MY POLKISTYL POLKI

JAK POKONAĆ TRĄDZIK W 21 LAT

Budzisz się rano, idziesz do łazienki i pierwszy rzut oka w lustro psuje Ci humor na cały dzień.

Owszem, w swojej świadomości lubisz i akceptujesz siebie. Okay, to nie było proste, ale z czasem się udało. Wiesz jakie są Twoje wady i zalety, jakoś tam sobie na co dzień radzisz, uważasz, że masz całkiem fajny nos, ładne oczy, dobry słuch muzyczny i talent do języków obcych. Tylko wszystko znika momentalnie kiedy widzisz swoją twarz.

Od teraz nic nie jest ważniejsze: ani rozmowa o pracę, która czeka Cię za 3 godziny (i którą odwołasz pod głupim pretekstem), ani randka z fajnym chłopakiem w najbliższy piątek (ją też odwołasz), ani nawet to, że ostatnio trochę przytyłaś. Obraz Twojej zniszczonej przez trądzik twarzy, blizn i rozszerzonych porów, ogromnych, czerwonych zmian pod skórą, które bolą się nawet wtedy, gdy się pochylasz, potrafi zniszczyć nawet doskonale rozpoczynający się dzień. Odechciewa Ci się wszystkiego, wiesz dobrze, że żaden makijaż nie przykryje tego w zupełności. I tak – wiesz, że mało kto zwraca uwagę na stan Twojej twarzy: bliscy mówią, że nie widać, magazyny psychologiczne przekonują, że ludzie nie przejmują się nami tak bardzo, jak robimy to my sami, a mimo to masz ochotę zostać w domu. Ponadto prześladuje Cię wspomnienie kilku sytuacji, kiedy na ulicy podchodzono do Ciebie i pytano, czy chodzisz do dermatologa. Nie, nie złośliwie – w dobrej wierze, a nuż dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji.

Czy znasz to uczucie?

Ja aż nazbyt dobrze.

Ten wpis jest czymś w rodzaju mojego coming-outu, o ile można to tak nazwać. Tyle lat całkiem udanego maskowania poważnego problemu, który miał znaczący wpływ na moje wybory życiowe, to jaka byłam i jaka się stałam… może pora przełamać też ten schemat, że problemy ze skórą należą do tych wstydliwych, o których się nie mówi?

Od 14 roku życia walczyłam z trądzikową cerą. Zaczęło się od typowego trądziku dojrzewających dziewczyn. Wizyty u dermatologa, antybiotyk, jakiś śmierdzący siarką krem zamawiany w aptece, który brudził całą poduszkę. To okres hormonalnego szaleństwa, minie – przekonywałam sama siebie, kiedy lekarstwa nie pomagały. Mijał czas, trądzik nie znikał – zmieniały się tylko leki. Potem zaczęłam zmieniać dermatologów: denerwowało mnie, że nic nie pomaga. A raczej pomaga – ale tylko na krótko. Zwykle efekt po przestawieniu się na nowy “cudowny” środek był spektakularny: najpierw gwałtowny wysyp na twarzy, potem cera niemal jak alabaster. Po miesiącu-dwóch wracałam na stare tory.

Nie umiałam funkcjonować bez makijażu, przy czym makijaż w moim przypadku to głównie pacykowanie się podkładami i pudrami. Zmieniałam je często, wciąż szukając ideału, który przykryje niedoskonałości. Korektor był stałym gościem w mojej torebce.

Jak na złość trądzik pojawiał się tylko na twarzy, ewentualnie szyi. Omijał plecy czy dekolt. Kiedy czytałam w młodzieżowych czasopismach, że ktoś wstydzi się wyjść na plażę z powodu pryszczy na plecach, miałam ochotę od razu się zamienić: mój problem towarzyszył mi cały rok, zawsze. Powodował, że wstydziłam się wychodzić “do ludzi”, randkować, wszystkich trzymałam na dystans – byłam pewna, że kiedy zbliżą się, zobaczą moje pryszcze.

Kolejni lekarze, kolejne badania – hormony w normie, krew w normie, nie mam żadnej tajemniczej choroby (a tak marzyłam, by coś wykryto – by wreszcie znaleźć przyczynę). Kazano mi wyleczyć zęby, migdały – zęby wyleczyłam, migdały wycięłam, bez zmian. Dostaję leki antykoncepcyjne Diane 35 – pomagają na trądzik. Faktycznie przestaje się pojawiać (trądzik nie jest pokonany, po prostu uśpiony), ale za to mam skutki uboczne: mam dziwne mroczki przed oczami (po latach wiem, że były to migreny bez aury), rzucam hormony i postanawiam ich więcej nie brać. Obchodzę 20-te, potem 25-te urodziny, nadal żadnych zmian.

Mama prowadzi mnie do specjalistki medycyny chińskiej, która robi dziwne badania. Trochę mnie przeraża, bo pyta o moje menu. Co jem? Postanawiam się przyznać, że uwielbiam czekoladę, chrupki i chipsy, jem też orzeszki, dużo fast foodów. Ale za to jestem wegetarianką, lubię warzywa, owoce i nie cierpię smaku mięsa!

To nic nie zmienia, specjalistka grozi mi palcem: “Jeśli będziesz nadal tak jeść, grozi ci cukrzyca!” Przepisuje mi ścisłą dietę: żadnego cukru, przetworzonego jedzenia, czarnej herbaty i kawy, daje jeszcze jakieś proszki i coś do smarowania twarzy. Jest ciężko, ale postanawiam wytrwać.

Po miesiącu mam ochotę skakać pod sufit – cera jest fantastyczna, wszystko się zagoiło, niemal nie muszę się malować (zostały tylko blizny), zapomniałam już, że jestem taka ładna! Mija kolejny miesiąc, nadal wyglądam świetnie.

Tymczasem nadchodzą Święta Bożego Narodzenia – obiecałam sobie zjeść tylko jeden kawałek ciasta, w nagrodę… ale nie dałam rady. Objadłam się jak bąk, z czasem wracam do starych nawyków, nawet do słodzenia herbaty. Cera znów robi się fatalna a ja zapominam o sprawie i znów poszukuję cudownego leku na trądzik.

Moja mama upiera się, że wszystko tkwi w diecie – ja odpieram argumenty: skoro tak, to dlaczego żaden lekarz (poza chińską “znachorką”) dotąd o to nie zapytał? Dlaczego dermatolodzy wciąż przepisują mi nowe leki, maści i kremy, skoro rozwiązanie miałoby być tak proste?

Jem po staremu, lubię sobie dogodzić, a na studiach, jednocześnie dorabiając, nie mam czasu i ochoty na gotowanie.

W wieku 25 lat wyjeżdżam do pracy do Turcji, cera trochę się poprawia – uważam, że to przez słońce. Faktycznie po powrocie do Polski znów mam wysyp. Po 3 latach poznaję w Turcji obecnego partnera. Jest maniakiem gotowania i dobrego jedzenia. Nie je chipsów, które są moim ulubionym posiłkiem. W ogóle mało je gotowców, unika fast-foodów. Zauważam, że kiedy zaczynamy razem mieszkać cera mi się poprawia. Moja babcia uważa, że to “no wiesz… jak by ci to powiedzieć…” – i powtarza popularny pogląd, że chodzenie do łóżka z mężczyzną wszystko potrafi wyleczyć.

Postanawiam wytoczyć najcięższą artylerię: głośno dyskutowany, kontrowersyjny lek roaccutane (izotek). Lekarka przepisuje mi odpowiednie dawki. Używam go przez 8 miesięcy, zaliczając wiele skutków ubocznych. Jestem zmęczona, wciąż łapię przeziębienia, wysusza mi się skóra, ale faktycznie twarz mam wspaniałą.

Lekarka decyduje o zaprzestaniu kuracji – robi to jednak za wcześnie i znów przeżywam jeden z najcięższych powrotów trądziku w moim życiu. Mam ochotę zabunkrować się w domu, chętnie pochowałabym wszystkie lustra.

Jestem już po 30-tce i wciąż mam trądzik. Śmieję się, że kiedy moje koleżanki walczą z pierwszymi zmarszczkami, ja wciąż, jak nastolatka, borykam się z pryszczami!

Dzięki lekturze wielu forów internetowych i blogów postanawiam wprowadzić drobne zmiany, które polepszają stan skóry:

    • odstawiam wszystkie kosmetyki przeciwtrądzikowe z alkoholem, które używałam przez lata
    • piję więcej wody
    • używam kremów mocno nawilżających, zaczynam czytać składy kosmetyków i staram się kupować to, co antyalergiczne – tak na wszelki wypadek
    • porzucam klasyczny makijaż na rzecz kosmetyków mineralnych w proszku. Uczę się malować pędzlem skórę, z czasem nabieram wprawy. Widzę, że odpoczywa, wyraźnie się zmienia.

Przełom w walce z trądzikiem nastąpił dopiero rok temu – czyli gdy skończyłam 35 lat. Po 21 latach walki z trądzikiem, katowaniu skóry i organizmu czym się dało, odkrywam trochę przypadkiem, że szkodzi mi… laktoza. Pomysł podrzuciły wygrzebane gdzieś artykuły i pobyt w Australii, gdzie codziennie mieliśmy rytuał jedzenia pysznego sernika i popijania go latte… moja twarz wyglądała po prostu strasznie.

A kiedy rzucałam sernik (myśląc, że chodzi o cukier), szliśmy na pyszną włoską pizzę posypaną serem…

Po powrocie do Turcji postanowiłam raz na zawsze skończyć z tym koszmarem.

Drastycznie ucięłam wszelkie źródła laktozy: mleko, sery, jogurty, mleczną czekoladę i wszystko inne. Efekty nie były spektakularne, trwało to strasznie długo. Z ciężkim sercem odstawiłam więc także wszelką przetworzoną żywność: sklepowe pieczywo, smarowidła, słodycze, chipsy… Od dwóch lat nie słodziłam już herbaty i kawy. Nie mając pomysłów na to co jeść, zaczęłam się inspirować dietą wegańską i bezglutenową. Zaczęłam spożywać więcej warzyw, eksperymentowałam, odkrywałam nowe smaki.

Cera powoli, powoli, zaczęła się zmieniać.

Najtrudniejsze w tej walce było to, że kiedy dieta przynosiła efekty cieszyłam się tak bardzo, że “w nagrodę” dogadzałam sobie czekoladką czy innym typowym smakołykiem. Dopiero niedawno zrozumiałam, że nawet jeśli po jednym “grzechu” nic na twarzy się nie działo, kiedy powtarzałam je częściej, efekt był – ale nie od razu, tylko po 2-3 tygodniach.

Kolejnym przełomem było dwukrotne podjęcie słynnego warzywnego “postu Dąbrowskiej”. Najpierw pościłam 3 tygodnie, w kolejnym podejściu 2. Post pozwolił mi odkryć bogactwo warzywnych smaków, znacznie poprawił stan skóry.

Nie jestem znawcą, raczej doświadczonym w bojach praktykiem niż teoretykiem, wielu rzeczy nie potrafię fachowo wytłumaczyć, ale w przypadku kobiet jestem przekonana, że sytuacja na naszych twarzach “zatacza koło” równolegle z cyklem miesięcznym. Po półtora roku obserwacji widzę, że im bardziej dbam o skórę i zdrowe odżywianie, tym podczas owulacji czy przed okresem skóra jest w lepszej kondycji. Jeśli sobie dogadzam, to owszem, na bieżąco “nic nie widać” (chociaż po mleku zazwyczaj efekt jest piorunujący). Efekty gromadzą się w organizmie i “wybuchają” raz w miesiącu, albo np. w momencie stresowej sytuacji. To dlatego zresztą przez lata nie wpadłam na to, że jedzenie jest przyczyną: kiedy “zadawałam” sobie detoks np. od czekolady, po tygodniu uznawałam, że skoro na twarzy nie ma zmian, to nie ona powoduje trądzik. Należało wytrzymać dłużej, bo i wszystkie zmiany w organizmie zachodzą w zdecydowanie wolniejszym, niż sądzimy, tempie.

A propos stresu, lubiłam zwalać moje problemy na stres, tymczasem widzę teraz że jest to raczej wyzwalacz niż przyczyna.

Obecnie, w wieku 36 lat, mogę powiedzieć że opanowałam już stan swojej skóry. Powiem więcej, zdaję sobie sprawę, że jestem za niego całkowicie odpowiedzialna. Niestety przyczyna w moim przypadku okazała się bardzo banalna i chyba najtrudniejsza dla mnie do zaakceptowania, odrzucałam tą opcję przez lata.

To nie jeden produkt, nie jedna alergia albo choroba, to nie jedna rzecz doprowadza moją skórę do fatalnego stanu. To cały zbiór różnorakich czynników:

  • przetworzone jedzenie
  • duża ilość dań mącznych
  • cukier
  • alkohol
  • produkty mleczne
  • mała ilość spożywanej wody
  • ostre przyprawy
  • zbyt mało warzyw

Im mniej w mojej codziennej diecie popełniam powyższych błędów, tym lepiej wyglądam. Zdarzają mi się już dni, kiedy mogę nie smarując niczym twarzy “wyjść do ludzi”, a coraz częściej – że patrzę w lustro z uśmiechem. Pozostałam przy makijażu mineralnym i naturalnej pielęgnacji, które bardzo sobie chwalę.

Często spotykam się z opinią, że unikanie laktozy jest “trudne”, albo, że ktoś nie mógłby żyć bez sera czy jogurtu. Też tak mówiłam, a jednak żyję całkiem szczęśliwie 😉 Obserwuję też osoby, które uważają, że jedzą zdrowo, ale nie potrafią odmówić sobie słodzonego owocowego jogurtu albo coli, potem dziwiąc się, że coś z ich zdrowiem czy wyglądem jest nie tak. Ktoś inny z kolei mówi mi, że zrobienie własnego roślinnego mleka, albo hummusu do smarowania domowego pieczywa jest czasochłonne, że to wszystko zbyt dużo zachodu.

Czy ja wiem? Pracuję nierzadko po 12 godzin na dobę, nie lubię stać w kuchni ale… to kwestia priorytetów. Za dużo zmarnowałam już czasu i pieniędzy, nie mówiąc o nerwach. Kiedyś piłam tylko słodzoną kawę z mlekiem i jadłam do tego mleczną czekoladę z orzechami albo puszyste ciastko. Dziś piję czarną kawę (o ile w ogóle) i zagryzam gorzką czekoladą 70% kakao. Jestem klasycznym, żywym i całkiem zadowolonym przykładem na to, że do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Kiedy mam ochotę na coś “szkodliwego”, przypominam sobie serię zdjęć bez makijażu, które robiłam w najgorszym momencie “sernikowym” w Australii, dla oceny postępów mojej diety. Mam je w telefonie. Są rozdzierająco smutne. Nie muszę na nie nawet patrzeć, na samą myśl łzy stają mi w oczach. Wystarczy. Od razu odkładam z koszyka w sklepie produkty, które mogłyby doprowadzić mnie do tego stanu. Działa bez pudła.

Teraz pozostaje mi tylko walka o to, by ten stan utrzymać i by uporządkować moją skórę po latach ciężkich zabiegów i chemii. Ale to już zupełnie inny temat.

Agata /Turcja /Tur-Tur

Share:
  • Anna Sowińska

    Ojeeej ale świetny i szczery artykuł! Niby wiedziałam o Twoich odkryciach dieta-skóra i to w sumie JEST całkiem logiczne, ale jakoś dopiero teraz do mnie dotarło, jak naprawdę mocno to może być powiązane.. Tak dodam jeszcze o moim ostatnim odkryciu: nietolerancje dietowe to nie tylko “alergie”, ale też tarczyca! Naprawdę, każda kobieta powinna co jakiś badać tarczycę (TSH, anty-TPO, usg), bo szokiem dla mnie było, na jak wiele rzeczy ona wpływa (senność, marznięcie i sucha skóra to również jej działanie!). Echh a najważniejsze, na to wychodzi, to wsłuchać się w siebie..

    • Dokladnie tak…. ja badalam tarczyce ale mam jak to p.doktor powiedziala “modelową” 🙂

  • fuxiatka

    Właśnie tego doświadczam, laktozowej zemsty na mojej twarzy. Prawie 2 lata temu bardzo zmieniłam dietę ze względu na chorobę autoimmunologiczną, co wiązało się z odstawieniem wszystkiego co wymieniłaś. Moja cera odżyła, była ładna. Jakiś czas temu zaczęłam sobie pozwalać na kolejne rzeczy, głównie produkty mleczne, i od kilku miesięcy nie mogę na siebie patrzeć 🙁 Tak że z pokorą czyszczę dietę i cóż, do wszystkiego można się przyzwyczaić 😉

  • Magda Mamit

    Dieta jest podstawą naszego zdrowia. nie jestem ekspertem ale oczyszczenie jelit często pomaga w probelmach skórnych. Może warto się tym zainteresować. pozdrawiam!!!

  • Moim problemem nie jest trądzik, ale niesamowicie szybki, niekontrolowany przyrost wagi (raz w miesiąc utyłam 8 kg). I też okazało się, że dieta jest rozwiązaniem. Nie jem cukrów prostych, węglowodanowych dodatków do posiłków – chleba, makaronów, kasz etc. – nabiału i glutenu. I żyję (choć czasem płaczę nad talerzem widząc jak moja rodzina je sernik i makarony). Ale nagromadzone przez lata kilogramy powoli spadają, a ja wiem, że było warto.
    Twoja historia bardzo mnie ucieszyła – Tobie się udało, więc ja teraz też czuję, że mogę. Powodzenia i dużo sił❤️❤️❤️

  • Super sprawa ! Jestem prawdziwa fanka “chińskiej medycyny”, a raczej jej europejskiej formy (bo “oryginalnej nie znam). Jestes tym, co jesz 🙂
    A z tego co napisala, jesz bardzo czysto ! trzymam kciuki za wdrazanie stylu zycia !

  • No tak to bywa! Ja chociaż jestem starsza od ciebie, też mogę dostać jakiś wyprysków na twarzy jak jem za dużo węglowodanów i to nie tylko tych słodkich! Więc tak dieta ma na pewno wpływ na cerę!!1