Językowy analfabeta

Językowy analfabeta

Sytuacja ta zdarzyła się dwa lata temu, kiedy pierwszy raz od ponad siedmiu lat spędziłam dwutygodniowe wakacje w moim rodzinnym mieście. Wraz z dawno niewidzianą rodziną rozmawialiśmy o wielu rzeczach, głównie jednak o tym, jak się odnalazłam we Francji, czy było mi trudno i czy lubię tam mieszkać. Kiedy odpowiadałam na kolejne pytanie, z ust mojej cioci padło: „Ależ ona jest francuska, ma nawet lekki akcent, kiedy mówi!”. I uwierzcie mi, że nie wiedziałam co powiedzieć!

Przyznaję, mam bardzo mały kontakt z językiem polskim – mówię po polsku jedynie z moim partnerem i rodziną. Już nie jeden raz zabrakło mi słowa i musiałam się posiłkować szybkim wyszukiwaniem w Google albo dyskretnym pytaniem do chłopaka. Mój zasób słów staje się coraz uboższy, choć staram się regularnie czytać polskie teksty i książki. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że polonistką na pewno nie będę – swoją edukację w Polsce zakończyłam po pierwszej klasie gimnazjum, a po przeprowadzce do Francji moje ponowne spotkanie z językiem ojczystym w jego jak najbardziej poprawnej formie, miałam dopiero na maturze, kiedy to zdecydowałam się wybrać ten język na egzamin dodatkowy.

Od kiedy skończyłam trzynaście lat posługuję się głównie językiem francuskim. I nie jest on idealny. Nadal są związki frazeologiczne, których znaczenia nie rozumiem; francuski z czasów Moliera czy Racine bywa dla mnie niezrozumiały. Po niemal dziesięciu latach życia we Francji, nadal mam resztki polskiego akcentu. Resztki, ponieważ zarówno w pracy jak i na uniwersytecie ludzie już praktycznie go nie zauważają, co jest dla mnie sporym osiągnięciem i powodem do dumy. Ale wątpię, że kiedykolwiek będę perfekcyjnie władać tym językiem.

Jest jeszcze angielski! Angielski, który jest brutalnie kaleczony przez Francuzów, dlatego też postanowiłam, że chociaż na tym polu będę od nich lepsza. I faktycznie, przez trzy lata liceum i dwa pierwsze lata studiów nauczyciele podkreślali, że nie mam francuskiego akcentu, wymawiam „h” wtedy, kiedy trzeba i rozróżniam „heat”, „hit” i „eat”, a uwierzcie mi, że dla Francuza to nie lada wyzwanie! Jednak nie tak dawno, kiedy rozmawiałam z kimś po angielsku, usłyszałam, że… mam uroczy, francuski akcent! Serduszko moje pękło na kilka kawałków i do tej pory je sklejam i ratuję się piosenkami Simona i Garfunkela.

Moja językowa tożsamość ma chyba schizofrenię. Wystarczy spojrzeć na moją listę na zakupy, którą piszę na pięć minut przed wyjściem z domu, a kiedy już jestem w sklepie i spoglądam na karteczkę zastanawiam się, kto mi ją dał i dlaczego nie zdecydował się na stworzenie jej w jednym języku. Bycie poliglotą jest zdecydowanie świetne, czasem jednak tęsknię za chwilami, kiedy mówiłam dobrze chociaż w jednym języku!

Karolina / Francuskie Życie

Dodaj komentarz

Twój email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.