Kręgi Kobiet, tantra i celebrowanie kobiecości

Kręgi Kobiet, tantra i celebrowanie kobiecości

Kobieca seksualność w wielu kulturach jest albo demonizowana, albo zepchnięta do poziomu tabu czy nieczystości, sprowadzona do pornografii lub z innej strony – traktowana jak akt higieny osobistej, jak mycie zębów, coś absolutnie codziennego, pozbawionego najmniejszych okruchów ceremonii.

Czy wyobrażacie sobie, że seksualność może zostać wyniesiona do rangi przeżycia duchowego? Jeśli tak, ścieżka tantryczna jest zdecydowanie dla was.

Na tantryczny Kręg Kobiet, serie weekendowych warsztatów przeznaczonych tylko dla kobiet, trafiłam już po tantrycznej inicjacji u boku mojego męża. I nawet jako osoba już „zaawansowana” na tej drodze, znów odkryłam kolejny, dotąd ukryty przede mną świat. Świat kobiecej życzliwości, zrozumienia, poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa. Co więcej odbyło się to w kręgu czterdziestu – na początku obcych sobie – osób.

Myślę, że wszystko zaczyna się właśnie od akceptacji tej kobiecej bliskości.

Nie wiem, jak wygląda wasza codzienność. W moim przypadku dużo jest w niej „kobiecej samotności”. Życie we Francji jest proste i przyjemne, ale w moim otoczeniu wszyscy są zabiegani i zwyczajnie zajęci swoimi sprawami. Spędzam miłe chwile z moim mężem i rodziną. Mam również bliskie przyjaciółki, którym mogę się wygadać (głównie dzięki internetowi) i nacieszyć wspólnymi sukcesami, ale nie wisimy na telefonie codziennie i nie spotykamy się tak często, jak byśmy tego chciały.

Niektóre z nas mają przykre doświadczenia związane z obecnością innych kobiet w naszym życiu, plączą się w nich jakieś wszechobecne „byłe”, wścibskie teściowe, apodyktyczne matki, wredne współpracownice w biurze itp. Rośnie wówczas w nas przekonanie, że kobiety nie potrafią być dla siebie, z nielicznymi wyjątkami, miłe.

W moim codziennym rozkładzie zajęć nie ma miejsca na to, by zwyczajnie wpaść do kogoś  z wizytą, pomóc sobie wzajemnie w przygotowaniu zwykłego obiadu, usiąść przy herbacie z szydełkiem w ręku i poopowiadać różne historie.  Kiedy się już spotykamy – i to jest naprawdę wspaniałe – jest to prawdziwe święto, do którego się przygotowujemy. Podkreślam – to piękne i wyczekiwane chwile, jednak pozostają w rejestrze przyjemności wyjątkowych.

Czy znacie książkę Anity Diamond „Czerwony Namiot”? Tytułowy Czerwony Namiot to nie tyle miejsce czy instytucja, ale prawie legendarny obyczaj. Według opowieści, w zamierzchłych czasach, raz w miesiącu, podczas pełni księżyca, spotykały się kobiety z jednego klanu. Wcześniej gotowały mężom i większym dzieciom jedzenie na trzy dni, sprzątały swoje domy, świeżo upieczone matki zabierały niemowlaki i chowały się w Czerwonym Namiocie przed światem, by odpocząć od codziennych obowiązków. Tu wspólnie przeżywały miesiączkę, opiekowały się ciężarnymi, młodymi matkami i ich brzdącami lub starszymi kobietami, krótko mówiąc – sobą wzajemnie. Mogły wymienić się plotkami, niepokojami, zapytać o poradę. Pomilczeć, posmucić się lub poweselić. Poopowiadać sprośne historie, poplotkować.

O ile przyjemniej plotkuje się we wspólnym gronie wiedzą na przykład członkinie Klubu Polki, bo prawie codziennie spotykamy się w naszej internetowej grupie, nawiązujemy sympatie i tworzymy więzi. Czasami mam wrażenie, że ta nasza grupa to taki permanentny Czerwony Namiot. Jednak brakuje czegoś kluczowego. Fizycznej obecności i intymności, wynikającej z przebywania w swoim towarzystwie.

A teraz wyobraźcie sobie, że oto w XXI wieku możliwe jest odtworzenie takich prawdziwych duchowych i fizycznych wspólnot. My, potomkinie tych kobiet z Czerwonych Namiotów, spotykamy się teraz, w weekendy (jeśli to możliwe podczas pełni księżyca) w zameczkach lub przytulnych hotelach. Zorganizowane są posiłki, zapewnione zewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, bo całe miejsce należy do nas. Spotykamy się w pięknie ozdobionej sali, tańczymy, śpiewamy, gramy na instrumentach, siadamy w kręgu i budujemy więzi.

Dzięki rozmowom poznajemy się coraz lepiej. Wymieniamy opowieści i doświadczenia, pytamy o rady. Płaczemy, śmiejemy się, tarzamy w liściach lub rosie. Oczywiście nie mieszkamy po sąsiedzku, nie znamy swoich przyzwyczajeń kulinarnych, pochodzimy z różnych środowisk. Co więc nas łączy?

Tantra.

Moim zdaniem nie ma jednej definicji tantry. Uważam również, że koncept tantry jest niezależny od jakiejkolwiek religii, a jednocześnie zupełnie kompatybilny z każdą z nich. Jedynym warunkiem zgodności jest szacunek dla siebie, dla innej osoby, dla swojego ciała, akceptacja swoich emocji i nie ingerowanie w to, co przeżywają inni. Nie ma nic wspólnego z wyuzdanymi praktykami seksualnymi czy homoseksualnością.

Czym więc jest tantra? Dla mnie jest ścieżką odkrywania przede wszystkim własnej seksualności i nadawania jej charakteru bardziej świadomego i rytualnego. Nauka akceptacji i miłości swojego własnego ciała. Pozbywaniem się fałszywego wstydu. Dzieleniem się praktykami, które w innych warunkach trudno się przekazuje. Na przykład – temat menopauzy. Czytamy o niej w gazetach, o nielubianych koleżankach w pracy mówimy pogardliwie – ta to pewnie ma napady gorąca. Nie rozmawiamy o tym z własnymi matkami czy teściowymi. I później, ten naturalny przecież stan spada na nas jak grom z jasnego nieba. Jesteśmy zagubione, zrozpaczone, nie możemy pogodzić się z tym stanem rzeczy.

Powiem wam, że dopiero na tantrycznych kręgach kobiet odkryłam piękno menopauzy, przejścia z jednego etapu w drugi, zamknięcia pewnego rozdziału w życiu kobiety i pogodę ducha, którą daje akceptacja tego okresu.

Albo: naszą wiedzę o własnej seksualności nabywamy – w większości – samotnie. Czasami przez wszechobecny erotyzm zbliżony niebezpiecznie do pornografii. Przykładem tego jest „moda na przystrzyżone futerko”. Jakby czuprynka naszego łona miała wpływ na to, jak przeżywamy uniesienia naszego ciała i umysłu.

No właśnie, a co z orgazmem?

Czy na pewno jesteśmy świadome tego, co przeżywamy? Czy aby nie zamykamy oczu, kiedy nadchodzi ta wyczekiwana błogość, by pomóc jej naszymi fantazjami, zamiast przeżywać ją w pełni świadomie?

Często seksualności uczymy się z naszym partnerem. Wtedy cudze słowa i reakcje przyjmujemy jako potwierdzenie, że „to” ma na pewno „tak” wyglądać. Już nie mówię o sytuacjach, w których, kiedy już partner znajdzie sposób, by sprawić nam przyjemność, następnym razem będzie się uciekał do „znajomych trików” i tak, raz po razie wyjątkowość odkrycia przekształci się w rutynę.

A dzięki tantrze odkrywamy właśnie swoje indywidualne potrzeby seksualne. Uczymy się ich nie poddawać krytyce. Można zapomnieć o porównywaniu się do innych, o obawach związanych z byciem „nie taką”, z odrzuceniem.

Oczywiście nie każde warsztaty tantry związane są z ideą Kręgu Kobiet i nie każde Kręgi Kobiet opierają się na założeniach tantry.

Osobiście, w tym morzu możliwości, które otwiera przede mną życie w tym czasie i w tym miejscu na Ziemi, znalazłam w takiej właśnie formie swoją ścieżkę celebrowania kobiecości.

Na co dzień, kiedy czuję, że moja rezerwa kobiecej życzliwości dla innych się wyczerpuje, wyciągam pudełeczko z moimi prywatnymi „artefaktami”. Modlę się (tak, odmawiam „zdrowaśkę”), zapalam świeczkę i po mojemu, tak jak się tego nauczyłam na Kręgach, „łączę się ze sobą”. Zastanawiam się, czego mi brak, by przywrócić równowagę i działam w tym kierunku.

A Wy? Macie doświadczenie tantry, kobiecych kręgów lub tantrycznych kobiecych kręgów? Czy bardzo są różne od tego, co tu przeczytałyście?

Agnieszka Rivollet / BabaJoga z Chatki

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.