanego z tym stresa) – sama sobie w jakiś sposób narzucam, którego dnia ile czasu poświęcić na ćwiczenia. Na mnie to działa, pozwala mi to nie mieć pretensji ani do siebie ani do otoczenia 🙂

    • Ja mam podobne podejście do sportu, nie tylko do jogi. Moje ciało samo się domaga sportu, wtedy biorę torb i uciekam na siłownię albo na jakiś kurs. Przesada w nigdy nie wychodzi na zdrowie 😉
      Pozdrawiam Klubowiczka z Francji

  • Wróciłam do jogi niedawno. Jakoś w połowie ciąży odpuściłam sobie aktywność fizyczną- wiecznie spałam. Po urodzeniu Jaśka miałam „ciśnienie” na odzyskanie figury wiec rzuciłam się w wir ćwiczeń- tu u mnie nigdy nie było problemu z motywacją. Jak wariat potrafiłam ćwiczyć i o 23. Intensywny tryb ostatnich dni i ogrom stresu przypomniał mi o jodze. Wracam powoli, proste pozycje, dużo kontroli nad ciałem. I ja już widzę rezultaty. Ba! Mam zakwasy nawet! W te 40-60 min odpoczywam jak nigdy. Z przyjemnością odwiedzę filmy o których napisałaś. Trzymam kciuki za regularność!

    • Fantastyczne jest w jodze właśnie to, że mimo tego, iż nasze ciało dostaje niezły wycisk podczas seansu, to i tak po nim czujemy się wypoczęci:)
      Również życzę powodzenia i dużo mniej stresu w zyciu codziennym.
      Pozdrawiam – Asia Klubowiczka z Francji 🙂

  • Ja muszę w końcu zacząć! Niby chcę ale jakoś nie mogę się za nią zabrać. I tak czas leci. To chyba będzie moje postanowienie noworoczne 😉