Kolega

Kolega

Przesłałeś zdjęcie knajpy. Piszesz „siedem lat tu nie byłem”, a potem dopisujesz: „Kiedyś byliśmy tu na rybie. Pamiętasz?”

I właściwie nie wiem, o co pytasz. Czy pamiętam rybę? Nie. Knajpę oczywiście. Ciebie też pamiętam. I te skomplikowane emocje, których tak bardzo nie potrafiliśmy albo nie chcieliśmy pokazywać sobie nawzajem. Każde spotkanie (broń Boże randka!) okraszone było ogromną ilością literatury, opowieści o filmach w gęstym sosie ironii i czarnego humoru. Lubiłeś tak ze mną rozmawiać, bo tylko ze mną mogłeś. Ja mogłam z innymi też… ale nie w tym kraju. W swoim ojczystym – owszem. Ale w Chinach? Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć chińskich znajomych, którzy regularnie czytają. Fantastykę – tylko Ty. A trzeba sporo przeczytać, żeby sobie wykształcić tak specyficzne poczucie humoru. I trzeba trafić na kogoś, kto też je rozumie. Świetnie się więc rozumieliśmy. Nie tylko dzięki fantastyce przecież. Interesował nas język chiński. Lubiliśmy grać razem w ping-ponga, śpiewać… Nigdy nie zapomnę tych urodzin, podczas których trzy godziny siedzieliśmy z gitarą i słowami naszych ulubionych piosenek. Potem było jeszcze wspólne ciacho. Wspólne, bo nawet urodziny obchodziliśmy dzień po dniu, a więc – razem.

Na początku był ping-pong. Rozmowy. Wspólne lunche. Rzadko, ale intensywnie. Ja, obcokrajowiec, pokazywałam Ci miasto, w którym mieszkałeś dłużej ode mnie, od zupełnie innej strony. Nie byliśmy nierozłączni, ale… jak to się mówi? Wyglądaliśmy na ładną parę. Mówili tak nasi wspólni znajomi i zupełnie obcy ludzie.

Co jeszcze pamiętam? Że odpisywałeś natychmiast nawet na te SMS-y, które posyłałam do Ciebie po pijaku, o czwartej nad ranem. Że obiecałeś, że zawsze będziesz miał czas, by mnie wysłuchać. I że dotrzymałeś obietnicy, nawet gdy mieszkałam setki kilometrów od Ciebie.

Pamiętam małe zgrzyty – niedopasowania. Różnice kulturowe nie śpią. Kilka spraw poważniejszych, wiele drobiazgów. Tylko – one nic mnie nie obchodziły, bo z każdego spotkania wracałam z uśmiechem.

Pamiętam naszą ostatnią nie-randkę. Szarpnąłeś się na Starbucksa, a ja Ci opowiadałam o randkach w ciemno, które poustawiała na te dni moja swatka. Byłam już po jednej, czekały mnie jeszcze dwie. „A co zrobisz, jeśli jutrzejszy pierwszy kandydat ci się spodoba?”. Odpowiedziałam, że i tak pójdę na randkę, bo zostanę zaproszona na kolację i nie będę musiała wydawać kasy na jedzenie. Śmialiśmy się z tego jak głupki.

Ten „pierwszy jutrzejszy kandydat” to mój mąż.

Kiedy wysłałam zaproszenie na nasz ślub, długo nie dawałeś znaku życia. Zapytałam, czy przyjdziesz. Odpowiedziałeś: „Obawiasz się, że za bardzo by mnie to zabolało?”. A za chwilę: „Przyjdziemy we dwoje”.

Pół roku później ty też byłeś już żonaty.

Spotkaliśmy się w szpitalu. Na ginekologii i położnictwie. Twoja żona miała brzuch niewiele większy od mojego. Dziś wymieniamy się zdjęciami naszych pociech.

Dlaczego nagle pytasz, czy pamiętam? Czy ta pamięć cokolwiek zmieni? Potoczyliśmy nasze życia odmiennymi ścieżkami, całkiem osobnymi. W Twoim życiu nie ma miejsca dla mnie, tak samo jak w moim nie ma go dla Ciebie. Czasem zastanawiam się, czy byliśmy za bardzo zaprzyjaźnieni, czy zbyt mało? Czy po naszych spotkaniach Ty też nosiłeś na twarzy ciepły uśmiech? Czy byliśmy zbyt nieśmiali, czy zbyt pragmatyczni? No i – czegóż Ci teraz brakuje, że szukasz tego właśnie u mnie?

Ja już nie szukam. Zamknęłam Cię w szufladce z napisem „dawno, dawno temu”, a kluczyk… zgubiłam. Bywaj zdrów!

O AUTORCE
Natalia Brede

Natalia Brede

Autorka tekstów

Absolwentka studiów dalekowschodnich na UJ.
Azjofilka, herbaciarka, od 2008 r., z roczną przerwą,
mieszka w Chinach, w prowincji Yunnan.
BLOG: Biały Mały Tajfun.

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.